
::: NoNamemaN :::
Empatia 2 - odcinek trzeci
Rządzącym się nie odmawia
Odgłos gry na lutni począł rozchodzić się po powierzchni Morza Zachodniego w momencie, gdy słońce znalazło się w punkcie zenitalnym. Niebo było bezchmurne, toteż promienie pochodzące ze świetlistej tarczy prażyły z największą mocą, wypijając ogromne ilości wody z oceanu tylko po to, by ta została zaniesiona nad kontynenty, z których wcześniej czy później powróci do morza - i tak w kółko, zgodnie z rytmem natury.
Gdyby ktoś znajdował się teraz w zwykłej łodzi, bez jakiegokolwiek okrycia, to niewątpliwie nabawiłby się udaru słonecznego i poważnych poparzeń na skórze. Na swoje szczęście, drużyna przebywała w zadaszonym pojeździe, ale to była jedyna pozytywna cecha ich położenia. Nie należy się jednak dziwić, że jej nie dostrzegali, gdy w oczy rzucały im się głównie negatywne strony sytuacji, w jakiej znaleźli się dwa dni temu. W tej chwili był to brak silniejszych podmuchów wiatru, które by poruszyły zdającą się unosić w miejscu maszynę oraz przegoniły zastałe, rozgrzane powietrze, a także kurczące się racje żywności i wody znalezionej w pojeździe. Każdy radził sobie z tym na swój sposób: Sedy leżał całymi godzinami wpatrzony w niebo, ograniczając aktywność zarówno cielesną jak i umysłową do minimum, Kristo bez przerwy czyścił swą broń i pancerz, od czasu do czasu rozmawiając z pozostałymi, a jego osobliwy towarzysz, Xethonar, przestał się odzywać, Serubi albo spała, albo gryzmoliła coś na pergaminie wyszukanym w jednym ze schowków, Inrami wciąż z nadzieją wypatrywała zmiany pogody, lądu lub statku, a Gristel, tak jak teraz, pogrywał sobie na lutni pomrukując jakieś słowa pod nosem. Mimo tego w głębi umysłu każdego z nich kiełkowała myśl, która bez przerwy przybierała na mocy, prześladowała ich, chociaż próbowali zagłuszyć ją ze wszystkich sił. Ową myślą był brak perspektywy na ratunek.
- Jak ręka? - zapytał Kristo w reakcji na kilka fałszywych dźwięków w melodii "Panienki swawolnej", jednego z gospodowych standardów.
- Myślę, że dobrze. Rana czasem tylko swędzi i ramię mnie jeszcze pobolewa, ale to nic w porównaniu z tym, co czułem, gdy ten człowiek trafił mnie niewidzialnym pociskiem. Gdyby nie czary Serubi w ogóle nie mógłbym ruszać ręką. - skinął głową w kierunku śpiącej czarodziejki. - Szkoda tylko, że leczenie mnie wyczerpało ją do tego stopnia, że teraz nie ma siły prawie na nic.
- Nie marudź, jesteśmy drużyną, musimy sobie pomagać. Zresztą, niedługo powinna odnowić swój poziom energii.
- Oby. - westchnął. - Bez jej magicznych zdolności nie widzę dla nas szans. Gdybyśmy chociaż wiedzieli gdzie jesteśmy...
- A może by tak spróbować coś upolować? - zaproponował Kristo.
- Hm... Też już o tym myślałem, choć miałem nadzieję, że nie będziemy do tego zmuszeni.
- Dlaczego?
- Ze względu na jeden, drobny szczegół.
- Jaki?
- Jak chcesz coś złowić bez wędki, przynęty?
- Eeee... - rycerz podrapał się w głowę.
- Jak nie macie gotowego sprzętu to coś zaimprowizujcie. - odezwał się Xethonar włączając się do dyskusji.
- O, proszę, w końcu nasz wszechwiedzący odnalazł język w gębie. - rzuciła przysłuchująca się rozmowie Inrami, odrywając wzrok od linii horyzontu.
- Idź się chędoż ty portowa dziwko! - odgryzł się obserwator.
