
::: Cthulhu the Hutt :::
Władca Pierdzieli: Drużyna Murzyna
Czarnoskórego Dżonego obudził krzyk:
- Wstawaj Dzony! Musimy uciekać! Zalaz tu będzie smok!
- Co, o czym ty mówisz? - powiedział Dżony łapiąc się za głowę i próbując wstać.
- Fladnag plóbował go powstzymać, ale smok go zabił. Lada chwila może tu być! Lus w końcu te swoje cztely litely i uciekaj ze mną!
- Ale gdzie ja jestem?! Co ja tu robię?! O jakim smoku ty cały czas pierdzielisz i kto to jest ten Fladnag?!
- Chodź, widzę że nieźle obelwałeś od tego u-Lukpchaja, wsystko ci opowiem po drodze.
Dżony Psikuta stanął jednak stanowczo i nie miał zamiaru nigdzie uciekać.
- No co ty odpieldzielas, życie ci nie miłe?!
- Najpierw chcę wiedzieć kim jesteś i jak to jest do jasnej cholery, że jeszcze przed chwilą byłem w Hiszpanii, a teraz jestem tutaj!
- Nie mamy czasu! Zalaz tu będzie smok, nie pojmujes tego?!
Wtem przed chłopakami, a w zasadzie to mężczyznami, pojawił się jedyny normalnie ubrany w tej powieści człowiek. Miał kraciastą koszulę (czerwoną w czarną kratkę, jeśli kogoś interesują szczegóły) i trzymał w ręku stos zabazgranych kartek.
- No, wreszcie ktoś normalny! - powitał mężczyznę Dżony. - Słucham pana?
- Ja… eee… nic, tylko chciałem wam powiedzieć, że nie musicie się tak spieszyć, bo nie będzie żadnego smoka.
- Jak to nie będzie? - wrzasnął oburzony towarzysz Dżonego.
- Nie będzie i już. Peter dzwonił przed chwilą i mówił, że musimy oszczędzać, bo się budżet na efekty specjalne kurczy w zastraszającym tempie.
- Aha. Ale na bank go nie będzie? - upewniał się (sądząc po ubiorze) rycerz.
- Na pewno.
- Czyli nie musimy tak gnać?
- Nie.
- Aha. Fajnie. Dzięki za informację.
Mężczyzna szybko gdzieś zniknął, a Dżony z rycerzem zaczęli iść powolnym spacerkiem. Dżony jednak szedł z trudnością, gdyż uciskały go gacie i to w tym miejscu, w którym ten fakt najbardziej przeszkadza.
- Co to kurde ma być? Czuję się jakbym się przeniósł do jakiegoś erpega! I do tego mnie jeszcze gacie piją!
- Chodzi ci o Jedyne Gacie? Jesteś ich powielnikiem. Musis ich stzec! Pamiętas, co mówił Fladnag? "Jedne by wsystkie zlozumieć, Jedne by wsystkie mieć, Jedne by wsystkie podelwać i w ciemności zgwałcić, W Klainie Molda(l), gdzie zaległy cienie..."
- Ja to muszę nosić? Przecież one są ze trzy numery za małe! A w ogóle to kim jest ten cały Fladnag?
- Tak, nie możes ich zdjąć. Uważaj zwłasca w kiblu, jak będziesz…
- Dobra, dobra. Mów mi natychmiast kim jest Fladnag.
- Fladnag był wielkim calodziejem i nasym pzewodnikiem. Widzis, lond-El, klól elfów, zwołał taką wielką naladę u siebie w Lywindale. Tam wyblano pięciolo ludzi, któzy będą stzegli Jedynych Gaci. Ty jesteś ich powielnikiem, a my mamy cię ochlaniać. Musiz ją zniscyć, wzucając ją do Góry Pieldzenia. W jej wnętzu panuje stlasny odól, bo olki się tam zbielają i lobią zawody w pieldzeniu. Wies, kto cęściej będzie pieldział.
- A kim ty tak właściwie jesteś?
- Ja jestem Alagoln, syn Alatopolna.
- A jak byliście w tym Rywindale, to kogo ten cały rond-El wybrał do tej drużyny? Powiedziałeś "pięcioro", więc musi być z nami jakaś laska.
