
::: NoNamemaN :::
Empatia 2 - odcinek trzeci
Rządzącym się nie odmawia
- Ty, tatko, patrzaj no na to!
- Co?
- No zobacz jakie cudaki ku nam wiosłujo! - powiedział młody chłopak wyciągając sieć z wody.
- Skąd ci oni tukej? - rzekł Jahura, stary rybak, spoglądając w kierunku wskazanym przez syna.
- Cholera ich wie... - podrapał się po głowie.
- No, dobra Mirus, skończta się opierdalać i wracajta do roboty!
Gdyby Jahura, miast skupiać się na szacowaniu połowu, popatrzył teraz w oczy syna, to dostrzegłby w nich błysk inteligencji. Choć równie dobrze mógł być to zabłąkany promyk słońca odbity od jego ślepi.
- Tatko, a może to piraty som! - wykrzyknął Mirus.
- Synu, powiedz no czemu ty taki jak matka durny jesteś? - westchnął Jahura. - Przecie piraty takimi gównianymi łódkami nie pływajo! Oni okręta majo, z wieloma żagluma, a nie takie ino skrobanki. A tera do roboty, dekowniku ty!
Chłopak nie polemizował z ojcem i wrócił do pracy, bojąc się tego, że w domu ten znowu będzie go ćwiczył za pyskowanie. Jednakże mimo tego nadal myślami był przy zbliżającej się ku nim łódce z pięcioma dziwnie wyglądającymi osobnikami. Gdy szalupa zatrzymała się przy nich na odległość wiosła, Mirus musiał stwierdzić, iż nazywanie jej pasażerów dziwnymi to zdecydowanie za mało powiedziane. No bo na przykład kto przy zdrowych zmysłach wypływa w morze z ewidentnie dziurawymi sieciami, z lutnią i ciężką zbroją na pokładzie?
- Witam panów. - ukłonił się ogromny człowiek z zielonkawą skórą i paskudną twarzą.
- Bry! Jestem Jahura, a to mój syn Mirus. A wy, coście za jedni?
- Rozbitkowie. Nasz statek zatonął w trakcie burzy dwa dni temu. Tylko my się uratowaliśmy... - westchnął robiąc smutna minę. - Z nadzieją nadal wiosłowaliśmy w kierunku, w którym zmierzał nasz okręt. Na zachód, do Marinoru. Daleko to, drogi panie?
- Nie, nie daleko... Poczekajta chwile, kończym właśnie połów i sami zara wracamy. Popłyniecie za nami, co by się nie zgubić.
- Dzięki ci, miły panie.
- Ale, ale... - Jahura zmrużył oczy marszcząc spieczone słońcem czoło. - Dziwnie mi wyglondocie. Pomogem wam, ale odpłyńta trochę do tyłu. Jak już zobaczycie brzeg, to hulaj dusza, wiosłujta gdzie chcecie. Byle nie za mno, do inaczej na lądzie żono, dzieciarnio i psami poszczuje.
- Oczywiście, dobry panie. - Gristel zgiął się w pół, ale raczej nie w wyrazie wdzięczności, a by rybak nie widział, jak powstrzymuje się od śmiechu. Miał nadzieję, że innym tez się to uda. - Już się odsuwamy.
* * *
Marinor objawił im się w pełnej krasie, w najpiękniejszej ku temu chwili - podczas zachodu słońca. Jego promienie prześwitywały pomiędzy smukłymi, wysokimi wieżycami pałaców stolicy Wyrtten, rzucając swe refleksy na skrzącą się złotem taflę wody. Od razu dało się zauważyć dwór królewski, majestatyczny, wybudowany w najwyższym punkcie naturalnej portu w kształcie półksiężyca, na którym kilka wieków temu powstało miasto. Jednakże to nie siedziba władcy przykuwała największą uwagę, a górująca nad całym Marinorem wielka, wyglądająca niczym noga giganta latarnia morska, wzniesiona na prawym ramieniu zatoki. Na jej szczycie buchał kilkumetrowy płomień, mający pomagać zagubionym okrętom znaleźć drogę do portu. Zapierającego dech w piersiach widoku dopełniała zalewająca wszystko pomarańczowo-czerwona poświata.
- Niesamowite! - powiedział Kristo.
