
::: NoNamemaN :::
Empatia 2 - odcinek trzeci
Rządzącym się nie odmawia
- Mirus, gdzieżeś był? Czekom tukej i czekom, a ciebie ni mo.
- A, bo to starego wina. - skrzywił się chłopak. - Kazoł mi sieć wijać, to wijałem.
- Aleś fajne pojedynki przegapił!
- A, nie gadoj tylko mówij co tera bendzie.
- Półfinały, czy jakoś tak...
- Zamknąć ryje, gówniarze! - ryknął na nich ktoś z boku. - Zaraz się zacznie!
- Uwaga! - oznajmił prowadzący. - Zapowiada nam się ekscytujący półfinał! Zmierzą się dwie niespodzianki turnieju: młody Blokh i wielki, bliżej nikomu nie znany Letsirg. Zapraszamy obu na scenę?
- Tak!!! - wrzasnęła publika.
- No ich macie! Blokh, ty pierwszy!
- Ty, ten Blokh, co to za jeden? - zapytał Mirus kolegi starając się przekrzyczeć wiwatujące audytorium.
- Buc jakiś. Nadaje o bidzie, ale kantuje. Dostał się dalej, bo inne ludzie dali się oszukoć.
- A..? - chłopak zamarł z otwartymi ustami, gdyż zobaczył kim był ten drugi, o którego miał właśnie zamiar zapytać. - O w morde!
- Paskudny, nie? Ale fajno rymuje.
- Nie do wiary!
- Co?
- Kurwa, szczyle, zajebać wam? - warknął ogorzały mięśniak stojący obok. - Zawrzeć mordy!
Mirus i jego kolega posłuchali, bo nie mieli w sobie potencjału pozwalającego pokonać tak rosłego przeciwnika. Szczególnie, że zapewne osobnik ten nie przebywał tu bez podobnych mu towarzyszy. Syn rybaka żałował tylko, że nie może podzielić się ze światem, że oto na scenie stoi zawodnik, któremu jakiś czas temu pomógł dotrzeć do lądu.
Tymczasem Blokh zaczął skakać po scenie do rytmu i wymachiwać rękoma w kierunku widowni.
Ciężko, tak, ciężko żyć na ulicy
Gdy człowiek musi spać w okolicy
Gdzie beznadzieja zewsząd spoziera
Gdzie każdego z nas równa się do zera
Nikt nas nie dostrzega, ani nie pomaga
Jedyne, czego się od nas wymaga
To to, byśmy stąd wreszcie zniknęli
By ludzie na biedę patrzeć nie musieli
Gristel skrzywił się tylko w ironicznym uśmiechu, wyczekał chwilę, by entuzjazm wśród publiki opadł nieco i zaserwował ripostę.
Mówisz "życie ciężkie" i tu się z tobą zgodzę
Ale czy doświadczyło cię kiedyś ono srodze?
W to już śmiem wątpić, a wiesz dlaczego?
Bo moim zdaniem udajesz tylko biednego!
Brzuch masz za duży, dłonie zadbane
Ubranie czyste i niczym nie usrane
Spierdalaj do domu oszukańcze mały!
Oszczędź sobie wstydu na Marinor cały!
Bard machnął ręką tak, jakby rzucił czymś ciężkim w ziemię, po czym odwrócił się do ludzi zgromadzonych pod sceną i uniósł dłonie w górę. Widownia ryknęła zachwycona.
- Świetnie! Pięknie! - wrzeszczał prowadzący. - Teraz pozostaje kwestia wyboru. Kto ma znaleźć się w wielkim finale z już tam czekającym Kaharem? Czy młody Blokh..?
Audytorium zaczęło buczeć, w kierunku sceny poleciały warzywa i przeróżne śmieci, wśród których znalazły się nawet majtki nie-pierwszej świeżości. Nikt nie zwrócił nawet uwagi jak jeden osobnik, odziany w ciężką zbroję, pochyla się w kierunku swoich genitaliów, kiwa kilka razy głową tak, jakby odbierał od nich jakieś polecenia, po czym zaczyna grzmieć:
- Wypierdalaj! Wypierdalaj!
Okrzyk został podchwycony przez będących w jego pobliżu i w błyskawicznym tempie rozszedł się po całym targu.
