::: JUZEF :::

Opowiadania

Cykle

Empatia2

Inne Teksty

Komentarze

Baza Linków

Regulamin

[Online]

Gdzie diabeł nie może
Część 9: Bilet w jedną stronę


Okolice Macierzy Wielkiej Wsi Zakrzów pokrywał w dużej części tropikalny las. Dawniej w jego miejscu znajdowało się parę okolicznych wsi, ale uległy one planowej likwidacji, ponieważ ich mieszkańcy nie uznawali panowania nad sobą Sołtysa i chcieli stworzyć własne imperia. Najostrzej było w wypadku Pawłowic, których mieszkańcy od zawsze niezbyt lubili Zakrzowian, którzy uważali się za bardziej miastowych od Pawłowiczan. Kres kilkuletniej wojnie o to, kto jest bardziej miastowy położyła decyzja Sołtysa o zrzuceniu na Pawłowice próbnego ładunku termonuklearnego. Wybuch okazał się silniejszy niż pierwotnie przypuszczano. Doszło nawet do zakłócenia obrotu Ziemii po orbicie wokół słońca, przez co rok skrócił się do 364 dni. 
Po upływie dwóch lat, kiedy opadł radioaktywny pył, okazało się, że po Pawłowicach i terenach przylegających w promieniu 100 km pozostał olbrzymi lej w ziemi. Ponieważ był on zupełnie nieprzydatny, zdecydowano o zalaniu go wodą i utworzeniu wysoko dochodowego centrum rekreacyjnego. Tubylcy nazwali zbiornik Morzem Pawłowickim. 
I w końcu się udało! Ujrzałem jasność, niebieskie niebo nad sobą i obleśna gębę napakowanego pakera. Nie przypominał mi on nikogo, oni wszyscy wyglądają tak samo. Kafar ulotnił się gdy tylko zobaczył, że otrzeźwiałem. Zostałem sam na porośniętym trawą pagórku. W dolinie rozciągała się niebieska tafla olbrzymiego jeziora, może nawet morza. Przez kieszonkową lornetkę, którą miałem zaszytą w rękawie wypatrzyłem ustawioną nad brzegiem wody tablicę “Morze Pawłowickie – własność Gminy Wiejskiej Zakrzów. Wywóz odpadów radioaktywnych na teren akwenu oraz okolic surowo wzbroniony”. Na lewym brzegu morza dojrzałem zabudowania Starego Zakrzowa. Prawie nic się nie zmieniło, nawet transformator stał tam, gdzie kiedyś..... .
–Żel na włos! - dobiegło gdzieś zza drzewa.
–Co k***a?
Krzaki zaszeleściły wylazł z nich dziwny gościu. Niby wyglądał na agenta ICH, ale nie mógł nim być, bo miał pełny komplet włosów na głowie, a takich nie przyjmowali do NICH. Ściślej mówiąc, na głowie oprócz włosów koleś miał chyba z kilogram żelu.
–To takie nasze pozdrowienie... - zaczął się tłumaczyć - Jestem Stanisławsky. Kryptonim Barteck.
Koleś podał mi lewą rękę na powitanie, co ewidentnie demaskowało jego przynależność do ICH.
–Pierdolsiępedale...- również go powitałem.
–Co?
–To takie nasze pozdrowienie... - wytłumaczyłem się ze sztucznym uśmieszkiem. - My name is Bordon. Kryptonim Endrju.
Po wstępnych pierdołach stanęliśmy frontem w stronę Morza Pawłowickiego. Barteck udawał że podziwia krajobraz, a w rzeczywistości próbował inwigilować mnie telepatycznie.
–Jak się zapewne domyślacie.... - zaczął w końcu tłumaczyć, ale mu przerwałem.
–... Porwaliście mnie, bym jako fachowiec pomógł wam przejąć władzę na światem. Wam, czyli kolejnemu dziwnemu odłamowi ICH.
–Można tak powiedzieć... - Barteck nałożył nową warstwę żelu na czuprynę. - Tylko że my jesteśmy odłamem ICH, ale nie tak dziwnym.... są jeszcze Okularnicy, Działkowcy, Cykliści, Piszący, Dyletanci....
–Dobra, to gadajcie co was boli, bo nie mam czasu na pierdoły... .