- Ja, ty, Fladnag, Gnili i Nalwana.
- Nalwana?
- Tak, Nalwana. Ale zapomnij o niej, ona jest moja. Wies, że ona, jak się miałem z nią całować, powiedziała mi, że chce ze mną chodzić? Ale jej ojciec, lond-El, nie chce jej pozwolić, bo jak ona się zwiąże z innym mężcyzną, to nie będzie już nieśmieltelna, bo ona jest elfem i jest nieśmieltelna, wies?
- Tak, to bardzo ciekawe… Mam jeszcze jedno pytanie: dlaczego tak seplenisz?
- To u mnie lodzinne. Widzis, jak mój pladziadek, Wisildul, walcył z takim złym panem, Sajgonem, tym co o nim w kółko mówią, że lobi sajgonki z kotów, to mu on wybił ząb. I wtedy zacął seplenić. Potem każdy jego potomek lodził się bez zęba i seplenił. Musimy dotzeć do Flankolnu, tam powinni cekać na nas Gnili i Nalwana.
- Dobra, to przyspieszmy.
Dżony biegł z Alagolnem. Po drodze wymieniali się opiniami na różne tematy i zapoznawali ze sobą nawzajem.
- Alagolnie? - rozpoczął Dżony rozmowę.
- Tak?
- Co to jest ten Frankorn?
- To taki duży las. Wsyscy się boją tam chodzić, bo klążą legendy, że żyje tam lasa pentów.
- Pentów?
- Tak, pentów. Pentowie, to takie dzewa. Od zwykłego dzewa lóżnią się tylko tym, że chodzą, gadają i lobią pento.
- O, to fajnie. A za darmo?
- Pento? Tak, z tego co wiem za dalmo. O, już jesteśmy na miejscu.
Dżony i Alagoln zatrzymali się przed wejściem do lasu. Przy lesie stał koń, a przy nim niski, brodaty facet z cepem w ręku i wysoka, ciemnowłosa kobieta, lecz jak na oko Dżonego trochę zbyt pulchna, no i on wolał laski w swoim kolorze.
- Wreszcie jesteś Alagolnie. Ile czasu można walczyć z jakimś głupim smokiem, co? Patrz, przez ciebie spóźnię się do tego sklepu z szatami w Prochanie. - przywitała wędrowców i oparła się o drzewo - Patrz, przez ciebie złamałam sobie paznokieć! Ty szowinistyczna męska świnio! Aaaaaaa!!! To drzewo się rusza!!! Alagoln ratuj!!! - wrzasnęła i rzuciła się na Alagolna.
- Ech - drzewo sapnęło i z trudem rozpoczęło rozmowę - Witam wędrowcy w Frankornie. Jestem jednym z ostatnich z rasy pentów. Czego tu szuk... O! Widzę, że jest z wami piękna niewiasta...
- Odwal się ode mnie zboczony drzewcu, bo mój chłopak, Alagoln, wyjmie swój miecz, posieka cię na drobne kawałki i da na pożarcie kornikom! A on ma wielki miecz! Naprawdę ogromny! Jeszcze takiego nie widziałeś!
- Kochanie, ten pent chciał być tylko miły... - powiedział Alagoln.
- Ty siedź lepiej cicho! - skarciła rycerza Narwana, po czym zwróciła się do penta - a ty palnij jeszcze raz coś takiego, to mój chłopak ci zasadzi takiego kopa w dupę, że polecisz na księżyc, gdzie na pewno ktoś już na ciebie czeka.
- Ach, masz charakterek, lubię takie. Udajesz nie do zdobycia, co? No to jak? Pento od penta?
- Alagoln, weź mu coś powiedz! Jak możesz tak biernie słuchać, jak ktoś obraża twoją ukochaną?!
- Nalwano, skalbie...
- Słyszysz?! On mnie kocha! Ciebie pewnie nikt nigdy nie kochał, nie wiesz co to znaczy. Miałeś trudne dzieciństwo, a teraz nikt cię nie chcę bo jesteś drzewem! Alagoln, dajmy sobie spokój z tym całym Frankornem i jedźmy już do Prochanu, bo na prawdę zamkną ten sklep... Tobie też powinno zależeć, przecież sam mówiłeś, że w Prochanie są najlepsi dilerzy…
- Nalwano, elfku ty mój kochany, musimy iść do Flangolnu, bo tamtędy jest po dlodze do Góly Pieldzenia... A co do plochów, to jesce mam tlochę…
- A co bierzesz, że tak spytam? - że tak spytał Dżony.