- WYPIERDALAJ! WYPIERDALAJ!
- ... czy też rewelacyjny Letsirg?
Publika uniosła ręce do góry i zaczęła wiwatować na cześć pół-orka. Bard znowu zwyciężył. Ukłonił się w podziękowaniu i skierował swe kroki w kierunku namiotu.
- Dobry je, nie? - zapytał Mirusa jego kolega.
- No... Ja go znam!
- Skond niby?
- Uratowalim go z ojcem, jak na szalupie płynoł w kierunku londu, ale nie widzioł gdzie jest. No to pozwolilim mu płynonć za nami do portu i... Prosze, gdzie tera stoi... I to ja go uratowoł!
- Coś ty powiedział? - zagadnął stojący obok mięśniak, ten sam, który ich uciszał przed walką.
- No, ja żem uratowoł tego dużego, zielonego...
- Lestriga?
- No, tak właśnie! - chłopaka rozpierała duma.
- Lepiej, żeby przegrał w finale, bo postawiłem prawie całe oszczędności na Kahara, to był murowany faworyt. - mięśniak zmarszczył czoło robiąc groźną minę w kierunku Mirusa. - Ale jeśli ten Lestrig jednak wygra, to nie chciałbym być w skórze tego, który go uratował... Rozumiesz, gnojku?
Z syna rybaka uszła cała radość. Jego głowa, jeszcze przed chwilą uniesiona wysoko do góry, teraz schowała się między wąskimi ramionami. Spojrzenie wlepił w kamień leżący mu tuż obok stopy. Skóra opalona wieloma godzinami spędzonymi na słońcu, jakimś cudem pobladła. Z całej siły starał się zapanować nad trzęsącymi się kolanami, ale z każdą chwilą drżały coraz bardziej. Wiedział, że nie da rady przecisnąć się miedzy ludźmi zanim ten olbrzym go nie schwyci za fraki. W takim razie jak tu uciec, rozmyślał w panice, no jak tu uciec?!
* * *
- Hej, ludzie, zanim dojdzie do wielkiego finału, zapraszam na pokaz tańca-połamańca! - krzyknął zapowiadacz. - Przed wami... Bi-Boje!
Na scenę wbiegło sześciu chłopaków w dziwnych, zakrywających włosy futrzanych czapkach. Rozłożyli sobie matę ze specjalnie wygarbowanej skóry i ustawiwszy się w okręgu czekali, aż zacznie grać muzyka. Jak tylko wybrzmiały pierwsze tony podkładu, młodzieńcy zaczęli podskakiwać, chodzić na rękach, kręcić się na nich unosząc resztę ciała nad ziemią, robić gwiazdy, salta, wymachiwać nogami obracając swym tułowiem, kręcić się na głowach i wykonywać inne cuda akrobacji.
- Co tam się dzieje? Daj mi wreszcie porządnie popatrzeć! - rozkazał Xethonar.
- Nie sądzę, by to był dobry pomysł...
- Nie pierdol i rób, o co cię proszę!
Kristo wzruszył ramionami i zaczął grzebać w zawiniątku zwisającym mu w okolicy rozporka. Wyjął z niego szklaną kulę z uwięzionym weń obserwatorem i podniósł na wysokość swojej głowy, umieszczając ją w okolicach ucha. Po chwili odsłonił trochę okrywającej Xethonara chusteczki.
- No, od razu lepiej! - powiedział towarzysz błędnego rycerza. - Ale co to, kurwa, jest?
- Co? - szepnął Kristo.
- Jak to co? Te porąbane wygibasy!
- To jest taniec-połamaniec.
- To ma być, kurwa, taniec? Ci kolesie to poruszają się jak jacyś paralitycy, a nie tancerze. Ech, wy, ludzie, jakiego gówna wy jeszcze nie wymyślicie?
- Pociesz się, że mi też się raczej nie podoba... - powiedział błędny rycerz, tak jakby to miało usprawiedliwić całą ludzką rasę.
- To na chuj patrzysz?
- Czekam na występ Gristela.
- No tak... A gdzie reszta?
- Tam. - błędny rycerz odwrócił dłoń w prawo. - Dziewczyny poszły się odlać, a Sedy... Sam nie wiem gdzie go poniosło, ale powiedział, że też zaraz wróci.