–Chodzi nam bardziej o wasz talent marketingowy. Potrzebujemy kogoś o najbardziej owłosionym ciele by udowodnić, że żel można nosić także na innych częściach ciała, a tak się składa, że was zwą Kudłatym.... .
–Cóż, spróbuję być kulturalnym....
–Jesteście naszą ostatnią nadzieją. W naszych czasach większość ludzi jest łysa.... szczególnie w tych miejscach.
–Powiem k***a kulturalnie...., żebyście się k***a ode mnie odp*****lili! Nie będę k***a smarował się żelem, tym bardziej w... w dziwnych k***a miejscach! Zresztą co wy mi możecie zrobić?
–Oficjalnie nic, ale... może was spotkać któregoś dnia jakieś przykre losowe zdarzenie.... zupełnie przypadkowo. Nikt nam niczego nie udowodni..... .
–To takie macie metody? Ja też umiem..... - wyjąłem zabytkową paczkę papierosów kupioną jeszcze w stanie wojennym i zapaliłem jednego zżółkniętego już kiepa.
–Palę tylko gdy się denerwuję..... chcecie zapalić? 
–Czemu nie.... jeśli to zmieni wasze stanowisko.... mówię wam, żel to przyszłość Zakrzowa!
Barteck dał się naciągnąć i poczęstował się kiepem, ustawiając się przy tym dokładnie tam, gdzie trzeba. W odpowiedniej chwili nacisnąłem ukryty na spodzie paczki guzik. W paszczę Stanislawsky'ego wystrzelił ukryty w paczce gaz obezwładniający. Nie minęło pięć sekund a agent leżał już na trawie nieprzytomny z głupią miną. Stary, dobry patent KGB.... wersja light do zastosowań cywilnych.
Popatrzyłem tak przez chwilę na leżącego Bartcka. Podczas upadku połamała mu się idealnie nażelowana fryzura. Nie mogłem się oprzeć i w końcu kawałkiem kija zrujnowałem do końca jego fryza, potem zwyczajowo zabrałem portfel i odszedłem. Wiem, że to nie humanitarnie okradać leżącego, ale on zaraz się obudzi nic nie pamiętając, a mi potrzebna gotówka..... . Spakowałem zdobyczne dobra i ruszyłem z wolna drogą w stronę Zakrzowa zapalając kolejnego papierosa. 
Droga na Zakrzów prowadziła przez gęsty, tropikalny las. Na palmach wisiały banany, kokosy, czasem małpy w dresach i cholera wie co jeszcze. Gdzieś za krzakami rył w ziemii kret o rozmiarach krowy. Tuż przed granicą Macierzy Zakrzowa wyłożył się na betonie sztywny nosorożec. Przedsiębiorczy tubylcy wycinali z niego szynkę przy pomocy maczet. Przekroczenie granicy celnej nie sprawiło mi problemu mimo, iż celnicy stwierdzili, że mój paszport jest nieważny od z górą 220 lat. Na paszport Polsatu nie dali się nabrać. Za terminalem celnym ujrzałem znajomą główną ulicę Starego Zakrzowa. Prawie nic się tu nie zmieniło...... . Tylko w miejscu pętli autobusowej i dawnego hotelu robotniczego stała chałupa o gabarytach pałacu. Była to siedziba Sołtysa Wielkiej Wsi Zakrzów Mariana Pająka, czwartego ze słynnej zakrzowskiej dynastii sołtysów, reaktywowanej w 2051 roku, po odłączeniu się Zakrzowa od Wrocławia. Tak przynajmniej głosił napis na murze. 
W okolice mojej chałupy nawet nie zachodziłem, podobno założyli tam plantację buraków. Skierowałem się wiec w stronę stacji kolejowej Zakrzów Główny by się wydostać z tego terenu bardziej konwencjonalnym niż CZAPA środkiem lokomocji. Zakrzowska stacja była teraz największym dworcem kolejowym w Europie lądowej. Przeszedłem przez hall stacji, gdzie mieściło się muzeum zakrzowskiej kolei. Nie tracąc czasu na pierdoły poszedłem prosto w stronę kas i za środki finansowe buchnięte Bartckowi zakupiłem bilet w jedną stronę w Himalaje.

