::: NabuchodonoZORKA :::

Opowiadania

Cykle

Empatia2

Inne Teksty

Komentarze

Baza Linków

Regulamin

[Online]

Empatia 2 - odcinek czwarty
Przepowiednia Meariona


Uśmiechnęła się niedostrzegalnie. Zmrużyła oczy i zwilżyła językiem różane wargi. Złote włosy rozproszone w nieładzie wiły się na poduszkach.
Ciche westchnienie.
- Myślisz, że już?
Bez wątpienia.
Kolejny niedostrzegalny uśmiech.
- To ostatnia krew...
- Musi się udać. Uda się. Na pewno.
- Zila...
- Tak?
- A więc o to chodzi w tej całej wojnie... Ktoś poszperał w starych pergaminach i doszedł do zaskakujących wniosków... Przepowiednia Meariona, zgadza się?
Zapytana w milczeniu pokiwała głową.
- Wszystko przybiera zaskakujący obrót. - powiedziała po chwili melodyjnie. - To już nie jest spór o ziemie... To walka na śmierć i życie... o Przetrwanie...
- Tak. Wszystko w ręku Dziewicy Ognia. Potęgi się uaktywniły. 
- To ostatnia krew...
Bez wątpienia.
- A co jeśli...
Niedostrzegalny uśmiech.
- Zila...

Zila podeszła do czarnowłosej kobiety siedzącej na poręczy łóżka i złożyła pocałunek na jej rumianym policzku.
- Nie ma jeśli... - wyszeptała. - Nie ma wyjścia. Musimy zrobić wszystko, aby przetrwać... Inaczej Magia przestanie istnieć.
Westchnienie.
Ciepło.
Szept.
Po chwili.
- Nie podoba mi się ten twój obcisły, czarny kombinezon...
Cichy śmiech.
- Zilo...
- Ja Ciebie też...

Uśmiechnęła się niedostrzegalnie. Zmrużyła oczy i zwilżyła językiem różane wargi. Kruczoczarne włosy rozproszone w nieładzie wiły się na poduszkach.

* * *

- Gdzie ten przeklęty gad nas zaaaaaabiera?! - wył Sedy przytrzymując się ramienia Gristela.

Lecieli nad królestwem Marinoru kierując się na wschód. Promienie słoneczne kaskadą spływały na ich głowy i ramiona. Lekkie podmuchy wiatru rozwiewały włosy, co niektórych przyprawiając o mdłości.
Pod nimi majaczyły miniatury drzew i wzgórz. Inrami z zachwytem chłonęła całe piękno widzianej przyrody.
W zamyśleniu wpatrywała się w wiejskie chałupy przypominające domki z kart, w skupiska leśne wyglądające jak trawy... Dziewczyna wdychała cierpki zapach skóry Groula. 
Uśmiechnęła się do siebie. Przymknęła powieki. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czuła się naprawdę bezpiecznie... naprawdę dobrze. 
Przytuliła się do szorstkiego grzbietu smoka. Westchnęła cicho.
- Dokąd lecimy? - do jej uszu dotarł przytłumiony głos Kristo.
- Do domu... - wyszeptała po chwili.

Wylądowali na stromym pagórku gdzieś w okolicach wschodnich rubieży Uroczysk. Tereny te od dawien dawna uważane były za siedliska smoków i innych dziwnych stworzeń. Legendy krążące o tym miejscu napawały ludzi takim strachem, że mało kto się zapuszczał w te rejony. Ot może tylko czasem jakiś błędny rycerz pragnący zdobyć rękę Księżniczki z Bajki - mający nadzieję na ubicie smoka... lub banda rozwydrzonych krasnoludów czająca się na owiane tajemnicą skarby...

- Coraz mniej zaczyna mi się to wszystko podobać. - wyjęczał Sedy leżąc na ziemi i masując poobijane biodro. - Na początku lot na smoczym grzbiecie, podróż obfitująca w zawroty głowy, niecodzienne lądowanie... i to gdzie?! Na Uroczyskach. Maaaatko....
- Zamknij się. - przerwała mu Serubi wyjmując z włosów liście, które podczas podróży nieustannie wplątywały się w burzę jej kruczoczarnych loków. - Ciesz się, że jesteś cały i bezpieczny, daleko od Sorekhara.
- No właśnie. - poparł czarodziejkę Gristel. - Ja tam nie mam nic przeciwko jatce... ekhm... ale całemu wojsku Marinoru nie dalibyśmy rady...co jak co...
- Gówno. - wycharczał Xethonar.- Gówno. Gówno. Gówno.
Czarodziejka spojrzała przeciągle na Kristo, który klnąc pod nosem próbował oczyścić obserwatora z kupy łajna, w które ten ostatni wpadł przy lądowaniu. Dziewczyna stłumiła śmiech. 

- Gdzie jest Inrami? - spytała po chwili.
- Rozmawia ze smokiem. - odpowiedział Gristel. - O tam... w krzakach...