- A, jebać go, jak dla mnie, to wcale nie musi wracać... - stwierdził obserwator. - O! Popatrz, kto tam stoi!
- Gdzie?
- No tam, gdzie mnie teraz kierujesz!
- Kto? - Kristo dalej miał problem z odszukaniem osoby, o którą chodziło Xethonarowi.
- Synek rybaka, który nas poprowadził do Marinoru. Jak mu było... Mirus, czy jakoś tak. Stoi koło takiej wielkiej, bezmózgiej góry mięsa, na którą teraz patrzysz..
- A! Teraz widzę! Hmmm... coś nietęgą ma minę.
- A można mieć inną, jeśli się ogląda taką chujnię, jaką wyprawiają teraz te gnojki na scenie?
- Nie marudź już, bo właśnie się skończyło.
- Tyle dobrze...
Publika ucichła, a do na scen e zaczął wchodzić prowadzący turniej.
- Cholera, już się zaczyna. Gdzie są dziewczyny? Widzisz je?
- Kurwa, nie tak gwałtownie, bo wszystko mi rozmazujesz! - warknął Xethonar. - Właśnie przeciskają się do nas.
- No, to w porządku...
* * *
- Witam wszystkich na wielkim finale turnieju hula-hopu! - krzyknął konferansjer. Jego gardło zdawało się mieć niewyczerpane zasoby sił. - Na arenę wejdzie teraz dwóch najlepszych zawodników. Obaj są świetni i nie jest przypadkiem, że zaszli tak daleko! Ale, niestety, tylko jeden z nich może być mistrzem! A który? Pamiętajcie, wybór należy tylko do was! - dał publice chwilę, by ta wydała z siebie ryk zadowolenia. - Uwaga! Przed wami Kahar i Letsirg!
Dwaj ostatni uczestnicy konkursu stanęli naprzeciwko siebie. Kahar, wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna z ogoloną głową, gębą wykidajły i mnóstwem tatuaży na ciele, spojrzał Gristelowi prosto w oczy, wyszczerzył zęby, po czym zaczął się kołysać do rytmu.
Hej, ty, kurwa, palancie zielony
Ćwoku jeden w dupę chędożony
Posłuchaj mnie dobrze bo nie powtórzę
Ja tutaj rządzę, to moje podwórze
Wraz z kumplami trzęsiemy okolicą
Tutaj wszyscy się z nami liczą
Dlatego rozkazuję i lepiej zrób to zaraz
Spierdalaj stąd lub powiedz życiu "Nara!"
Publiczność zaczęła klaskać i bić brawo. Kahar zaś splunął w kierunku pół-orka, podskoczył do góry i z całej siły łupnął butami w drewnianą scenę aż ta się zatrzęsła, po czym wydał z siebie ryk tryumfu.
- No dawaj, dawaj! - prowokował. - Pokaż co potrafisz!
Gristel zaś stał niewzruszony, z rękoma założonymi na piersi. Puścił przeciwnikowi ironiczne spojrzenie, a gdy nadszedł odpowiedni moment, zaczął wyrzucać z siebie słowa:
Teraz ty mnie posłuchaj chujku mały jeden
Na każdy twój epitet ja mam już siedem
Zielony palant, mówisz cipo zagrzybiała
Kurwo portowa, kuśko sflaczała
Nierobie zasrany, cwelu w dupę pchany
Murku obeszczany, menelu zarzygany
Odpierdol się ode mnie bo położę trupem
A na przepraszam pocałuj mnie w dupę!
Po ostatnim bard słowie zsunął spodnie, obnażając miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, i wypiął się w kierunku przeciwnika klepiąc się po tyłku.
Audytorium wrzasnęło z zachwytu, bo i czegoś takiego nikt się nie spodziewał. Kahar zaś, z twarzą poczerwieniałą ze złości, nie wiadomo czy za zniewagę czy też za przegraną, rzucił się w stronę Gristela z pięściami. Pół-ork właśnie tego się spodziewał.
W ostatniej chwili odsunął się z trasy wytatuowanego mężczyzny i spróbował go podciąć. Kahar zdołał podskoczyć, wyhamował, zawrócił i ruszył do ponownego natarcia. Bard wiedział, że próba ponownego uskoku i podcięcia już nie może się udać, bo stracił element zaskoczenia. W tej chwili pozostawała już tylko walka w zwarciu.