- Sztlyms, papielek, blązik, maloko, afgani… ostatnio populalne są PKG.
- PKG? Co to?
- Och, to nowa odmiana LSD. Wymyślili ją południowcy, ponoć coś tam namiesali, dali więcej kwasu lizergowego. Nawet niezłe, tak wali po dyni, że zapominas jak się nazywas, a mózg to w ogóle pzestaje istnieć. Chces kreskę?
- No, spoko. Po ile?
- Cypiendziesio…
Nagle coś zabrzęczało.
- Ups, it's my biper - odezwał się po raz pierwszy niski, brodaty mężczyzna z cepem w ręku. Wyjął zza pazuchy małe, szare, prostokątne urządzenie. Spojrzał na jego mrugający ekran i zwrócił się do Alagolna:
- Alagoln, mam ochotę na kufel dobrego, zimnego, krasnoludzkiego piwa! Jedźmy do Helmowego Jaru...
- Helmowego parowu, palancie! Od czasu, gdy tłumaczy nas pan Łozisław Jerzyński, znany w niektórych kręgach jako Jerzy Łoziński, mówimy na to Helmowy parów! - odezwała się Narwana - Alagoln, nie słuchaj Gnilego, jedźmy do Prochanu...
- Nie wiem, gdzie mamy jechać... Dzony, ty jesteś powielnikiem gaci, zadecyduj gdzie wylusamy.
- Eeee... wiecie, to nie jest dobry pomysł. Ja nie mam pojęcia o czym wy gadacie. Ta twoja babka, całkiem niezła bo lubi prochy jak ja, ale coś pierdzieli wciąż od rzeczy, ten niski wygląda mi na niezłego pijaka... Jeszcze jakieś gadające drzewa-pentoroby. Nie, ja stąd idę. O, ta droga na lewo wydaje mi się wygodna... - powiedział Dżony i ruszył w stronę Prochanu.
- O, widzisz? To jest dopiero mężczyzna. W jednym zdaniu podsumował nasze położenie i zadecydował, że powinniśmy iść do Prochanu. Miałbyś się czego uczyć od niego, Alagolnie. - rzekła Narwana i podbiegła do Dżonego.
- Dżony jesteś, co nie? Masz dziewczynę? Co ja gadam, taki facet jak ty na pewno nie może się od nich opędzić... Może byś się jednak umówił ze mną, co? Znam takie fajne miejsce w Prochanie...
- Ej, mała! Spokojnie. Ja tu się czuję strasznie obco, czaisz? Najbardziej to mi brakuje mojej kolekcji płyt 2Paca… - wystękał Dżony, a jego podbródek zaczął drżeć. W końcu nie wytrzymał i usiadł na ziemi. Rozpłakał się.
- Słuchaj, nie wiem o co chodzi z tymi płytami i tym czymś z dwójką w nazwie, ale mam chyba coś, co ci może poprawić humor… - Narwana przysiadła obok niego, zdjęła z szyi piękny wisiorek i dała go Dżonemu. - Trzymaj, dostałam go od swojego ojca, rond-Ela. Przynosi mi nieśmiertelność...
- Czyli mnie okłamałaś?! Jakbyś się ze mną związała, to byś dalej była nieśmieltelna, tak? To ten wisiolek dawał ci wiecne życie? Ty dziwko! Ty suko, jak mogłaś! Między nami wsystko skońcone!!! - wydarł się na całe gardło Alagoln.
- Między nami jest wszystko skończone od momentu, gdy w moim życiu pojawił się Dżony. Zobacz jaki on jest wrażliwy. Ty nie jesteś zdolny do takich uczuć!
- Nalwano, jak twój ojciec się dowie co zlobiłaś, to cię wydziedzicy.
- Nie zrobisz tego... jesteś zbyt tchórzliwy!
