
::: NoNamemaN :::
Empatia 2 - odcinek trzeci
Rządzącym się nie odmawia
- Witam na moim okręcie! - powiedział kapitan wypuszczając dym z ust.
Dowódca okrętu siedział rozparty w fotelu i palił fajkę. W powietrzu unosił się dym o wiśniowym aromacie. Jego kajuta była spora, wystrojem przypominając królewski apartament: pod ścianą stało łóżko z baldachimem, a tuż przy nim skrzynia z osobistymi rzeczami kapitana; obok kredens wypełniony flaszkami z przeróżnymi trunkami; na ścianie wisiały obrazy, z których największą uwagę przykuwał ten przedstawiający scenę kopulacji między mężczyzną a dwoma kobietami - namalowany z taką dokładnością, że postaci nań ukazane wydawały się jak żywe. Były tam też przedmioty, których pochodzenia mogli się jedynie domyślać, jak chociażby powykręcane rzeźby, maski i wypchane głowy stworów, których w życiu nie widzieli.
Jednakże najbardziej interesujący wydał im się wielki stół stojący na środku kajuty. Normalnie było na nim porozkładane mnóstwo map, ale w tej chwili był on zastawiony tym, czego im tak bardzo brakowało - jedzeniem i piciem.
- Och, gdzie moje maniery? Głodni? Spragnieni? - zapytał. - Proszę, częstujcie się.
Nie musiał prosić dwa razy. Przy meblu od razu się zakotłowało, ale Gristel szeptem poinstruował innych, by nie jedli zbyt łapczywie, bo może to być uznane za nietakt. Samemu połknąwszy spory kawałek suszonego mięsa i zapiwszy go wodą, zapytał:
- Ja i moi towarzysze jesteśmy bardzo wdzięczni za twą gościnę, panie kapitanie.
- Och, ależ nie ma za co. - machnął ręką.
- Nie, proszę tak nie mówić. Chcielibyśmy przynajmniej dowiedzieć się komu zawdzięczamy ratunek, by jak tylko zejdziemy na ląd móc sławić pana imię.
- Jestem Ertyn Solgein...
Gdyby ktoś mógł teraz czytać w myślach Gristela, to widziałby jeden zwrot: "O, kurwa!".
- ... a skoro ja się przedstawiłem, to może dowiem się też nieco o swoich gościach? Na przykład jak się tu znaleźliście?
- Burza, panie. - zełgał pół-ork bez mgnienia okiem. - Wypłynęliśmy kawałek od brzegu, a ni stąd ni zowąd rozszalał się sztorm i zaniósł nas na pełne morze. Byliśmy przekonani, że czeka nas śmierć, ale na szczęście pan nas wyłowił.
- A cóż to za dziwny pojazd, w którym przebywaliście?
- A to nasz taki, jakby to rzec, służbowy... Sam pan zapewne widział jak dziwnie wygląda.
- Jeśli mam być szczery, to podobnie jak i wy. - pociągnął dym z fajki. - A czym się zajmujecie?
- Jesteśmy cyrkowcami, panie, zabawiamy gawiedź.
- Doprawdy? To doskonale. - klasnął w ręce. - Dziś wieczorem coś dla nas zagracie, jakieś przedstawienie może?
- Panie kapitanie, wybaczy pan, ale część z nas jest wycieńczona, potrzebują odpoczynku...
- Chyba mnie odmówicie swojemu wybawcy?
- Hm... A czy wystarczy, jeśli tylko ja nieco pośpiewam?
- W ostateczności... No, niech będzie.
Nikt z jego drużyny nie mógł wiedzieć jak wielki kamień spadł Gristelowi z serca.
- Dobrze, skoro to już zostało ustalone, to pozwólcie, że udamy się do waszej kajuty. - rzekł kapitan. - A o swój pojazd nie musicie się bać. Moi ludzie właśnie przymocowują go do rufy i będziemy go ciągnąć za nami.
Wyszli na zewnątrz. Ertyn szedł pierwszy, tuż obok niego zaś człapał ten wielki, czarnoskóry mężczyzna. Drużyna, otoczona oddziałem strażników oraz obserwowana masą ciekawskich oczu, zbliżyła się do swego mediatora.
- Coś tym miał taką dziwną minę jak usłyszałeś jak nazywa się ten siwobrody? - zapytała Inrami.
- Ciszej, dziewczyno, jeśli nie chcesz, by wyrzucili nas za burtę z obciążnikami na nogach! - syknął Gristel przez zaciśnięte zęby. - Nie wiecie kim jest ten człowiek?
Wszyscy wykonali przeczący gest głową.