* * *

Czarna Wołga zatrzymała się na jednym z zakrzowskich mostów nad rzeką Dobrą. Na jej widok wszyscy, którzy akurat znaleźli się w pobliżu zwiali w popłochu. Niejeden już miał kontakty z mafią zakrzowską, a niewielu wyszło z tego cało. Z grata wysiadło trzech pakerów, każdy miał w gipsie którąś z kończyn. Dwóch otworzyło bagażnik i wyjęło z niego dwa worki po nawozach, trzeci wyciągnął z tylnego siedzenia kaloryfer. Grupa poniosła swój ładunek na krawędź mostu. Tamci dwaj wyciągnęli z worków związanych sznurkiem od snopowiązałki Somera i Karwowskiego. Obaj zostali na chwilę rozwiązani, ale zaraz ten trzeci przykuł ich łańcuchem do kaloryfera. Somer znał ten sposób, którym Mafia Zakrzowska likwidowała niewygodnych ludzi. Rzucali takich do Dobrej z kaloryferem na grzbiecie. Niby płytko, ale wielu nie wytrzymało. Bo egzekutorzy rzucali z takim rozmachem, że częściej trafiali gościem w wybetonowany brzeg niż do wody... .
- To wszystko przez ciebie! Ty psi zwisie. - pies w momencie zagrożenia zaczął bluzgać agenta.
- Nie pierdol mi tu! Ze mną nie zginiesz. - zapewnił Karwowski. Jeden z kafarów zaśmiał się ponuro. Potem skinął na towarzyszy i całą grupą ostatni raz pomacali schwytanych bejzbolami. Następnie ograbili ich z bardziej wartościowych rzeczy i położyli na barierce mostu, by zaraz zrzucić ich do rzeki, oczywiście jeśli trafią.... .
Zanim do tego doszło stało się to, na co liczył Karwowski. Jeden z dresów dobrał się do jego służbowego uzbrojenia. Wymacał taki fajny, miedziany przedmiot o kształcie gruchy. Niewiele myśląc wyjął z niego zawleczkę. Teraz jeszcze mniej myśląc przytrzymał go odpowiednio długo dopóki ten nie wybuchł. Było to coś zwane przez agentów “Kamikaze”, bo w razie niebezpieczeństwa mieli to odpalić i połknąć by wraz z ich ciałem nie przedostały się w ręce wroga ważne informacje wywiadowcze. Do połknięcia było trochę trudne, ale wywoływało całkiem fajny efekt. Przestrzeń wokół dresa trzymającego Kamikaze oraz jego towarzysza zadrgała ledwo zauważalnie, po czym obaj rozpadli się w szary pył o konsystencji popiołu.
Somer przez dłuższą chwilę nie mógł wyjść z szoku.
–Co to k**a było? Zafajdało mi fryzurę! - wydukał w końcu.
–Taki, powiedzmy granat. Rozpyla klienta na cząstki, z których niemożliwe jest odzyskanie DNA. - wyjaśnił spokojnie agent. - Ja już zadziałałem, teraz ty zrób coś, żebyśmy pozbyli się tego urządzenia grzewczego, do którego nas przywiązali.
–Nie mam przy sobie gumówki ..... trzeba udać się do Odyńca. Zresztą już dawno miałeś taki zamiar. 
–Tak jest. Trzeba zmywać się stąd. Tylko jak mam się odczepić od tego....
–Lej na to. Po prostu wstań i przenieś ten kaloryfer na plecach wraz ze mną do meliny Kapitana. To trochę daleko, ale chyba ostatnio łyknąłeś sterydy, więc dasz radę.
Karwowski z trudem wstał biorąc kaloryfer na plecy i z trudem ale ustał.
–Właściwie to po co mamy tam iść, skoro zostawili tą czarną Wołgę?
–Ja tu nie jestem od myślenia. O ile umiesz, możemy pojechać.... .
Razem z kaloryferem wsiedli do pojazdu. Jakoś się zmieścili na siedzeniu kierowcy.
–Tylko nie opieraj się o fotel, bo mnie tu zgniecie.... - wystękał Somer przyciśnięty miedzy kaloryferem a siedzeniem. - No, ruszaj.
Agent odpalił grata i nadspodziewanie dobrze zaczął nim kierować. Poszło mu całkiem nieźle. Na całej drodze skosili tylko sześć latarni, siedmiu rowerzystów i radiowóz młodszego aspiranta Węgorza..... .