- No, nawet po szumigaju trudno o takie wizje. - dodał Sedy, któremu najwyraźniej przeszło apogeum "głodu".
Wpłynęli do zatoki w towarzystwie mnóstwa innych okrętów, zmierzających do portu przed zachodem słońca. Były to głównie łodzie rybackie, choć można też było wyróżnić kilka statków handlowych oraz jednostki bojowe, mające za zadanie bronić stolicy przed ewentualnym atakiem piratów.
Znaleźli się właśnie w pobliżu latarni, więc spojrzeli w górę by się jej lepiej przyjrzeć. Z tej perspektywy wydawało się, że dotyka ona nieba.
- Słyszałam, że ten ogień zasilany jest jakąś czarną, łatwopalną substancją, wydobywana gdzieś daleko na pustyni w głębi kontynentu. - rzekła Serubi. - Ropa to się nazywa, czy jakoś tak...
- Ropę to ty masz rano między nogami jak się budzisz. - wtrącił się Xethonar. - Ludzie, zejdźcie na ziemię, mamy ważniejsze problemy na głowie!
- Niestety, on ma rację. - przytaknął Gristel. - Nie możemy płynąć do głównego doku, bo tam niewątpliwie zainteresują się nami strażnicy. Wątpię, by łyknęli to, że jesteśmy rozbitkami tak jak tamten ćwok...
- Myślę, że w tej sytuacji powinniśmy płynąć wraz z rybakami ku ich siedzibom. - zasugerowała Inrami. - Tam raczej nikt nie będzie zwracał na nas uwagi.
- Dobra myśl. Dawaj Kristo, wiosłujemy! - zachęcił bard.
* * *
Dobijając do piaszczystego brzegu stwierdzili, że stolica Wyrtten być może jest piękna na pierwszy rzut oka, z daleka, ale po bliższym poznaniu okazuje się, iż w rzeczywistości to miasto ładną ma tylko nazwę i dzielnicę szlachecką. Świadczyły o tym czarne, zaniedbane, stojące blisko siebie chałupy, przy których wisiały stare, zużyte i miejscami dziurawe sieci, grupki umorusanych dzieci bawiących się na brudnej plaży, rynsztok mający ujście wprost do zatoki oraz paskudna, zamulona woda, raz po raz wyrzucająca na brzeg jakieś śmieci. Obrazu dopełniał wszechobecny, świdrujący nos zapach wędzonych ryb.
- Kurwa, ale śmierdzi! - parsknęła Inrami zakrywając twarz ręką.
- Eee tam! Nie takie rzeczy się już wąchało. - stwierdził Sedy.
- Nie wątpię... - burknęło z okolic rozporka błędnego rycerza.
- Chodźmy stąd i znajdźmy jakąś gospodę. - powiedziała Serubi.
- A za co niby tam przenocujemy? - zapytała Inrami z wyczuwalną ironią w głosie.
- Gristel, może ty w zamian za występ mógłbyś nam coś załatwić?
- Teoretycznie tak. Ale najwyżej tylko dla siebie. Nikt ci nie da noclegu dla pięciu osób za jeden występ, o kredycie nie wspominając. Wiem, bo siedzę w tym interesie już od jakiegoś czasu.
- No, to pięknie! - jęknęła zabójczyni. - Nie mamy pieniędzy na miejsce do spania, ba, nawet na coś do jedzenia, bo zjedliśmy już wszystkie zapasy! Broni też nie mamy, bo zabrał nam ją ten jebnięty kapitan! Nic nie mamy!
- Skończ już jęczeć! - powiedział Xethonar. - Zawsze możecie sprzedać tego gówniarza na targu niewolników. Jak na razie jest dla was tylko balastem, nawet teraz polazł sobie i gada z lokalnymi przygłupami. Przynajmniej ma rozmówców na swoim poziomie... Wiele za niego nie dostaniecie, ale przynajmniej powinno starczyć na kilka dni utrzymania.
- Co ty gadasz?! Nie zrobimy tego! - odparła Inrami. - To jeden z nas!
- A tam, od razu jeden z nas. - prychnął obserwator. - A tak właściwie, to co ty go tak..?
- Przestańcie się kłócić i postarajmy się wymyślić jakieś inne rozwiązanie. - wtrącił się Kristo.