- Z tego co słyszałem, to jeden z najgorszych skurwysynów, jacy pływali po morzach. Nie dajcie się zwieść jego uprzejmości. U niego nie ma nic za darmo. Wyłowił nas, ale sami widzieliście, że oczekuje czegoś w zamian. Nie wydaje mi się jednak, by mój śpiew to było wszystko, czego chce. Podejrzewam, ze ma ochotę na ten dziwny pojazd latający.
- Ale przecież on nie działa, to co mu po nim? Oddajmy go i już. - szepnął Sedy.
- Nie, to by było nazbyt podejrzane. Musimy go przekonać, że ta maszyna jest dla nas bardzo ważna. W tej chwili to ona jest naszym biletem na stały ląd.
- Ciekawe gdzie my w ogóle zmierzamy... - westchnęła Serubi.
- I jakim cudem płyniemy pomimo zwiniętych żagli? - dociekał Kristo, najwyraźniej bardzo zaintrygowany tym faktem.
- No i co ci kolesie biorą? - dodał Sedy. - Widzieliście jakie mają czerwone nosy?
- Słyszałem, że lepiej nie zadawać Ertynowi pytań. - powiedział Gristel. - Ale ponoć facet jest też tak gadatliwy, że sam i tak powie wszystko, o co chciałoby się go zapytać, a czasem nawet więcej...
- O czym tam rozmawiacie? - zapytał Ertyn zatrzymując się przy głównym maszcie.
- Panie, nie możemy wyjść z podziwu dla twego statku. - rzekł pó ł-ork. - Niewątpliwie jest piękny, ale to chyba nie jego uroda sprawia, że płynie tak szybko mimo braku wiatru?
- Nie, oczywiście, że nie.
- To czary?
- A tam, gówno, nie czary! To nasz nowy zapasowy system napędowy, jedna z ostatnich zdobyczy techniki w tej dziedzinie, mająca zastąpić staroświeckie wiosła. Pozwolę sobie nie przybliżać szczegółów technicznych, bo i tak się na nich nie znacie. Powiem wam tylko, że na rufie są dwie ogromne śruby, kręcące się za pomocą specjalnie ułożonych trybików, z których największe, poziome, poruszane są przez ludzi będących pod pokładem. To ciężka praca, ale wymaga mniej nakładów sił niż wiosłowanie, więc i ludzie nie zdychają tak często jak zwykle. O ile nie zerwie się wiatr, to nim dopłyniemy jutro pod wieczór do stolicy Wyrtten, to wykituje mi dwóch, góra trzech marynarzy. W porównaniu ze z typową szóstką, siódemką to czysty zysk!
- Płyniecie do Marinoru, panie?
- Ano, trzeba się zabawić trochę. - na oblicze Ertyna wstąpił lubieżny uśmiech, a w bystrych oczach zatańczyły iskierki. - Ludzie potrzebują wypoczynku.
- To widać, wydają się już bardzo zmęczeni, jakby byli na coś chorzy. Mają takie pokrwawione nosy...
- A nie, to nie żadna choroba! - zaśmiał się kapitan. - Chodzi o to, że czasem sam król Wyrtten lubi sobie wizytować okręty stojąca akurat w Marinorze. Często rozmawia przy tym i podaje rękę marynarzom. Tylko, że te psiekrwie niewychowane mają strasznie zasmarkane mankiety od wycierana nosów. No i jak to tak, witać króla z tak upierdolonym rękawem? Nie żebym przejmował się władcą, bo w sumie może mi naskoczyć, ale wiadomo, że mieć na pieńku z królem a być z nim dobrych stosunkach to dwie różne historie, prawda? - popatrzył pół-orkowi w oczy. - W każdym razie wpadłem na pomysł jak zaradzić takiej sytuacji: kazałem wszyć tym dupkom ostre ćwieki do mankietów od koszul, żeby ich odruchu wycierania nimi nosa oduczyć. Co prawda zdarza im się zapomnieć, ale i tak widać znaczący postęp.
Pół-ork przytaknął tylko uznając, że nie warto pytać, czy w takim razie bardziej wypada, by ludzie kapitana witali się z królem z pokrwawionymi rękawami.
* * *
Gristel zagrał ostatni akord piosenki, pozwalając, by struny wybrzmiały. Zabieg ten zawsze nadawał utworom tajemniczości, ale dla barda bardziej niż efekt artystyczny liczył się czas w ten sposób zyskany, który przeznaczał na dobranie następnej przyśpiewki.
Był w o tyle komfortowej sytuacji, że jego występ miał się już ku końcowi. Co prawda bisował już trzeci raz, ale wiedział, że teraz ma już prawo powiedzieć, iż schodzi z zaimprowizowanej na sterówce sceny.