* * *

Pociąg pędząc 400 km/h opuścił już dawno teren Starego Zakrzowa. Co prawda miałem bilet na pierwszą klasę, ale musiałem stać w korytarzu, bo wszystkie miejsca zajęły jakieś grube babsztyle. Wiele się od moich czasów nie zmieniło na kolei. Nowe są tylko napęd lokomotywy - magnetyczno - nuklearny i nazwa - Wiejskie Koleje Zakrzowskie, reszta po staremu. Musiałem jakoś zdobyć miejsce siedzące. Niestety mojej służbowej legitymacji tu nie uznawali. Byłem zmuszony polegać na starym, wymyślonym przez Juzefa sposobie na opróżnienie przedziału. 
Dokleiłem się jako dziesiąty do jednego z przedziałów. Z dużym wysiłkiem, bo ścisk był cholerny, wygrzebałem z kieszeni starą kanapkę z makrelą zawiniętą w gazetę z gębą Jaruzelskiego na głównej stronie i odwinąwszy papier rozpocząłem konsumpcję. Nim skończyłem w przedziale nie pozostał nikt. To przez ten aromat.... . Gdybym ściągnął kalosza, to pewnie cały pociąg by opustoszał..... .
Teraz wreszcie mogłem rozłożyć się na kanapie i wypić syntetyczny spirytus zakupiony przy wejściu do dworca zakrzowskiego. Mój spokój potrwał całą godzinę. Kiedy dojeżdżaliśmy do powiatu ukraińskiego, zaszedł do mnie konduktor. Schowałem flaszkę i okazałem bilety. Czułem się dziwnie, bo pierwszy raz na widok kanara nie musiałem chować się w kiblu.... .
Na południowej obwodnicy Pustyni Syberyjskiej zacząłem się nudzić. Skończył się napój, wiec zająłem się inwentaryzacją służbowego sprzętu. Z ciekawszych gadżetów miałem wbudowaną w rękaw teleskopową maczetę. Bajerów takich jak w filmach o Bondzie nie posiadałem. Wiadomo, cięcia finansowe.... . Zanim minęliśmy te niekończące się plantacje buraków, co trwało ponad dwie godziny, znudziło mi się nawet to zajęcie. W samą porę zaczęła się akcja, bo już przysypiałem. Do przedziału, mimo panującego smrodu ryby, wparowało trzech dziwnych typów. Dziwnych, czyli dziwniejszych ode mnie. Wparowali, bo nawet drzwi nie otworzyli, po prostu się pojawili. Ubrani byli niekonwencjonalnie: dół od dresu, marynarka z czerwonym krawatem, a na łysej głowie taka arabska szlafmyca. Przybysze usiedli naprzeciw mnie zupełnie nie zwracając na mnie uwagi. Z początku myślałem, że mnie zwyczajowo olewają, ale skapnąłem się że założyłem czapkę niewidkę i zapomniałem ją wyłączyć, więc bez specjalnej aparatury nie widzieli mnie. 
Z trójki ekscentryków każdy był dokładnym przeciwieństwem drugiego. Ten najbardziej łysy, o wymiarach 1,5m X 1,5m, który wyglądał na szefa, przemówił chrypliwym głosem.
–I jak, Hans? Czy to wreszcie właściwy rok?
–Tak jest. Obiekt był w tym czasie i w tym miejscu podczas namierzania.
–No to czego do cholery go tu nie ma?
–Musi być! Ci agenci Piekła stosują różne sztuczki. Może schował się pod kanapą... .
Tymczasem do dyskusji włączył się ten trzeci z obcych.
–Szefie! Przecież to koniec naszej zmiany! Olejmy tego Bordona i zmywajmy się.... i tak jest mało ważny.. .