- Zajebię cię! - warknął Kahar.
- Zobaczymy!
Wytatuowany mężczyzna zasypał Gristela gradem ciosów, ale każdy z nich był parowany przez pó ł-orka. Bard, pamiętając nauki Vertina, nie atakował. Czekał na błąd przeciwnika. Ten wydarzył się w kilka chwil później, gdy Kahir, znużony ciągłym i nieefektywnym atakowaniem, wypadł z rytmu.
Pół-ork chwycił wysuniętą rękę oponenta, błyskawicznym ruchem wykręcając ją tak, że aż zatrzeszczały kości i stawy. Moment potem znalazł się za jego plecami i unosząc mu unieruchomioną kończynę, zmusił go do padnięcia na kolana. W barku Kahara coś strzeliło, a ten jęknął z bólu. Gristel, zachęcony tym, położył but na głowie pokonanego, po czym nadepnął tak, że wytatuowany mężczyzna uderzył twarzą o scenę roztrzaskując sobie nos. Bard już miał zrobić coś jeszcze, ale zdał sobie sprawę, że znowu narasta w nim ta prymitywna żądza, plugawy zew krwi, toteż po chwili wahania, walki z samym sobą, odstąpił od dalszego maltretowania przeciwnika.
Gristel puścił Kahara, a ten, bezwładny niczym kukła, osunął się na arenę.
- Cóż za ekscytujący finał! Czegoś takiego nie zobaczycie nigdzie indziej! - podniecał się konferansjer. - Chyba nie ma wątpliwości co do tego, kto wygrał?
Widownia szalała skandując imię zwycięzcy:
- LETSIRG! LETSIRG!
We wrzasku tym utonął krzyk i wołanie o pomoc pewnego młodego chłopaka, który w sposób doraźny dowiadywał się, że wspierając dotarcie pół-orka na ląd, przyczynił się do sporych strat materialnych bijącego go właśnie jegomościa. Później, gdy całymi dniami leżał w łóżku lecząc rany, przeklinał w myślach dzień, w którym zauważył tę parszywą łódkę. No bo jak tu się nie denerwować, jeśli za pomoc okazaną bliźniemu los płata takiego figla?
* * *
Zostali obudzeni przez uporczywe walenie w drzwi. Przed oczami stanęły im mgliste obrazy wczorajszego wieczora, kiedy to w swoim pokoiku w gospodzie "Pod skapcaniałą syreną" fetowali sukces, racząc się pierwszym od kilku dni prawdziwym, porządnym jedzeniem oraz rasową gorzałką. Jeśli ktoś zatrzymałby się wtedy koło ich drzwi, to usłyszałby masę śmiechów, wesołych rozmów, krzyków i śpiewów. W końcu udało im się zdobyć fundusze na dalszą podróż i zakup potrzebnego ekwipunku oraz broni, bo mimo, iż zabrali miecze ochroniarzom Rotardiego, to były one bardzo już zużyte. Mieli zamiar sprzedać je w jakimś skupie metalu i zaopatrzyć się w porządną, nową broń, prosto od lokalnego kowala. W tej sytuacji byli przekonani, że nie muszą się o nic martwić i mogą skoncentrować się na pierwszej chwili autentycznego relaksu, gdyż nie doznali go od momentu, gdy zaczęli wędrować razem. Zapomnieli jednak o "syndromie dnia następnego", którego prawdopodobieństwo pojawienia się wzrastało wraz z każdą kolejką wódki, a który dręczył teraz ich zmaltretowane przez alkohol głowy poprzez wzmożoną percepcję słuchową oraz deformowanie każdego dźwięku na kształt uderzającego tuż obok gromu.
Myśleli, że ten ktoś po prostu się pomylił i zaraz sobie pójdzie, ale najwyraźniej osobnik bijący w wejście do pokoju nie miał zamiaru dać za wygraną.
- Kurwa, otwórz ktoś! - mruknęła Serubi.
- Inrami, ty masz najbliżej! - burknął Gristel obracając się na drugi bok.
- Walcie się, nie pokażę się nikomu w takim stanie!