Normalnie pewnie zastanawiałby się teraz co tu zagrać, ale w tym wypadku nie było takiej konieczności. Przyszła kolej na jeden z jego szlagierów, ulubiony utwór wojaków wszelkiej maści, którym zwykł kończyć koncert. Dopiero gdy zagrał kilka pierwszych nut melodii przypomniał sobie co się stało, gdy wykonywał go ostatnim razem.
Nie ma to jak iść na wojnę
wioski całe palić
domy szlachty grabić
młode dziewki gwałcić
sakwę sobie nabić!
Gristel nie był pewien, ale wydawało mu się, że marynarze mruczą sobie melodię tej pieśni, a kilka gardeł nawet nieśmiało go wspomaga. A może to mewy jęczą? W końcu zbliżają się do lądu...
Nie ma to jak siedzieć w karczmie
szczypać w dupy młódki
napić się z kumplami wódki
piosnki śpiewać, władzę lżyć
i szynkarza skopać w rzyć!
Nie, nie wydawało mu się, to był fakt - w dole śpiewano razem z nim! Co z tego, że fałszowano, przekręcano niektóre słowa? Oni znali JEGO piosenkę! Jak każdy artysta, był zadowolony z aprobaty, jaką uzyskał od publiczności. To było dla barda cudowne uczucie. Postanowił, że w ramach wdzięczności przy ostatniej zwrotce jeszcze mocniej wysili krtań.
Nie ma to jak gnić w burdelu
zamknąć się w komnacie
ściągnąć z siebie gacie
kurwę ruchać całą noc
aż ta straci swoją moc
No i czas na pointę tej przyśpiewki, pomyślał. Przestał wybijać melodię na strunach, klepnął trzy razy w pudło rezonujące, a w momencie, gdy powinno nastąpić czwarte uderzenie, wskazał palcem w publikę i wszyscy razem ryknęli:
Tak, nie ma to jak żyć!!!
Gristel wstał i ukłonił się trzykrotnie przy wtórze oklasków rozentuzjazmowanej publiki. Obok niego pojawił się kapitan, poklepał go po ramieniu i zwrócił się do swoich ludzi:
- No, łachudry, podziękujcie naszemu bardowi za świetny występ!
Choć wydawało się to niemożliwe, ryk przybrał jeszcze na sile.
- Starczy już! - kapitan zrobił ucinający ruch ręką. - Koniec zabawy i do roboty, psiekrwie! Zaraz dostaniecie rozporządzenia! - odwrócił się w kierunku pół-orka. - Pozwolisz, że pierwszy oficer, pan Orleth, zaprowadzi cię do mej kajuty? - mimo, iż Ertyn był bardzo uprzejmy, to Gristel wiedział, że to wcale nie jest prośba. - Tam czekają już twoi towarzysze.
Chwilę po tym, jak bard znalazł się w pomieszczeniu należącym do dowódcy okrętu, po pokoju rozszedł się trzask przekręcanego klucza w zamku. Nie jest dobrze, pomyślał. Gdzie podziała się reszta?
- Jesteście tu? - zapytał ściszonym głosem.
Odpowiedział mu tylko szum fal i jęk skrzypiącej okiennicy, poruszonej podmuchem wzmagającego się wiatru.
- Hej, to ja, Gristel, jesteście tu? - ponowił pytanie.
- Jesteśmy, bęcwale, a gdzie niby, kurwa, mamy być? - odparł Xethonar, choć jego głos wydawał się przytłumiony, tak jakby mówił zza ściany lub był na zewnątrz.
- Kurwa, nie mówiłem byś nie otwierał gęby?! - syknął pół-ork. - Gdzie jesteście?
- Oni ci nie odpowiedzą. - rzekł obserwator. - Podejdź do okna, zobaczysz dlaczego.
Bard z ostrożnością, by nie potknąć się o żaden grat stojący w kajucie, zbliżył się we wskazane miejsce. Odrzucił falującą mu przed twarzą firankę i wyjrzał na zewnątrz.
W mlecznej poświacie księżyca zobaczył przed sobą siedem niedużych sieci, podwieszonych na sznurach przyczepionych do haków zainstalowanych w wystającej części nadbudówki, dwa metry wyżej. Wewnątrz wili się jego towarzysze i jeszcze trzy nieznane mu osoby. Wszyscy mieli związane ręce i nogi oraz zakneblowane usta. Prócz tego zauważył też, że za statkiem, poza niedziałającym pojazdem latającym, płynie doczepiona doń niewielka szalupa.
- No co się tak gapisz! Lepiej wykombinuj coś, by nas stąd uwolnić! - krzyknął Xethonar.
- Moment...