–Nie ma mowy! - powiedział twardo szef. - Kierownictwo poleciło załatwić wszystkich agentów z listy Einsteina, zwłaszcza tych z Piekła. Dalej Wania, skanuj pomieszczenie!
Mój umysł szybko przeanalizował fakty. To, że ktoś znowu chce mnie zabić, jest wliczone w moje ryzyko zawodowe. Ale ostatnio chcą tego dokonać coraz dziwniejsze instytucje. Ci goście wyglądali na agentów Rodziny Radia Maryja, czyli współczesnej sekty wyznawców bł. Tadeusza Rydzyka. Nie wiem co kombinowali, ale polowali na mnie juz w XX wieku na imprezie w stodole u Zdzicha. Utopiłem ich wtedy w litrze Borygo, więc pewnie przyszli się zemścić. Teraz również miałem środki i chęci by im dokopać.
–Szefie, X 11? - spytał po chwili Hans.
–Nie. Będzie za dużo ofiar. Chyba że zamknie się w kiblu.... - powiedział szef. 
Nadszedł czas na ostateczne rozstrzygnięcie. Zanim zdjąłem czapkę niewidkę, łyknąłem zawartość tajemniczej, czarnej flaszki, którą miałem ukrytą w służbowym gumofilcu. Jej etykieta niewiele mi mówiła: “Człowiek z betonu – ostateczne narzędzie Samoobrony. 45% alk.”. Zaraz po konsumpcji poczułem przypływ mocy i ujawniłem się.
–Ha, mówiłem, że gdzieś tu jest! - krzyknął na mój widok Hans.
–Nie czas, panowie na gadanie. Załatwmy gościa i mamy fajrant. - zaproponował trzeci, bliżej nieznany.
Kolesie wyjęli jakieś dziwne szable wyglądające jak ostrza kosy zamocowane na trzonku od siekiery. Zawyli bardziej śmiesznie niż strasznie i rzucili się na mnie. Zrobiło mi się ich trochę żal, ale taką mam robotę, że nie ma w niej miejsca na sentymenty. Pierwszy cios Szefa trafił mnie w nogę. Poszły iskry, szabla się złamała, a ja byłem cały. Nazwa eliksiru nie była wcale przesadzona... 
Pozostali dwaj nie dawali za wygraną, ale kiedy chwyciłem ich szable i zgniotłem jak plastelinę, zaczęli mieć wątpliwości. Jeden jeszcze próbował skoczyć na mnie z bagnetem, ale załatwiłem to szybko, a koleś będzie miał do końca życia problemy ze zwieraczem.... . Teraz przeszedłem do ofensywy. Eliksir ciągle nieźle działał. Szef wyleciał pod wpływem kopniaka przez dach wagonu przebijając pancerną blachę. Dwaj chcieli uciec, ale od mojego prawego sierpowego padli na glebę. Początkowo miałem zapchać nimi kibel, ale chyba mam za miękkie serce.... . Ograniczyłem się do zapakowania ich w gazetę po kanapce z makrelą i wyrzucenia za okno.
Znów byłem sam w przedziale. Nie potrwało to długo. Ktoś się pojawił, tym razem wszedł normalnie. Sylwetka jakby znajoma, odziana w czarny, służbowy płaszcz, zupełnie podobny do mojego. Szeroki kapelusz zasłaniał mu twarz. 
–Jaka jest twoja ulubiona tenisistka? - wypowiedział pierwszą część “gadki weryfikującej tożsamość agenta” jakby znajomym głosem.
–Kibicuję tylko lesbijkom. - odpowiedziałem zgodnie z dzisiejszym kalendarzem haseł. Czy to możliwe żeby to był.....
–Agent 0 700 melduje się gotowy do użytku! - powiedział Tadeusz Kieszkowski. - Tylko jeszcze nie teraz, bo Autor chwilowo nie ma pomysłu.. .