- Ostatecznie możemy kogoś okraść... - rzekła Serubi nieśmiałym tonem.
- Jasne, tutaj to jest świetny pomysł! - stwierdziła zabójczyni. - W sumie uzbiera się może z dziesięć miedziaków. Nie ma co sterczeć, chodźmy do centrum, tam łatwiej o zasobniejsze sakiewki..
- Co? Gdzie idziemy? - zapytał Sedy podchodząc do dyskutującej drużyny.
- Do dupy. - rzucił Xenothar.
- Cóż, jak chcecie. Ja idę wyspać się w łóżeczku. - chłopak wyciągnął z kieszeni niewielką sakiewkę i zaczął nią podrzucać. Ze środka odezwały się monety. - Ktoś chce się przyłączyć?
- Skąd to masz?
- Sprzedałem łódź tym ludziom. - wskazał palcem na dwóch rosłych mężczyzn stojących kilkanaście metrów od nich, na kamienowanej ścieżce. - W końcu i tak do niczego nam się raczej nie przyda, nie? - popatrzył po gapiących się na niego towarzyszach. - No co? Źle zrobiłem?
- Nie no, dobrze... - powiedział Gristel. - Tylko jak ci się to udało?
- Tajemnica zawodowa. - Sedy wyszczerzył zęby w chytrym uśmiechu. - Dość powiedzieć, że opchnąłem tę skrobankę za trzy razy więcej niż jest warta. A teraz bierzcie z niej co tam macie i spadamy stąd. Polecono mi pewien lokal, niedaleko stąd, ponoć jest niedrogi i panuje tam miła atmosfera.
- Świetnie! - rzekła rozradowana Serubi. - A jak się nazywa?
- "Pod skapcaniałą syreną".
* * *
Przybytek, do jakiego zaprowadził ich Sedy, nie dobiegał wystrojem od typowej, podrzędnej gospody. Wnętrze było słabo oświetlone kilkoma lampami na tłuszcz, przy prostych, drewnianych stołach urzędowały grupki stałych bywalców rżnących w karty oraz popijających ciepłe piwo z porcelanowego kufla, a za szynkwasem stał otyły i spocony karczmarz, z miną sugerującą albo parszywy humor, albo ostre zatwardzenie.
- Gospodarzu, macie jaki wolny stolik? - zapytał Sedy.
- Zależy, kto pyta. - odparł grubas zza lady.
- Ktoś skłonny zapłacić gotówką, a nie brać na krechę.
- Proszę za mną, do alkierza. - rzekł szynkarz z ociąganiem, uprzednio zlustrowawszy każdego członka drużyny.
Zaprowadził ich do pokoiku na końcu pomieszczenia, zapewne by nie rzucali się innym w oczy. Najwyraźniej ktoś nowy był tu rzadkością i właściciel przybytku nie chciał, by jego mniej tolerancyjni, stali klienci urządzili z tego powodu burdę.
- Co podać?
- A co jest?
- Polewka z ryby i cebulowa.
- To daj nam cebulowej, tylko sera nie żałuj! - powiedział Sedy pstrykając miedziakiem w stronę karczmarza.
Ten chwycił monetę z zadziwiającą jak na jego gabaryty szybkością, po czym bez słowa odwrócił się i ruszył w kierunku zaplecza by zrealizować zamówienie.
- I piwa! - krzyknął jeszcze Kristo.
- Ciszej, nie zwracajmy na siebie uwagi. - szepnęła Inrami.
- Ciekawe czy trzeba dopłacać za gorącą kąpiel... - zastanowiła się Serubi.
- Nie szastajcie pieniędzmi. - rzekł Gristel. - Muszą nam wystarczyć jeszcze na kilka noclegów. Jutro trzeba by rozejrzeć się za jakąś robotą.
Gospodarz postawił przed nimi złocisty trunek, wylewając jego odrobinę z na stół. Niezbyt tym wzruszony wyciągnął z kieszeni starą, dawno nie praną szarą szmatę i przetarł nią blat.
- Zaraz będzie zupa. - burknął i poszedł.
- Nie ma to jak miła obsługa.