By to szlag trafił, pomyślał pół-ork, co tu zrobić? Sznura nie mogę przeciąć, bo runą ze sporej wysokości do wody i pójdą na dno... Jedyne wyjście to jakoś ich przyciągnąć do okna, wrzucić do środka i rozciąć sieć. Tylko, cholera, jak? Sam ich nie dosięgnę, chyba, że...
- I co? Masz coś? - zapytał obserwator.
- Poczekaj...
- Na co? - za Gristelem rozległ się głos Ertyna.
Odwrócił się, odruchowo chwytając swą lutnię tak, by móc w każdej chwili skorzystać z jej ukrytych właściwości. W drugim końcu kajuty stał kapitan, w towarzystwie rosłego pierwszego oficera Orletha i dziesięciu niewiele mniejszych marynarzy, uzbrojonych w szable. Dwóch miało naciągnięte i załadowane bełtem kusze. No to dupa, pomyślał bard. Widział, że jest na straconej pozycji, nie ma sensu atakować. Co prawda gdyby było ich o połowę mniej, to może nawet dałby im radę, w końcu już kiedyś mu się to udało, ale wtedy adwersarze byli mocno pijani, podczas gdy ci wcale na takich nie wyglądali. Chociaż to i tak nigdy nie wiadomo - w końcu jedyna różnica między pijanym a trzeźwym marynarzem jest taka, że w wypadku tego pierwszego koncentracja słowa "kurwa" w jednym zdaniu jest nieco większa.
- Nieważne. - odparł pół-ork.
- Czyżbyś rozmawiał z jednym ze współtowarzyszy? Cóż, następnym razem będziemy kneblować lepiej. Najlepiej na stałe, przez ucięcie języka. - na twarzy Ertyna pojawił się złośliwy uśmiech.
- Uwolnij ich, przecież możemy się dogadać.
- Och, ależ mogę, ale raczej nie w taki sposób, jaki by ci odpowiadał. A właściwie to czemuż niby miałbym to zrobić? Ty nie byłeś uczciwy w stosunku do mnie, to czemu ja mam być do ciebie?
- Nie wiem o czym mówisz...
- Doprawdy? - kapitan uniósł brwi. - Nadal twierdzisz, że jesteście cyrkowcami?
Gristel nie odpowiedział.
- Skoro tak stawiasz sprawę... - dowódca okrętu wzruszył ramionami, po czym skinął na Orletha, który bez słowa opuścił pomieszczenie. - Wyjrzyj, proszę, przez okno. Potraktuj to jak ostrzeżenie.
Bard zawahał się, ale po chwili namysłu wykonał polecenie Ertyna. W końcu co mógł zrobić innego? Przełknąwszy ślinę w napięciu oczekiwał tego, co miało nastąpić.
Jedna z sieci, dyndająca najbardziej z prawej, runęła w kierunku otchłani bulgoczącej za statkiem i moment później z głośnym pluskiem uderzyła o jej powierzchnię. Zawiniątko z trzepocącą się wewnątrz istotą unosiło się na powierzchni oceanu, gdy po chwili coś zakotłowało się w jego okolicy. Gristel wytężył wzrok i zauważył, jak w jego pobliżu kręci się kilka trójkątnych płetw, z ogromną zwinnością i zwrotnością tnących powierzchnię wody. Nagle dane było mu zobaczyć, jak właściciel jednej z tych płetw, ogromny, niemal ośmiometrowy sharkin, wyskakuje w powietrze i spada na ofiarę uwięzioną w sieci, jednym kłapnięciem pochłania ją całą, po czym zanurza się we wzburzonym kilwaterze. Znał te zwierzęta tylko z opowieści i po raz pierwszy w życiu zdarzyło mu się, żeby historie te nie były przesadzone.
- Nie bój się, to nie był nikt z twoich. - rzekł Ertyn.
- A kto? - zapytał Gristel, choć bardziej był to odruch, niż faktyczne zainteresowanie kim był ten nieszczęśnik.
- Kucharz. - zaśmiał się dowódca. - Znasz to marynarskie powiedzenie: "Kucharz, kucharz, kurwa, nie oszukasz."? On za dużo razy oszukiwał i widziałeś jak skończył, dlatego też tobie radzę, byś od teraz był ze mną szczery, bo inaczej twych przyjaciół czeka podobny los. Już Orleth tego dopilnuje. - wskazał na sporego murzyna, który właśnie wchodził do kajuty.
- Czego chcesz? - bard wycedził przez zęby, zdenerwowany swą bezsilnością.
- Nie ważne jest, czego ja chcę, a co mogę wam dać i co mogę od was dostać w zamian.
- W zamian za co?