* * *

Kapitan Odyniec wylazł ze swojego bunkra pośrodku Lasu Zakrzowskiego i przysiadł na klocu, obok Juzefa, który już trzeci dzień żuł podprowadzoną z Biedronki gumę. Obaj w skupieniu zawiesili wzrok na stojącym przed nimi ustrojstwie, nowym wynalazku Kapitana. Główną jego część stanowiła rąbnięta z przystanku MPK przenośnia toaleta, która od środka i z zewnątrz oklejona była mniej lub bardziej potrzebnymi pojemnikami, płytami głównymi od złomowanych komputerów i nierozpoznawalnymi po tuningu komponentami. Całość, wedle zapewnień twórcy, była samodzielną jednostką komunikacji czasoprzestrzennej. Ale Juzef nie był tego do końca pewien... .
–Nie sądzę żeby to miało zadziałać.... . - zastękał pod nosem.
–Jak to k****a? - warknął Kapitan - Kwestionujesz mój autorytet? Trzeba tu było być jak Tadek tym wystartował. Co prawda jeszcze nie wrócił, ale to, że w jedna stronę się udało, to już połowa sukcesu. Wiem, że poprzednie próby były niezbyt udane, ale teraz to co innego. Zaimplementowałem najnowszą technologię, wbudowałem 56 procesorów Pentium II... . Gdyby Tadek miał komórkę, można by było nawet do niego zadzwonić... .
Tadek splunął na ziemię i zaczął w tym grzebać kijem. Wygrzebał jakiś niewypał, których było tu więcej niż szyszek.
–No dobra.... powiedzmy, że nie bredzisz. Ale mogło go przecież wywalić gdzieś dalej w przyszłości... za dalekiej.
–Niemożliwe. Założyłem fabryczne ograniczenie. Mógł przenieść się najdalej do soboty. Tam zdobędzie wyniki losowania Totolotka i wróci triumfalnie. 
–Jeśli to wszystko prawda, to moglibyśmy pomyśleć nad komercyjnym udostępnieniem tego wynalazku ludzkości. - rozmarzył się Juzef.
–Zupełnie nie potrafisz myśleć racjonalnie. Zaraz by się tu zwalili różni popaprańcy i albo by nam sprzęt zarekwirowali albo podpier****li zwyczajnie. Poza tym zbudowałem go na własny użytek... . Jeśli nawet bym chciał udostępnić, to mało kogo byłoby stać.
–Ech, z tobą taka gadka. Nie znasz realiów rynku.... . Zawsze znajdzie się jakiś bogaty dziwak. Na pewno to bardziej dochodowe przedsięwzięcie niż sprzedaż aluminiowych popiersi Lenina. A propos..... czy wiesz, że orgazm świni trwa 30 minut?
–Kurde.... co te mózgotrzepy robią z ludźmi..... - westchnął Odyniec i przez lornetkę zbadał czy w okolicy się ktoś nie kręci. W krzakach ujrzał jakiegoś typa. - Ktoś idzie.... ciągle żywy. - stwierdził ze zdziwieniem. Do tej pory myślał, że tylko on zna bezpieczną drogę przez otaczające jego siedzibę pole niewypałów. Za gościem szedł pies, którego trudno nie rozpoznać. Somer – jedyny pies, który angażuje się w sprawy osiedla. Kilka metrów przed krzakami malin Somer wyszedł im na spotkanie.
–Elo. Mam do was wysoko płatną sprawę wagi państwowej. - zaczął na wstępie.
–No siema. Chcesz kupić używaną gumę do żucia? - zaproponował Juzef.
–Nie teraz. Melduję, Kapitanie, że do wykonania zadania potrzebny jest wasz sprzęt bojowy.
–Jak to? Skąd wiesz, że..... - zdziwił się Kapitan zapalając ostatniego papierosa z paczki Męskich.
–No przecież pół Zakrzowa już wie, a trzy czwarte w to nie wierzy. - przypomniał Juzef.
–Mój kolega Karwowski pilnie potrzebuje powrócić do swoich czasów i ma na to pieniądze. - oznajmił pewnie pies.
–O nie! Drugi raz nie dam się nabrać na miedziaki. Dycha ważyła wtedy pięć kilo.... . A poza tym to kosztuje... paliwo, ubezpieczenie, catering....