- Założę się, że już nie z takim syfem miała do czynienia twoja gęba. - skomentował Xethonar.
- Dobra, ja otworzę. - burknął Sedy i powlókł się do drzwi z gracją kulawego konia. - Czego? - zapytał odsunąwszy skobel.
Na korytarzu czekał herold w wykwintnym, drogim stroju oraz czterech strażników. Posłaniec odchylił głowę w tył, chcąc uniknąć paskudnych wyziewów bijących z ust stojącego przed nim chłopaka, i zaczął machać rękę, żeby je rozgonić.
- Czy jest tu niejaki Letsirg?
- Może? A kto pyta?
- Niven, posłaniec królewski...
- Sedy, dobrze słyszę, że tam jakiś posraniec stoi? Czemu z nim jeszcze gadasz? Daj mu miedziaka i niech idzie precz! - dobiegło z pokoju.
- Nie, to nie jest żebrak! To przedstawiciel króla Marinoru!
Na progu stanął Gristel, który chwilę temu uznał, że lepiej zwlec się z łóżka i zobaczyć o co chodzi. Popatrzył pytająco na mężczyznę w szykownym stroju.
- Mam wiadomość dla Letsirga, zwycięzcy wczorajszego turnieju hula-hopu. Jest on, podobnie jak i wszyscy jego towarzysze, zaproszony na dziś na audiencję u Sorekhara, władcy Wyrtten.
- A na kiedy? - zapytał pół-ork.
- Zaraz! - Niven zakręcił oczami.
- Jak to zaraz? Nie damy rady! - wykrzyknął Sedy.
- Jak śmiecie odmawiać królowi?! - na głos posłańca nieruchomi dotąd strażnicy postąpili krok do przodu, a ich dłonie spoczęły na rękojeściach mieczy.
- Spokojnie! - rzekł bard. - Po co te nerwy? - popatrzył na Nivena. - Skoro król tak bardzo chce się z nami zobaczyć, to musimy spełnić jego prośbę.
- Dobrze! Tylko, na bogów, ogarnijcie się choć trochę! No i zróbcie coś z waszym oddechem!
- Potrafimy o siebie zadbać. - burknął Gristel. - Możecie już iść, trafimy do pałacu.
- Och, nie, my poczekamy!
- To może trochę potrwać...
- Nie wątpię! - parsknął herold. - Ale mam polecenie, by odstawić was tam osobiście, pod eskortą czekających na dole strażników. Nasz łaskawy władca dba o bezpieczeństwo swoich gości. - na jego twarzy pojawił się życzliwy uśmiech, ale biorąc pod uwagę funkcję Nivena, w rzeczywistości mógł on oznaczać wszystko.
* * *
Przekroczywszy silnie strzeżona bramę w murze ochronnym, drużyna znalazła się na drodze prowadzącej do siedziby króla. Podążali brukowaną ścieżką, przy której rosły krzewy z przeró żnymi, kolorowymi kwiatami oraz wysokie palmy. Wzdłuż trasy ciągnęły się płytkie baseny pełne krystalicznej, przejrzystej wodzy, w której dało się dostrzec hasające grupki rybek, mieniących się wszystkimi barwami tęczy.
Ekipa wykorzystała nadarzającą się okazję i mogła w pełni podziwiać pałac króla Wyrtten. Co prawda widzieli go wpływając do Marinoru, ale z bliska wydawał się jeszcze okazalszy, mimo, iż z początku wcale na taki nie wyglądał. Jawił się raczej jako prostokątna, przypominająca swym kształtem zwykłe pudełko budowla, z której narożników wyrastały wieże zwieńczone szpiczastymi, pomalowanymi w czerwono-granatowe pasy czaszami. W punkcie centralnym konstrukcji znajdowała się ogromna, mieniąca się złotem kopuła. Można powiedzieć, że nic specjalnego, gdyż idąc tutaj widzieli już podobnie wyglądające domy szlacheckie.