- Powiem tak... - zmrużył oczy. - Wiem, kim jesteście. Miałem podejrzenia co do tego już wtedy, gdy was zgarnęliśmy, ale chciałem się upewnić. Dlatego zaproponowałem występ. Liczyłem, że wykonasz na nim pieśń, którą zakończyłeś koncert, całkiem udany zresztą, muszę dodać. Piosenka ta jest ostatnio bardzo popularna na lądzie, z którego płyniemy. Stąd też moi ludzie go znają. A wiesz dlaczego? - zapytał patrząc pół-orkowi w oczy, a nie usłyszawszy począł mówić dalej: - Otóż utwór ten wiąże się z zamieszkami, jakie jakiś czas temu wybuchły w stolicy Mewisu. Lud, który uczynił z tej przyśpiewki swój hymn, ogłosił was bojownikami wolności, gdyż udało się wam uciec z pierdla i zgładzić władczynię, podobnie jak i syna króla Palateku. I teraz Mewis ma, delikatnie mówiąc, przejebane jak pani królikowa w sezonie godowym. - uśmiechnął się krzywo. - Kraj stoi na granicy wojny domowej, bo ludzie chcą sami sobą rządzić, pragną swobodnego życia, takiego, jak przedstawione w twej pieśni, a na dodatek w jego kierunku zmierzają wojska Palateku, a wszystko przez jedną śpiewkę...
Gristel nie mógł uwierzyć. Czyżby to było prawdą? Czy to możliwe, że kilka linijek tekstu, głupia bójka w karczmie i wszystko, co im się potem przytrafiło, mogło spowodować taką lawinę zdarzeń? Nie mógł pojąć, jak to możliwe, że działania kilku osób mogą zaważyć tak bardzo na obrazie świata. Zresztą, nie czas teraz na to, pomyślał, mam ważniejsze sprawy na głowie.
- No, ale nas to przecież nie obchodzi, bo tu królowie nie mają władzy. - kontynuował kapitan. - Co prawda mógłbyś się pytać czemu w ogóle z tobą gadam, zamiast nie obezwładnić cię i nie odstawić na dwór któregoś królów. Przypominam, że mówiłem już, że staram się mieć dobre układy w władcą - każdym. A co za tym idzie, muszę być bezstronny. Zabijając was podpadam jednym, a pomagam innym. A tego nie chcę. I tu dochodzimy do sedna sprawy... Pozwolisz tylko, że zapalę? - Ertyn nie czekając na odpowiedź wyjął fajkę z kieszeni, nabił ją tytoniem, rozpalił, wciągnął do ust trochę dymu, po czym wypuścił go powoli, roznosząc po pomieszczeniu słodkawy aromat wiśni. - Chcę Mertena.
- Kogo?
- Nie kogo, a co. - poprawił dowódca okrętu. - Chcę Mertena.
- A co to jest Merten? - zapytał Gristel.
Kapitan, dotychczas spokojny i opanowany, nagle pokraśniał na twarzy.
- Ty mi tu, kurwa, nie pierdol! - ryknął, wziął głęboki oddech i mówił dalej, już nieco bardziej spokojnym głosem. - Merten to ta wasza dziwna łajba, taki napis widnieje nad masą skarlonych dźwigni i tym śmiesznym, małym kółkiem, zapewne służącym do sterowania?
- Tak, właśnie do tego...
- No, świetnie! Sam go sprawdziłem gdy wy spaliście, wydaje się bardzo interesującą maszyną... - Ertyn klasnął w ręce. - Więc będzie tak: ja biorę Mertena i wy mi mówicie jak się go obsługuje, a ja puszczę was wolno w łódce, jaką zapewne widziałeś wyglądając na zewnątrz. Ląd już niedaleko, w środku są wiosła, powinniście sobie poradzić. Co ty na to?
- W porządku. - powiedział pół-ork po chwili ciszy, by nie wyglądało, że zgodziłby się na wszystko, co mu się zaproponuje.
- Dobrze, w takim razie gadaj jak się tym pływa.
- Tym się nie pływa, to... lata.
Dowódca okrętu, usłyszawszy to, zakrztusił się dymem, który akurat wciągał do ust i zaczął spazmatycznie kaszleć.
- Co?! - wykrzyknął uporawszy się z chwilową dolegliwością.
- To, co powiedziałem - to lata, choć może też z powodzeniem pływać, może nawet pod wodą?
- Jak to "może"?! Macie pojazd i nie wiecie jakie ma funkcje?!
- Powiedzmy. To jest zdobyczny sprzęt.
- Aha... Teraz rozumiem... - wygładził swą krzaczastą brodę. - Nie wiesz jak się to obsługuje?
- Jedyna osoba, która siedziała za sterami wisi teraz na zewnątrz.