---

Inrami pogładziła smoka po chropowatej skórze i wyszeptała w uniesieniu:
- Ja... ja tak bardzo się boję tego, co może nastąpić... ja chyba nie wiem, czy jestem gotowa... czy wiem jak się do tego wszystkiego zabrać...
Groul wpatrywał się w dziewczynę nieobecnym wzrokiem.
- Inrami... - wyszeptał po chwili. - Sytuacja zmienia się z dnia na dzień. Musimy być gotowi na wszystko. To już nie jest wojna dwóch państewek. To już nie Mewis walczy z Palatekiem. Ktoś doszukał się starej przepowiedni... Mewis i Palatek podpisały tymczasowy rozejm. Wojna obróciła się w drugą stronę. Kapituła Magów z południowego wybrzeża jest zagrożona. Wielka Nizina Ojców - elfickie miasto księżniczki Etincelle szykuje się do zbrojnej napaści. Krasnoludy nie odpowiadają na listy z Kwatery Głównej. Karły gromadzą się już niedaleko Mewisu. Część z nich wciąż oblega siedzibę klanu Merduhemz. Nie wspomnę o tym co się dzieje na dnie Morza Zachodniego... 
- Inrami... to jest Wojna Końca... i wszyscy dobrze wiedzą, że bić się trzeba... tylko nie wszyscy wiedzą o co się bić i dlaczego... A stawka jest ogromna. Stawką jest Przeżycie. Inrami... Kapituła już Cię poszukuje. Elfy też. Ktoś odgrzebał starą Przepowiednię Meariona. Inrami...
Dziewczyna skuliła się na ziemi i ukryła twarz w dłoniach. 
Myśli kłębiły się w jej głowie. Szloch uwiązł w gardle.
- Groul... - wyszeptała po chwili. - To jest chore... to niemożliwe! Przecież ja... i że co niby?! - szept przeszedł w krzyk. - Że co?! Że jestem jakąś cholerną dziewicą? A gówno prawda! Nie jestem! I nie wiem o co chodzi...
- Świat się zmienia... Następuje koniunkcja sfer. Smoki już niedługo wyginą. To samo czeka całą plejadę magicznych stworzeń. Inrami...już niedługo magia przestanie się liczyć... Spotkaliście niejakiego Jonesa, prawda? 
Dziewczyna w milczeniu pokiwała głową.
- To efekt koniunkcji sfer. Jeżeli... 

* * *

Ircaine w zamyśleniu spoglądał ze szczytu Warowni na ciemną ścianę drzew majaczącą w oddali. Niebo obleczone było obsydianowym welonem chmur. 
Niedostrzegalny uśmiech.
Wspomnienia.
Dzień, w którym zobaczył ją po raz pierwszy...

Pokazał jej Warownię. Wtedy... mógł jeszcze działać. Mógł ją uprzedzić. Mógł ją ocalić.
Mimo tego, że musiał być wierny Kapitule.

- To miejsce nazywa się Wartownia. - powiedział wtedy - Dlatego, że przy dobrej pogodzie można stąd zobaczyć i Mewisaan, i Palion. Teraz Palatek zrywa pokój i prowadzi wojska na stolicę Mewisu. Wojna. Król Palateku już wybrał. Atena wybrała. - spojrzał przeciągle na dziewczynę, jakby chciał jej dać do zrozumienia, że... - Celika została powstrzymana od wyboru. Co zrobisz, ty, powierniczka sekretów Celiki?
Odwróciła się. 
Wtedy nie zrozumiała.
...
Celika umarła, bo nie zgadzała się z postanowieniami Kapituły.
Atena wybrała.

- Ircaine...
Obrócił się. Siedziała na balustradzie opasającej magicznym wieńcem jeden z głównych tarasów Warowni.
- Ircaine... - powtórzyła śpiewnie.
Mężczyzna przyglądał jej się przez chwilę w skupieniu, po czym pochylił głowę na znak czci i powiedział niskim głosem.
- Witaj Zila.
Kobieta uśmiechnęła się. Blade światło gwiazd spływało na jej włosy nadając im prawdziwie mistyczny wygląd.
Cisza. Mrugnięcie. Spojrzenie. Oddech zawarty w siedmiu centymetrach sześciennych powietrza.
- Czarny... o czym myślisz?
- O niczym szczególnym.
Zila zaśmiała się perliście. Głos jej odbił się echem od ciemnej kopuły nieba.
- Czarny... poddajesz w wątpliwość szczególność Dziewicy Ognia? Zabawne. Doprawdy.

Nie skomentował. Nie chciał.
- Dlaczego nie chcesz?
Cisza.
- Ircaine... wiesz dobrze, że tylko w taki sposób możemy ocalić nasz Świat...
Cisza.
Kobieta odrzuciła do tyłu swoje złote włosy, wsparła się na ramieniu mężczyzny i zaczęła mówić:
- Koniunkcja sfer przybrała zły kierunek. Jones. Nie wiadomo gdzie jest. Nie wiadomo co się z nim dzieje. Nie możemy pozwolić ażeby postaci z tamtego wymiary znajdowały się gdzieś w pobliżu. To zakazane.
- Układ Shivana?
- Nie. Czarny. Przepowiednia Meariona.
- ...
- Nastąpiły komplikacje, Ircaine. Zbyt długo zwlekaliśmy. A teraz jest już za późno. Nie możemy dłużej czekać. Inaczej szlag trafi wszystko to, co budowaliśmy od tak dawna... rozumiesz?
- Co mam zrobić?
Niedostrzegalny uśmiech.
- Domyślny jesteś...
Pogładziła go po policzku. Poczuł jej oddech na szyi.
- Co mam zrobić? - powtórzył.
- Nic wielkiego. - wyszeptała kobieta. - Odnajdź ją, rozkochaj w sobie, niech da ci dziecko... a potem przynieś to dziecko do mnie... a ją zabij.
Gniew.
Stłumienie.
Potwierdzenie rozkazu.
- Czy to wszystko jest naprawdę konieczne?
Cichy śmiech.
- Nie Ircaine. Nic nie jest konieczne. Rozumiesz?
Pokiwał w milczeniu głową.
Był zdecydowany.
- Nie zrobię tego Zilo...
Po chwili.
- Nie zrobię tego drugi raz. Nie zawiodę cię!

Następna Strona |>>>|


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||