- Nie marudź, Inrami. - rzucił Gristel. - Uwierz mi, że bywałem w gorszych miejscach. W porównaniu do szynkarzy, jakich już widziałem w swoim życiu, ten człowiek jest dla nas bardzo uprzejmy. Może pociągnąć go za język? Powinien się orientować jak przedstawia się obecnie sytuacja w Marinorze.
- Racja. - stwierdził Kristo. - Zaraz będziesz mógł go o to spytać. Właśnie niesie nam jadło.
- Proszę. - powiedział karczmarz kładąc przed nimi pięć glinianych misek i garnek parującej, pachnącej zupy.
- Dzięki ci, miły gospodarzu. - rzekł pół-ork biorąc do ust łyżkę polewki. - Uhmmm! Pyszna! - wziął łyk piwa. - Czy byłbyś łaskaw powiedzieć co też się nowego dzieje w stolicy Wyrtten?
- Różne rzeczy. Zależy od tego, czy chcecie wykupić nocleg?
- To zależy, ile sobie życzysz.
- Jak dla was, to piętnaście miedzianych ode łba za noc.
- Miły panie, toć my tylko biedni wędrowcy. - wtrącił się Sedy wciągając nitki z sera do ust. - Zechciej obniżyć do sześciu, a na pewno zostaną u ciebie nasze pieniądze.
- Dwanaście. Niżej nie spuszczę.
- Panie, miej litość. - kontynuował młodzieniec. - Niech będzie chociaż osiem. Czy chcesz, byśmy spali na dworze, narażeni na różne wypadki, podczas gdy ty przez to nic nie zarobisz?
- Dziesięć. - wycedził szynkarz przez zęby, marszcząc czoło. - I ani ważcie się mówić o tym komukolwiek innemu. Ech, kurwa, serce mi mięknie na starość.
- Zgoda, miły panie. - uśmiechnął się Sedy. - A czy teraz mógłbyś odpowiedzieć na pytanie mojego przyjaciela?
- Cóż... - gospodarz podrapał się w wyłysiałe czoło. - Tutaj rzadko dzieje się coś ciekawego. Ot, co najwyżej nie dalej jak tydzień temu mieliśmy tu smoka. Przyleciała gadzina, pokręciła się nad miastem, porwała dwie krowy i tyle jej było widać. - wzruszył ramionami. - A tak, to tylko marynarze ciągle przypływają i odpływają, dostarczają i zabierają różne towary... Jeśli szukacie pracy, to zatrudnijcie się w porcie do rozładunku statków. Nic innego mi nie przychodzi do głowy... - już miał odejść, gdy odwrócił się jeszcze. - Aha, jest też szybszy sposób na zarobienie dużej forsy. Za dwa dni odbywa się konkurs śpiewania mówionego, jak macie umiejętności, to możecie się zgłosić, o ile są jeszcze wolne miejsca. Zresztą, na mieście wiszą obwieszczenia, to sobie sami poczytajcie.
- Dobrze, dzięki ci, miły panie. - rzekł Gristel. - Możesz nam tylko jeszcze powiedzieć jak trafić do naszych pokoi?
- Po schodach na pierwsze piętro, pierwszy po lewej. Tu macie klucz. Zmieścicie się w jednym bez problemu. W środku jest miska z wodą byście mogli się umyć. Życzę miłej nocy. Jakby czego było jeszcze potrzeba, to siedzę za szynkwasem. - powiedział i ruszył w miejsce, w którym zobaczyli go po raz pierwszy.
- Gristel, co to jest to śpiewanie mówione? Wiesz może? - zapytała Inrami.
- Słyszałem o tym, ale nigdy samemu nie wykonywałem. Czekajcie, to ma nawet swoją nazwę... O! Hula-hop.
- A skąd taka durna nazwa? - wtrąciła Serubi.
- Ponoć pierwszy jej człon pochodzi od tego, że teksty tych piosenek opierają się głównie na opisywaniu zabaw, orgii i sławieniu hulaszczego trybu życia, druga zaś część odnosi się do wybryków artystów na podczas występów, skaczących po scenie i machających rękami jak małpy w kierunku publiki. Starsi za tym nie przepadają, za to młodzi wręcz uwielbiają. Co prawda popularność hula-hopu rośnie, ale myślę, że to tylko chwilowa moda. Ludzie nigdy nie przestaną słuchać klasycznych pieśni...