- Panie Orleth, proszę... - w oczach Ertyna pojawił się dziwny błysk. - Albo nie... - zbliżył się do Gristela, a wraz z nim jego obstawa. - To tyle, czego od ciebie chcę. Dobiliśmy targu, prawda? Obiecałeś mi Mertena i jest mój. Wiedz, że ja też dotrzymuję słowa, mimo, iż nazywa się mnie skurwielem. Jesteś wolny. - wyszczerzył pożó łkłe zęby w parszywym uśmiechu. - Wyskakuj, zanim się rozmyślę.
Bard nie wierzył własnym uszom, myślał, że to jakiś głupi żart, ale zarówno zachowanie kapitana jak i jego popleczników, którzy zaczęli się zbliżać ku pół-orkowi z mieczami wysuniętymi do przodu, wcale na to nie wskazywało. Cóż, pomyślał, albo skoczę, albo załatwią mnie tutaj.
Podszedł do okna, usiadł na jego krawędzi i popatrzył w dół. Masa wzburzonej wody wydawała się otwierać przed nim swą paszczę, jakby po tym skoku miał wylądować nie w Morzu Zachodnim, a w najgłębszej otchłani.
- Nie martw się o sharkiny. - rzekł kapitan uspokajającym tonem. - Zostały z tyłu, bo pan Orleth rzucił im także trochę tych parszywych, skrzeczących i srających na wszystko ptaszysk, co to się dzisiaj kręciły koło nas, uprzednio wyrwawszy im po jednym skrzydle. Radzę się jednak pospieszyć, bo niedługo mogą tutaj przypłynąć. One ciągną za zapachem krwi, kochają go wręcz, a ta sobie powoli wypływa z drobnych ran, jakie zadaliśmy twoim kamratom...
Nic to, teraz albo nigdy, pomyślał bard, rzucił lutnia w stronę szalupy i samemu wyskoczył z okna. Wpadł do wody szybciej, niż mu się wydawało, lądując w strefie zawirowań ciągnących się za płynącym okrętem. Byle do góry, powtarzał do siebie w głowie, byle do góry. Miał tylko nadzieję, że podąża w dobrym kierunku, bo w tej chwili już sam nie wiedział gdzie jest góra, a gdzie dół.
Na szczęście udało mu się dotrzeć do powierzchni. Wynurzył się biorąc ogromny łyk powierza, po czym zaczął płynąć w kierunku szalupy. Serca biło mu jak szalone. W każdej chwili, znikąd, mógł spod niego wyskoczyć sharkin, w bardzo nieprzyjemny sposób zabierając go na wieczny spoczynek na dnie morza. Poza tym mógł go chwycić skurcz, tak, jak już kilka razy przytrafiło mu się na kontynencie. Z tym, że tam pływał sobie niedaleko brzegu i w razie czego miał grunt pod nogami, a nawet jak nie, to zawsze mógł odbić się od dna w kierunku brzegu. Tutaj nie było takiego udogodnienia.
Mimo, że łódka zdawała się od niego odsuwać miast przybliżać, to jednak udało mu się do niej dotrzeć. Zaraz chwycił za wiosła i popłynął, by wyłowić swą lutnię.
- No widzisz? Jednak nie było tak źle! - krzyknął Ertyn przez okno. - Zaraz uwolnię twoich znajomych, więc lepiej zbliż się tutaj, bo jeszcze nie zdążysz ich wyłowić i się utopią! Ale bez nerwów, w sieciach są balony z powietrzem, więc tak od razu na dno nie pójdą! Panie Orleth..! - odwrócił się do środka kajuty i Gristel już nie słyszał co mówi.
- Xethonar, który to ty i Kristo? - zapytał bard wiosłując w stronę rufy okrętu.
- Obecnie trzeci od lewej! Wcześniej byliśmy po środku! Ech, dlaczego ci w centrum zawsze mają najbardziej chujowo..?
- Nie czas na marudzenie! Posłuchaj, powiedz mi w których sieciach są jeszcze nasi...
- Od twojej lewej to pierwsza, trzecia, czyli my, czwarta i...
- Dobra, już do ciebie lecą! - rzucił kapitan wracając do okna.
Pół-ork myślał, że będą spadać w miarę sensownych odstępach czasu, by był w stanie wszystkich odłowić. Tymczasem wszystkie sieci runęły jednocześnie.
- Pies... Cię... Jebał... Kurwi... Synu..! - Gristel warczał pod nosem zbliżając się do tonącej sieci z Kristem w środku. Jego musiał wyjąć z wody pierwszego, bo on jedyny miał na sobie ciężki pancerz.
- Rozetnij sieć i sznury, to pomoże ci z resztą! - krzyknął Xethonar.