Dopiero potem dotarło do nich, iż ściany budowli są wykonane z białego marmuru, który odbijając promienie słoneczne powoduje, że pałac emanuje blaskiem tak, jakby zstąpiło doń jakieś bóstwo, chcące oświecić ludzi swą chwałą. Ich podziw wzrósł jeszcze bardziej, gdy znaleźli się w tuż przed wejściem do samego pałacu. Z bliska mogli dostrzec, że każdy otwór w ścianie pałacu jest obmalowany skomplikowanym, kolorowym wzorem, charakterystycznym dla funkcji, jaką spełnia: inaczej wyglądały okna, a inaczej drzwi. Jakby tego było mało, to okazało się, że ściany są oszlifowane i gładkie niczym tafla zamarzniętego jeziora. Cóż za kontrast w porównaniu do obskurnych zamków, w których zwykli zamieszkiwać włodarze z ich kontynentu.
Nagle, tuż obok Sedy'ego, o ziemię rąbnął ptak przebity strzałą, plamiąc bruk swoją krwią.
- Co to?! - wykrzyknął chłopak w zaskoczeniu.
- Ach, to. Nie warto się tym przejmować! - posłaniec machnął ręką. - Na murach mamy ludzi, którzy zestrzeliwują te ptaszyska zanim odłowią jakąś rybkę z kolekcji króla. On bardzo nie lubi, gdy traci któryś ze swych okazów.
- Tych, co pływają w tych basenach obok? - Kristo wskazał palcem.
- Tak, właśnie tych. - Niven kiwnął głową. - A teraz chodźcie za mną, Sorekhar, władca Marinoru, czeka.
Powiedziawszy to skinął na dwóch służących stojących przy solidnych, mosiężnych drzwiach, a ci bez słowa chwycili za klamki i otworzyli wejście do wnętrza budynku.
Zaczęli przemieszczać się po pałacu. Na korytarzach stało mnóstwo dzieł sztuki, od waz, przez rzeźby na obrazach kończąc, oraz mnóstwo kwiatów. Po ścianach ciągnęły się przeróżne rodzaje wzorów, które miały pomagać w orientacji w siedzibie króla. Drużyna z nich jednak nie korzystała, bo pomijając fakt, że nikt z ekipy nie umiał zrozumieć wskazówek przez nie przekazywanych, to byli prowadzeni przez Nivena, najwyraźniej znającego cały układ sal i korytarzy na pamięć. Oczywiście, wszystko to odbywało się pod czujnym okiem strażników.
W pewnym momencie zatrzymali się przed złotymi wrotami.
- Tylko pamiętajcie, żeby się ukłonić przed panem Sorekharem. - rzucił posłaniec za siebie i otworzył drzwi.
Wewnątrz, na posłaniu z poduszek, leżał mężczyzna w średnim wieku, o oliwkowej cerze i krótkich, czarnych włosach. Był otoczony przez dziesięć usługujących mu, skąpo odzianych kobiet: jedne wachlowały go ogromnymi liśćmi palmowymi, drugie co chwila sprawdzały, czy władcy niczego nie potrzeba, a pozostałe grały jakieś odprężające melodie. Rzuciły badawcze spojrzenie w kierunku nowoprzybyłych, po czym wróciły do swoich zajęć.
- Witam, panie!
- Słucham, Nivenie? - zapytał król śpiewnym głosem.
- Oto oni, panie!
- Mhmm... - mruknął w aprobacie. - Bardzo dobrze, a teraz zabierz strażników i zostaw nas samych.
- Jak to samych?!
- Czyżbyś miał jakieś problemy ze słuchem, Nivenie?
- Nie...
- No, to dobrze. Bo gdyby jednak tak było, to musiałbym sobie poszukać kogoś innego na przedstawiciela. Wiesz przecież, że jeślibyś przekręcił to, co ci powiedziałem, to skutki mogłyby być katastrofalne, zarówno dla nas, jak i całego Wyrtten. A tego byśmy nie chcieli. - wskazał ręka na drzwi. - Wezwę ciebie jeśli będziesz potrzebny.
- Tak, panie. - ukłonił się posłaniec i dopilnowawszy, że każdy członek eskorty wyszedł z sali królewskiej, samemu ją opuścił.
- Proszę, więc oto zwycięzca turnieju hula-hopu! - król klasnął w ręce. - Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak pogratulować sukcesu.
- Dzięki ci, panie! - powiedział bard wykonując głęboki, teatralny ukłon.