- Jak długo żyję, nigdy nie słyszałem o czymś równie pierdolniętym. - powiedział Xethonar.
- Wiesz, sztuka ewoluuje, czasem w bardzo dziwne strony. - stwierdził Gristel. - Kiedyś na północy było coś równie nienormalnego. Muzyka ta nazywała się strunogwałtem, a polegała na jak najszybszym waleniu w najniższe struny lutni. Wykonywali ją długowłosi, machający przy tym głowami idioci, ba, wymyślili nawet lepszy ku temu instrument, wytrzymalszy, nazwali go chyba gitarą, choć pewności nie mam. Te szarpidruty, zwykły też rzygać na siebie podczas koncertów. No, ale przynajmniej próbowali śpiewać. Co prawda podobno bardziej przypominało to pierdzenie krowy, ale ci hula-hopowcy nawet tego nie robią.
- Hm... A może weźmiesz udział w turnieju? - zaproponował Kristo.
- Co?! - pół-ork omal nie zakrztusił się polewką, którą właśnie przełykał.
- No jak to co? Przecież jesteś bardem, nie powinieneś mieć problemów.
- To nie jest tak, jak myślicie. Hula-hop brzmi inaczej niż to, co dotychczas słyszeliście. Tam nie ma melodii. Ktoś tylko wybija rytm na bębnach, a wykonawca wyrzuca z siebie potok słów, co najwyżej akcentując co poniektóre sylaby. Tradycyjny śpiew nie jest mile widziany.
- Też mi wielki problem. - stwierdził Sedy. - Nie wystarczy, że po prostu posłuchasz trochę jak inni hula-hopują i przerobisz swoje utwory tak, by pasowały brzmieniowo do konkursu? Chociażby to "Nie ma to jak żyć", kawałek w sam raz na tego typu imprezę.
- Ech, to nie takie proste... Poza tym mówiłem już, że ten utwór wypada jak na razie z repertuaru. Myślałem, że na łodzi wytłumaczyłem dlaczego.
- Ech, no tak...
- Ale spróbować i tak nie zaszkodzi. - powiedziała Serubi wstając od stołu. - Dziękuję. Dajcie mi klucz, idę do pokoju wziąć gorącą kąpiel. Ani się ważcie tam wchodzić, bo spalę kulą ognistą!
- Ja też idę. Możecie przyjść dopiero, jak was zawołamy. - dodała Inrami.
- Jak chcecie... - Sedy wzruszył ramionami z głupkowatym uśmiechem na twarzy.
- Hej, Gristel, skoro dziewczyny nas zostawiają, to może dokończysz opowieść o tym Niveku Rentsocu?
- O kim? - wtrącił młodzieniec.
- Czekaj Kristo, zacznę od początku... - westchnął bard i zaczął przedstawiać historię swego kontaktu z konstruktorem, który twierdził, że może zmienić "szczyny" w wino. - ...więc stanął na tym dziwnym urządzeniem, włożył rękę do spodni i z nogawki wyjął... butelkę.
- Butelkę? Czego? - zapytał błędny rycerz.
- No, "szczyn". - rzekł bard z delikatnym uśmiechem na twarzy.
- Eee! - Sedy machnął ręką. - Ja myślałem, że przy wszystkich odleje się do tej maszynki, a nie tak z flaszki...
- I co się stało?
- W maszynce się zakotłowało, płyny w zbiornikach zaczęły buzować, po pomieszczeniu rozszedł się paskudny zapach... A do szklanki postawionej koło kraniku, w którego miało wypłynąć wino zaczęła ciec... woda. - Gristel zaczął chichotać.
- No dobra, ale co w tym tak zabawnego? - dociekał Kristo. - W końcu jest tak, jak mówiłem. Jakaś bez sensu ta opowieść.
Bard nie wytrzymał i wybuchnął głośnym śmiechem. Walnął ręka w stół i chwyciwszy kufel pociągnął z niego solidny łyk piwa.
- No tak, wszystko się zgadza, ale jest jeden drobny szczegół, o którym sam dowiedziałem się następnego dnia z rana, już wyjeżdżając.
- Jaki?
- Że i owszem, widziałem przemianę "szczyn" w wodę, ale nie była to uryna, a lokalna wersja paskudnego napoju wyskokowego, robionego ze zlewek produkcyjnych wina, gorzałki i cholera wie czego jeszcze.