- Byle był przytomny... - powiedział pół-ork rozcinając pęta ostrzami wysuniętymi z lutni.
- Jest, a teraz, kurwa, skończ ględzić! Nie ma czasu! Czuję, że sharkiny są coraz bliżej!
- Kristo, ty wiosłuj, ja będę wyławiał! Tam!
Błędny rycerz zaczął płynąć w kierunku wskazanym przez Gristela. Ten chwycił sieć, wrzucił ją do łódki. Wewnątrz był nieprzytomny Sedy. Może to nawet lepiej, pomyślał bard, mogę się skoncentrować na odławianiu pozostałych.
- Teraz w prawo, tam jest dwoje następnych! - poinstruował Krista.
- Szybciej! - krzyknął Xethonar gdy zbliżyli się do następnych zawiniątek. - One są już...
Gristel właśnie wychylał się poza burtę łodzi, gdy spod jednej z dwóch unoszących się blisko siebie sieci wystrzelił w górę monstrualny sharkin. Stwór, miotając swym cielskiem na boki, jeszcze w powietrzu kłapnął dwa razy paszczą, połykając chwyconą przed momentem ofiarę, po czym z głośnym pluskiem zwalił się do wody i zniknął gdzieś pod jej mroczną powierzchnią. Fala spowodowana jego upadkiem mocno zakołysała łódką, ale też i zbliżyła do niej jedną ze skrępowanych osób. Wciągając ją do środka pół-ork miał nadzieję, że to ktoś od nich. Odetchnął z ulgą, gdy stwierdził, że w środku jest Serubi. Jej szeroko otwarte, błyszczące w świetle księżyca oczy świadczyły o tym, że widziała co jej omal nie spotkało.
- Dobra, teraz w stronę tych dwóch ostatnich! - powiedział Gristel. - Posuń się Kristo, to ci pomogę!
- Wiesz która to? - zapytał błędny rycerz.
- Nie. - odparł bard ponurym głosem.
Kristo obrócił się w tył, by sprawdzić ich odległość od celu, gdy zobaczył jak pionowe płetwy tną powierzchnię wody zmierzając w kierunku uwięzionych w sieciach. Wiedział, że nie zdążą przed nimi.
- Gristel, popatrz! - krzyknął.
- Widzę, kurwa! Wiosłuj!
- Tak nie damy rady! Uwolnię Serubi, ona nam pomoże!
Błędny rycerz chwycił lutnię barda i zaczął rozcinać sieci krępujące dziewczynę, a gdy się z nimi uporał, to zerwał sznury krępujące jej ręce i nogi.
- Jesteś w stanie czarować?
- Mhmmm... - wymruczała zdejmując sobie knebel z ust.
Serubi wysunęła ręce przed siebie, układając dłonie tak, jakby trzymała w nich kule. W czasie, gdy mruczała inkantację, nogi trzęsły jej się coraz mocniej, jakby uginały się pod narastającym ciężarem. Dwa zawiniątka uniosły się w powietrze chwilę przed tym, jak sharkiny przeszły do decydującego ataku, przez co te wpadły do oceanu z paszczami pełnymi słonej wody, a nie porcją świeżego jedzenia. Tymczasem Inrami i jedna nieznana innym osoba zaczęli powoli przemieszczać się w kierunku szalupy.
- Dobrze! O to chodzi! - dopingował Gristel. - Płyniemy im na spotkanie!
Na twarzy czarodziejki pojawił się grymas bólu. Zimny pot wypłynął jej na czoło. Krew pulsowała w skroniach uciskając czaszkę. Czuła, że jednak nie wytrzyma, że przeceniła swoje siły, nie była dość wypoczęta. Upadła na jedno kolano, ręce zaczęły jej drżeć.
Musiała z któregoś zrezygnować, jeśli miała ocalić choć jedną osobę. Dwoje ludzi to dla mnie za wiele, pomyślała. Kogo wybrać? Nie przepada za Inrami, ale to członek drużyny, a ci powinni sobie pomagać. A ten drugi, nieznajomy? Przecież on też chciałby żyć! Choć w sumie i tak miał zginąć, więc co za różnica? Wybacz mi...
Przesunęła prawą rękę w kierunku lewej, by skoncentrować energię na osobie, która była lżejsza. To był w sumie strzał w ciemno, bo co prawda Inrami, z tytułu bycia szczupłą, wysportowaną kobietą powinna mniej ważyć, ale z drugiej strony mógł to być też wygłodzony więzień. Intuicja podpowiadała jej jednak, że to właśnie Inrami jest tą lżejszą. Miała tylko nadzieję, że się nie pomyliła.