- Ależ proszę bardzo. Każdy, kto przyczynia się do sławienia Marinoru godzien jest pochwały. - uśmiechnął się mrużąc oczy. - Chciałbym zaznaczyć, jeszcze zanim zaczniemy dalszą konwersację, że odradzam wszelkich sztuczek. Te kobiety przy mnie, to nie zwykłe służące, a wyszkolone zabójczynie. - Sorekhar pomuskał palcami jedną z nich pod brodą. - Jeden nieodpowiedni ruch, a nawet nie będziecie wiedzieć, że uszło z was życie. Czary też odradzam. W tym pomieszczeniu znajduje się urządzenie, które porazi piorunem każdego, kto skumuluje w sobie choć odrobinę energii.
- Panie, czemuż mówisz nam to wszystko? - zapytał Kristo. - Przecież my tylko...
- Proszę, nie wciskajcie mi tego gówna! Macie mnie za durnia? - skrzywił się. - Wiem, kim jesteście. Staliście się jednym z głównych tematów rozmów na każdym dworze królewskim. Wszystko przez to, że pozbyliście się tej durnej dziwki, Celiki.
Inrami już chciała coś odszczeknąć, skrzywdzona sposobem, w jaki została określona jej nieodżałowana pani, oraz tym, że to ich posądza się o jej zabójstwo, mimo, iż tego nie zrobili. Na nieszczęście zabójczyni, Serubi przewidziała reakcję stojącej obok towarzyszki i z niemałą przyjemnością nadepnęła na jej stopę, w ten sposób przypominając Inrami, że ma trzymać język za zębami.
- Za to powinienem obsypać was złotem, ale nie mogę. - zrobił smutną minę, choć jego oczy mówiły, że wcale mu nie jest przykro. - Dlaczego? Bo już dawno powinniście wisieć na stryku i to wcale nie za próbę bezczelnego okłamania króla. Chodzi o to, że również wy zabiliście Rotardiego, wiedziałem o tym jeszcze tej samej nocy, kiedy rozerwaliście go na strzępy w jednej z bocznych alejek. Za takie przestępstwa kara się u nas śmiercią. Mimo to nie wydałem rozkazu waszego aresztowania. Nie chciałem, by nagłośnienie tej sprawy wpłynęło negatywnie na nadchodzący turniej. No, ale teraz jest już po konkursie, więc sprawa wygląda nieco inaczej... - na twarzy Sorekhara pojawił się wredny uśmiech. - Dlatego wychodzę do was z propozycją.
- Jaką? - zapytała Serubi.
- Ja odpuszczę wam wszystkie winy i odejdziecie stąd wolno, jakby nigdy nic się nie stało, jakby was w ogóle nie było w tym mieście, w tym królestwie. Nawet dam wam porządny ekwipunek i trochę grosza na drogę.
- A co mamy zrobić w zamian? - rzekł Kristo.
- Słyszeliście może o smoku, jaki pojawił się jakiś czas temu nad Marinorem?
- Nie no, chyba nie mamy zabić smoka? - jęknęła Inrami.
- Owszem, macie, albo zawiśniecie na rynku, jako przykład dla innych potencjalnych przestępców. Ale spokojnie, nie idziecie przecież sami, to byłoby samobójstwo, a ja nie chcę waszej śmierci. - wziął do ręki kiść winogron, urwał jeden owoc, włożył go sobie ust i zaczął gryźć. - Jakiś czas temu odkryto legowisko gada, a wczoraj w tamtym kierunku wyruszyła zbrojna grupa. Ja nie mogłem do niej dołączyć, bo jest masa spraw, które muszę niezwłocznie załatwić. Ale za to wy, nie mając przecież nic lepszego do roboty, wyruszycie zaraz i jako reprezentanci króla pomożecie w obławie.
- Panie, mamy braki w wyposażeniu i... - zauważył Gristel.
- To nie jest problem. Wyekwipujecie się w mojej zbrojowni, powiedzcie Nivenowi by was tam zaprowadził. - przeciągnął się na legowisku. - A teraz, reasumując: pomożecie w zabiciu Groul'a, bo takie imię nosi smok, i jesteście wolni. To chyba uczciwy układ, nieprawdaż?
Cóż, można było wątpić w słuszność ostatniej wypowiedzi Sorekhara, ale nikt nie śmiał z nią polemizować.
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||