- Ha ha ha! A to dobre! - zarechotał Sedy.
- Ciekawe w takim razie skąd ta fama o wynalezieniu przyrządu do zamiany sików w wodę? - zastanowił się Kristo.
- Cóż, najwyraźniej nie wszyscy przejezdni zostali do rana i ponieśli tę historię dalej. - zauważył pół-ork biorąc łyk złocistego trunku.
- Heh, pewnie tak. Ciekawe co stało się z tym konstruktorem?
- Kontynuuje swoje eksperymenty.
- Skąd wiesz? - zapytał Sedy.
- Bo w jakiś czas później wracałem przez tamtą okolicę, ale zatrzymałem się w innej wiosce. Tam w karczmie jeszcze raz obiło mi się o uszy wspomnienie o Niveku Rentsocu, który rzekomo po fiasku maszyny zmieniającej "szczochy" w wino postanowił odwrócić reakcję. Doszedł do wniosku, że skoro z tego paskudztwa wtedy wyszła woda, to i z wody da się zrobić ten syf.
- Kto wie, może mu się uda? - rzekł Kristo.
- Możliwe, ale wątpię. Podobno opiera wszystko na związkach siarki, a któżby chciał pić coś powstałego w ten sposób?
* * *
Członkowie drużyny przeciskali się między straganami lokalnego targowiska w poszukiwaniu namiotu, w którym odbywało się zapisywanie chętnych do udziału w konkursie hula-hopu. Ich uszy były zewsząd atakowane przez masę głosów zlanych w jeden, zagłuszający szum, z którego tylko od czasu do czasu dało się wyróżnić okrzyki typu:
- Ryby! Świeżutkie ryby!
- Krokieciki, komu krokieciki?
- Jagodzianki dwu-smakowe, jagodowo-jagodowe!
- Sprzedam żonę, stan prawie idealny, nie bita!
- Ludzie, tu chyba jest wszystko! - powiedział Sedy. - Ciekawe, czy mają tu szumigaj? Ech, gdybym mógł tu postawić swój kramik, to pewnie zbiłbym fortunę... - rozmarzył się.
- Zejdź na ziemię i uważaj, by ci sakiewki nikt nie podprowadził. - syknęła Inrami rozglądając się na boki. - Założę się, że już ze trzech kieszonkowców ma nas na oku...
- Przepraszam, wie pani może gdzie jest punkt zapisów na konkurs hula-hopu? - Gristel zagadnął przechodzącą obok młodą dziewczynę.
- Pewnie! - odparła z uśmiechem, który jednak zbladł nieco gdy przyjrzała się twarzy swego rozmówcy. - Musi pan iść w do końca tej alejki, potem skręcić w prawo i później już przez cały czas prosto. To taki duży, biały namiot, na pewno go pan nie przegapi.
- Dziękuję ci, miła pani. - bard schylił się by ucałować jej rękę, ale młoda dziewczyna ruszyła szybkim krokiem przed siebie z zarumienioną twarzą, w reakcji na co bard wzruszył tylko ramionami i począł iść we wskazanym kierunku.
- Co jej się stało? - zapytał Kristo.
- A bo ja wiem? Ech, kobiety! - fuknął pół-ork.
- Może uraziłeś ją tytułując ją panią? W końcu była bardzo młoda...
- A może poczuła jak cuchnie ci z gęby? - dobiegło ich z okolic krocza błędnego rycerza.
Gristel powstrzymał się od odpowiedzi.
Szli otoczeni tłumem rozkrzyczanych ludzi: starsza kobieta, gestykulując gwałtownie, kłóciła się z właścicielem straganu z owocami o jakość towaru, jaki jej wczoraj sprzedał; dwójka małych dzieci piszczała i chichotała podczas zabawy w wysychającej kałuży, polegającej na ochlapywaniu się mulistą wodą; pewien młodzieniec zachwalał swój kram z niepozornymi kijami, do których był doczepiony kawałek materiału, mający po rozłożeniu ochraniać przed deszczem i słońcem; ktoś krzyczał, że został okradziony i wzywał straż, by łapała złodzieja, co jak zwykle spotkało się z brakiem odzewu ze strony stróż ów prawa, gdyż jaki jest cel w uganianiu się za kimś, kogo i tak się nie znajdzie?