Sieć po prawej, nie podtrzymywana już czarem, spadła do wody. W jej kierunku podążyło kilka sharkinów. Moment potem uwięziony weń został rozerwany i pożarty. Jedyne, co po nim zostało to plama krwi, i tak niewidoczna na tle falującej tafli czarnego oceanu.
Serubi z każdą chwilą robiło się coraz bardziej niedobrze, zawartość żołądka zbliżała się jej do gardła. Próbowała się bronić, nie myśleć o tym, koncentrować się na utrzymaniu mocy zaklęcia, ale w końcu nie wytrzymała. Osunęła się na podłogę w spazmach, po czym zwymiotowała.
W tej samej chwili Inrami runęła do morza, ale było to przy burcie łodzi, więc została bez większych problemów wyłowiona. Gristel zabrał się za rozcinanie sieci.
- Brawo! - doszło ich od strony oddalającego się okrętu. - Naprawdę, jestem pełen podziwu! Za taki spektakl zasłużyliście na nagrodę! Mam dla was kilka rad...
- Wsadź je sobie w dupę, pojebie! - krzyknął Kristo w kierunku kapitana.
- Po pierwsze, stulcie teraz mordy, bo sharkiny mogą was usłyszeć i wywrócą tę waszą łódeczkę. - jakby na potwierdzenie jego słów tuż przez nimi, wzdłuż szalupy, bez pośpiechu przepłynęła płetwa należąca do jednego ze stworów morskich. - Widzicie?! Zaraz wrzucimy im jeszcze kilka ptaków, to odpłyną i zostawią was w spokoju. Po drugie, jeśli chcecie dostać się do Marinoru, to skierujcie się w stronę księżyca, w dzień podążajcie za słońcem, na zachód. Stąd prosta droga do stolicy Wyrtten. Niedługo powinniście napotkać statki rybackie, oni w razie czego was naprowadzą. Po trzecie, na łodzi powinny być jakieś zapasy, więc z głodu i pragnienia nie umrzecie. Co prawda nie sądziłem, że wam się uda, ale przygotowałem się i na taką ewentualność. I po czwarte, nie płyńcie za mną. Ja już nie zmierzam do Marinoru. Nastąpiła drobna zmiana planów. Żegnajcie!
Ertyn odszedł od okna i powrócił do swojego fotela. W pomieszczeniu był tylko pierwszy oficer, reszta marynarzy została wyrzucona w momencie, gdy Gristel wskoczył do wody.
- Kapitanie, po co ten cały cyrk?
- Widzisz, Orleth... - odrzekł dowódca okrętu wciągając do ust dym z fajki. - Czasem tak po prostu trzeba. - zaczął puszczać kółka z dymu.
Nie mówił wielkiemu Murzynowi, że normalnie nawet mógłby puścić tamtą bandę, niechby sobie płynęli do tego zasranego Marinoru. Tylko, że znam swoich marynarzy, pomyślał. Psiekrwie, jak pochleją, to gadają byle głupoty. Co prawda wątpię, by zdali sobie sprawę z tego, kto był na pokładzie, ale i tak mogliby w jakiejś karczmie powiedzieć, że puściliśmy bandę cudaków wyglądających jak cyrkowcy, trafiłoby to do nieodpowiednich, umiejących wnioskować uszu i koniec z mą reputacją! Nie byłbym już neutralnym "handlowcem", a stronnikiem królestw, które skorzystały na śmierci Celiki. A tak, ludzie na statku pomyślą, że zjadły ich sharkiny. Powód jeszcze się wymyśli. Ważne, by o nich zapomnieli.
- Jedna sprawa. Ich nigdy nie było na pokładzie. - rzekł Ertyn.
- Rozumiem. - powiedział Orleth. - Gdzie teraz płyniemy?
- Tam, gdzie są najlepsi krasnoludzcy inżynierowie. Muszą zbadać moją nową zabawkę...
- Tego Mertena?
- Taaak...
- Wierzy pan, że może to, co twierdził ten bard?
- Cóż, nawet jeśli tak nie będzie, to i tak wydaje się on ciekawą konstrukcją. Coś może z niego być... Tylko ta nazwa... Merten... Trzeba ją jakoś zmienić... - potarł się po czole. - O! Już mam! Co myślisz o Mertenes? Dodałem swoje inicjały na końcu... - uśmiechnął się sam do siebie. - Tak, od razu lepiej!
Nie mógł wtedy wiedzieć, że za kilkadziesiąt lat jego wnuk, rozpoczynając masową produkcję Mertenesa, w krótkim czasie uczyni z niego jeden z najpowszechniejszych środków poruszania się na planecie.
Ale to miało nastąpić dopiero za jakiś czas...
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||