- Mylisz się... - stwierdził Alagoln i wyjął z kieszeni komórkę. Wystukał numer na klawiaturze i przyłożył telefon do ucha:
- lond-El? Twoja córka mnie zuciła. Tak, wiem. Ale znalazła sobie nowego. I dała mu swój wisiolek. Jak to dlugi? Co? Halo? lond-El?! Lozłącył się cham, no.
- Wiedziałam, że się bardzo ucieszy, że cię rzuciłam. A takich wisiorków to on ma na pęczki, wiesz?! Zejdź mi z oczu!
- Pożałujes tego wsystkiego! Pójdę do swojego chłopaka, Gejomila. Opowiem mu wsystko ze scegółami! On jest władcą Kondomu i cię zabije ze swoją almią!
- Jesteś gejem?!?!?!
- Nie, biseksualistą. Pożałujes, zobacys. Lepiej by było, gdybyś się nigdy nie ulodziła. Lepiej dla ciebie ocywiście.
- Gadaj sobie co chcesz. Ja ma teraz prawdziwego mężczyznę, Dżonego. On mnie obroni!
- Narwano, słuchaj... ja nie chcę być sprawcą żadnych konfliktów w twojej rodzinie... ja marzę tylko o tym, aby dostać się wreszcie do domu... - odezwał się Dżony, który zdążył już otrzeć łzy.
- Nic nie mów kochanie. Gnili! Zdejmij pęto z nóg konia. Jedziemy do Rywindale.
- Tak jest, Narwano. - odpowiedział Gnili.
- A ty zostaniesz tu z tym pentem. Jak jesteś biseksualistą, to pewnie preferujesz i takich. Na pewno się zaprzyjaźnicie, penciarze wy jedni. - rzuciła na pożegnanie Narwana i wsiadła razem z Gnilim i Dżonym na konia. Ruszyli w stronę Rywindale.
Po drodze Dżony nie mógł się powstrzymać i zaczął walić konia po tyłku, ale Gnili szybko mu kazał zaprzestać tego arcyciekawego zajęcia, gdyż należy do stowarzyszenia nie bijących zwierząt. Dżony i Narwana poznali się lepiej. Spędzili ze sobą wiele miłych chwil, aż Psikuta pierwszy raz w życiu się zakochał. Na dodatek, jego wybranka też go kochała. Jednak miał pewne wątpliwości. Narwana w ogóle nic nie mówiła o sprawach łóżkowych. Pewnego dnia nie wytrzymał i zapytał wprost:
- Narwano, jak to jest u was elfów z... no wiesz... tymi sprawami.
Narwana spojrzała się na niego. Po chwili namysłu odpowiedziała:
- No wiesz... tak jak u ludzi. A, wiem o co ci chodzi. Tak, elfy mogą dopiero po ślubie. My jesteśmy chyba na najlepszej drodze, nie?
- No, tak. Jeśli rond-El mnie zaakceptuje...
- Na pewno cię zaakceptuje.
- No, nie byłbym taki pewien, w końcu jestem człowiekiem.
- No i co z tego? Przecież już wiesz, że to ten amulet dawał mi nieśmiertelność.
- No tak, ale... Nie wiem czy to był dobry pomysł.
- Masz jakieś wątpliwości?! - spytała gniewnym tonem Narwana.
- No bo ja chcę do domu... i do płyt 2Paca!
- Rozumiem. O, patrz. Jesteśmy już przy Rywindale.
- Wreszcie.
Koń stanął przed ogromnymi drzwiami prowadzącymi do Rywindale. Gnili wstał z konia i powiedział:
- Ja jestem krasnoludem, więc lepiej nie będę tu wchodził. Idę do Helmowego Jar... - Narwana spojrzała na niego zbulwersowana - znaczy Parowu.
- Na piechtę? - spytał Dżony.
- No, wielkiego wyboru nie mam. Dobra, to idę. Miłego pobytu w Rywindale.
- Nara! - wrzasnął na pożegnanie Dżony. Narwana za to stanęła przy strażniku bramy i zaczęła z nim rozmawiać w dziwnym, niezrozumiałym dla Psikuty języku.
- Możecie przejść - zwrócił się do wędrowców strażnik, już w ludzkiej mowie. Wrota do Rywindale otworzyły się, a Dżony i Narwana nie zwlekając, czym prędzej przez nie przeszli.
Cthulhu the Hutt
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||