- Dobra Gristel, jesteśmy. - powiedziała Serubi gdy zatrzymali się koło rozłożystego namiotu, za którym stała nieduża, drewniana scena. - Wchodź, a my tutaj poczekamy.
Bard bez pośpiechu i entuzjazmu wszedł do środka. Nie minęło jednak wiele czasu, a już był na zewnątrz, z tym, że teraz z jego twarzy, miast niechęci, kipiała nienawiść.
- Co się stało? - zapytał Kristo mimo tego, że zdawał sobie sprawę, iż może być to nierozsądne.
- Nie ma już wolnych miejsc! - wycedził pół-ork przez zaciśnięte zęby.
- Kurwa! - zaklął błędny rycerz. - Ale... czemu jesteś taki zły? Nie miałeś przecież ochoty brać w tym udziału.
- Odmieniło mi się! A teraz idziemy stąd! - rzucił bard i ruszył przed siebie.
- Gdzie? - zapytała Inrami gdy reszta grupy dogoniła Gristela, co na zatłoczonym targowisku wcale nie było łatwe.
- Do naszej gospody.
- Po co? - dociekał Sedy.
- Zobaczycie. - na twarzy pół-orka wykwitnął paskudny uśmiech. - Powiem wam na miejscu.
* * *
Rodarti siedział w gospodzie "Pod pijanym knurem" i sączył wino z pucharu. Było już po jego występie, więc mógł sobie pozwolić na odrobinę luzu, co w praktyce oznaczało zalanie się do nieprzytomności. Smakując szkarłatny napój wodził znudzonym wzrokiem po innych gościach przybytku oraz biernie przysłuchiwał się rozmowom swoich ochroniarzy. Uważał ich za prostaków i drażniły go ich banalne wygłupy, płytkie żarty oraz durne konwersacje, dotyczące głównie wyczynów seksualnych z dziwkami w przeróżnych zamtuzach. Głupcy, pomyślał, nie wiecie ani trochę co to jest prawdziwe spełnienie! Zamtuz!
Zaczął z rozrzewnieniem wspominać czasu, kiedy to był dopiero początkującym bardem, służącym na dworze Rectuma, króla Testisu. Tam, w wieku zaledwie trzynastu lat został zabrany na orgię. Odbywała się ona w podziemiu zamku władcy, a brali w niej udział wszyscy, od służących po najważniejszych ludzi w państwie. Tam znikały wszelkie podziały, panowała prawdziwa wolność i równość. Ale z tego zdał sobie sprawę dopiero o wiele później. Wtedy, gdy był tam po raz pierwszy, najważniejsze było jedno - spełnienie, danie upustu pożądaniu. I udało mu się, na dodatek nie byle jak! Sama królowa Vagina, najpiękniejsza kobieta na dworze, a może i całym świecie, go zainicjowała! To, co uprawiają te prostaki ze swoimi brudnymi, wynajętymi kobietami nijak nie może się temu równać!
- Szefie, popatrz no! - powiedział jeden z trzech mięśniaków otaczających Rodartiego.
- Co? - zapytał bard, nieco już zamroczony działaniem alkoholu.
- Widzisz no tego kiepa, co to na scenę wychodzi?
- Którego? - Rodarti miał problemy ze zogniskowaniem wzroku.
- Tego ze szmatą na ryju. Tylko oczy mu widać. Właśnie lutnię stroi.
- Co to, on ma tu występować? Po mnie? Jak może? - bard mówił coraz głośniej. To, że nie grał dziś jako ostatni było policzkiem w jego wybujałe ego. - Dawać mi tu gospodarza, już!
- Szefie, spokojnie! - rzekł ochroniarz. - Zobaczmy jak mu pójdzie, potem się nim zajmiemy. Rozumie szef, nie?
- Ta, rozumie... - wypił zawartość pucharu na jeden łyk, by trochę uspokoić nerwy, zszargane zaistniała sytuacją. - Ale gospodarza i tak nie omieszkam opierdolić!