–Cena nie gra roli. Ziomal, pokaż im. - pies skinął na Karwowskiego. Agent rozchylił drelichową kurtkę i zaczął kłaść pliki zielonych banknotów na zgniłym pniaku. Gdy skończył, kupa sięgnęła mu pasa.
–No to jak? - spytał jeszcze pewniej Somer.
–Tego..ykh.. - Kapitan zadławił się papierosem, którego wcześniej połknął z wrażenia. - Oczywiście. Róbta co chceta. Juzef, zdejmij najpierw ograniczenie czasowe.
Juzef chwycił młot i jednym zręcznym ciosem odwalił od wynalazku Odyńca jakiś układ scalony. Tymczasem Odyniec z wrodzoną podejrzliwością sprawdził prawdziwość banknotów.
–Cholera, chyba prawdziwe.... - stwierdził w końcu. - Ale to jakiś wkręt, nie?
–Ależ skąd.... to uczciwa transakcja. To my już się będziemy zbierać.... - Somer z Karwowskim zapakowali się do maszyny czasu. Agent, doświadczony w obsłudze takich sprzętów, odpalił grata po minucie. Zrobiło się trochę smrodu, ale obaj wraz z psem przenieśli się gdzie trzeba. Maszyna, jako że stacjonarna, została na swoim miejscu. Gdy tylko rozwiał się dym, uboczny skutek startu, Odyniec zaczął kląć ostro w najróżniejszych językach. 
–Co jest k***a? - zainetersował się Juzef.
–Co za cwel ze mnie! Jak mogłem nie pomyśleć o tym....! - Odyniec bluzgał sam siebie.
–A konkretnie?
–Forsę diabli wzięli! Jak mogłem nie przewidzieć? Gościu był z przyszłości, więc jak wrócił, wróciło z nim wszystko, co przywiózł..! K***a mać!
–Spokojnie! Mamy sprzęt, to możemy go ścigać. Poza tym coś zostało.... - Juzef znalazł dwudziestozłotowy banknot – To pewnie Somera. No, nie załamuj się. Jest kasa – idziemy na flachę.
–Taaa ... - Kapitan już się uspokoił. - Może to i lepiej.... zaraz by się jaka władza przyczepiła....
–K***a, o wilku mowa... - Juzef zauważył zbliżającego się młodszego aspiranta Węgorza, który wyglądał na dość zaaferowanego.
–Dzień dobry, obywatele. Doszły do nas wieści, że ukrył się tutaj ścigany osobnik podejrzany o spowodowanie kolizji z radiowozem policyjnym podczas kierowania samochodem marki Wołga. Widziano go z czarnym psem rasy mieszanej jak zmierzali w stronę tego miejsca..... . - powiedział służbowym tonem policjant.
–Tak.... byli tu. Ale.... widzicie panie władzo tamtą toaletę? Tak się składa że to maszyna czasu a oni przed chwila nią uciekli.... - wyznał szczerze Juzef.
–Nie wciskajcie mi tu kitu, panie..... a tamten, o, co wyłazi z bunkra to kto? - Węgorz zauważył Chlora, lokalnego wampira, który wracał do krypty po nocy spędzonej u Odyńca.
–To jest osiedlowy wampir, jeśli go nie znacie, to możecie się bliżej poznać... - zaproponował Kapitan. - A właściwie, to wampiry nie istnieją. Więc co widzieliście, panie władzo? Może to tylko omamy wzrokowe?
–A czy ten pies przypadkiem nie gadał? A facet był przybyszem z przyszłości? Niech pan nie robi z nas wariatów. Przecież psy nie gadają..... - podsumował Juzef.
–Chyba coś z wami nie tak, panie władzo. My tu nie widzieliśmy gadających psów, różowych słoni, wampirów a póki co nie potrafimy podróżować w czasie. Ile ma pan palców u ręki?
Wegorz niepewnie policzył. Wyszło mu sześć.
–Cholera, rzeczywiście coś ze mną nie tak.
–No, to nie zawracaj pan głowy porządnym obywatelom. - powiedział spokojnie Juzef - I zapomnijcie o tym incydencie, bo wam załatwię bilet do Ostrołęki. W jedną stronę.

<{[(CDN)]}>


JUZEF

juzefwt@tlen.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||