Tymczasem mężczyzna ze szmatą na twarzy siedział na krzesełku postawionym na małej, będącej może pól metra na podłogą scenie i kończył poprawianie brzmienia swego instrumentu. Jego ruchy były jednak bardzo ostrożne, tak, jakby obawiał się, że lutnia może mu wyrządzić jakąś krzywdę.
Zbliżył głowę w okolice rozporka, rozejrzał się po sali, jakby szukając kogoś. Po chwili wstał, ukłonił się i przy nielicznych oklaskach zaczął swój koncert. Już pierwsze toporne dźwięki wychodzące mu spod palców zaowocowały tym, że o ile samo jego pojawienie się nie obeszło prawie nikogo, to teraz miał zagwarantowane zainteresowanie całej izby. Ale to był zaledwie wstęp.
- Co to, kurwa, jest?! - jęknął Rodarti. - Tego się nie da słuchać!
- Już mój dziadek, inwalida wojenny bez kilku palców, lepiej potrafiłby zagrać na lutni. - stwierdził jeden z ochroniarzy. - Cokolwiek.
- Och, już przestał! Tyle dobrze...
Rodarti już miał poinstruować swoich chłopaków, by wyrzucili tego nieudolnego artystę za drzwi, gdy zamarł w zaskoczeniu. Oto ten mężczyzna ze szmatą na gębie zaczął znowu grać i, co gorsza, miał zamiar śpiewać!
- To będzie piosenka o przemijaniu. - oznajmił.
Kiedy trawka się zieleni,
Kiedy cipka się czerwieni,
Kiedy chuj staje jak sosna,
Wtedy jest prawdziwa wiosna!
Bard siedział osłupiały. Nieczysty i łamiący się w nieodpowiednich momentach głos mężczyzny drażnił jego uszy, kłuł je i ranił coraz silniej z każdą następną fałszywą nutą wygrywanej melodii, z każdym źle zaśpiewanym słowem piosenki.
Kiedy pogoda nieudana,
Kiedy cipka rozepchana,
Kiedy chuj zwisa jak szmata,
Wtedy jest koniec lata!
Wbrew pozorom Rodarti był w stanie znieść wiele, w końcu przez kawałek swego życia był nauczycielem gry i śpiewu w jakiejś podrzędnej szkole dla czarodziejów, więc tam już nie raz słuchał o wiele gorszych rzeczy. Można nawet powiedzieć, że miał tolerancyjny stosunek do gwałcenia sztuki, z jednym tylko wyjątkiem - kiedy to profanowało się jego utwory, szczególnie te najpopularniejsze.
- Ty łachmyto niemyty! - ryknął bard podnosząc się z miejsca. - Jak śmiesz psuć tak piękną pieśń?
- A tam od razu piękną... - mężczyzna wzruszył ramionami. - Jest gówniana, jak każdy utwór tego ćwoka, Rodartiego.
- Coś ty powiedział, chujku?! - zapytał wyzwany artysta chwiejąc się. Jego twarz nabiegła czerwienią, oczy pałały nienawiścią, a alkohol krążący po krwi dodatkowo wzmagał agresję.
- To coś słyszał, bucu! A tak w ogóle, to po co się tak miotasz? Lubisz słuchać tego grafomana i pretensjonalnego muzyka?
- Dość! To już zniewaga! Chodź tu, zrobię ci z dupy... - Rotardi wyskoczył na stół i ruszył w kierunku nieudolnego śpiewaka, ale już po chwili stracił równowagę i obserwował podłogę z bardzo bliskiej perspektywy. Po sali zaczęły się nieść śmiechy, jeszcze bardziej wyprowadzając barda z równowagi. - Ty, kurwa twoja mać, ja ci jeszcze... - warczał podnosząc się z ziemi przy asyście swych ochroniarzy. - A wy, na co czekacie?! Brać go!
Mężczyzna ze szmatą zakrywającą twarz skoczył ku wyjściu, ścigany przez Rodartiego i jego goryli. Biegł brukowaną ulicą, oświetlaną słabym, żó łtawym blaskiem latarni, co i rusz wymijając idących drogą przechodniów. W pewnym momencie skręcił w jeden z mrocznych zaułków odchodzących od głównego miejskiego traktu i zanurzył się w mroku, pozostawiając za sobą tylko echo kroków i szczęknięć metalu.
Za nim do uliczki wpadł pościg.
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||