- O żesz ty, chuju jeden! - syknęła niegdysiejsza strażniczka królowej Celiki. Nikt tego nie mógł wiedzieć, ale uwaga co pracy jako prostytutka była jej czułem punktem, gdyż niegdyś, zanim została przygarnięta przez swą byłą władczynię, właśnie tym się zajmowała i nie jest to jeden z przyjemniejszych epizodów w jej życiu. - Chcesz zobaczyć co jest na dnie oceanu?! - warknęła rzucając się w kierunku spoczywającej na dnie pojazdu kuli, w której przebywał obserwator.
- Stój! Nie rób tego! - krzyknął Kristo stając jej na drodze. - Pamiętaj, że jak od zginie, to umrą wszyscy, którzy go dotykali!
Inrami mocowała się chwilę z błędnym rycerzem, a gdy doszła do wniosku, że to bez sensu, popatrzyła gniewnym wzrokiem w jego oczy, puściła Xethonarowi nienawistne spojrzenie i wróciła na swoje miejsce przy oknie.
- Co sugerujesz? - zapytał Gristel gdy sytuacja się już nieco uspokoiła.
- Ludzie, jeszcze na to nie wpadliście?
- Nie marnuj czasu na ględzenie i mów jaki masz pomysł. - ponaglił Kristo.
- Ech, z kim przyszło mi współpracować... - obserwator zakręcił swymi licznymi oczami w geście zniecierpliwienia. - No dobra, słuchajcie. Gristel, masz zapasowe struny do lutni?
- Mam, w torbie.
- Dobrze. Wyjmij je, zwiąż solidnie i już masz coś o wiele lepszego od zwykłego sznurka, bo wytrzymalszego i niewidocznego dla ryb. Wystarczy jeszcze go przymocować do jakiegoś kija czy czegoś podobnego, co tutaj znajdziecie i wędka gotowa. Ostatecznie możecie je sobie obwiązać wokół dłoni, ale odradzam, bo jeśli złowicie coś dużego, to wam kończynę urwie.
- A co z przynętą?
- Najlepsze byłoby świeże mięso, krew w wodzie przyciąga duży ryby.
- A skąd je tutaj weźmiemy? - dociekał Kristo.
- Na waszym miejscu uciąłbym nogę temu nierobowi. - Xethonar skinął w kierunku Sedy'ego. - I tak wam się do niczego nie przydaje, a tylko zabiera cenne jedzenie i wodę.
Młodzieniec, który od kilku godzin zdawał się przez cały czas przebywać w swoim świecie, nagle zerwał się z zajmowanego przezeń miejsca, ale nie dlatego, że usłyszał, iż mówi się o nim, a raczej na dźwięk słowa "woda".
- Pić! Pić! Nie wytrzymam! - zaczął powtarzać.
- Właśnie o tym mówiłem. - stwierdził obserwator.
- O czym? - zapytał Sedy. - Zresztą, nieważne... Pić! Pić!
- Kurwa, zamknij ryj. - rzucił Xethonar. - Wystarczy, że się wychylisz za burtę i możesz pić, ile chcesz, w końcu w oceanie wody jest w bród!
W normalnych warunkach młodzieniec nie posłuchałby takiej rady, bo też i nie był aż tak głupi. Jednakże teraz znajdował się w stadium głodu szumigajowego, które w swym apogeum objawiało się nagłymi wzrostami aktywności oraz wzmożonym pragnieniem i łaknieniem, których zaspokojenie przybierało pierwszorzędne znaczenie dla osobnika. Jak można się domyślić, często prowadziło to do mnóstwa dziwnych sytuacji.
- Właśnie! No przecież! - uśmiechnął się Sedy, skoczył w stronę brzegu pojazdu i zanurzywszy głowę w oceanie zaczął łapczywie chłeptać słoną wodę.
Chwilę potem żołądek młodziana wyprowadził jego mózg ze świata iluzji, gdyż postanowił się obronić przed szkodliwym dla organizmu płynem wyrzucając z siebie cała swą zawartość. W praktyce wyglądało to tak, że jak tylko Sedy skończył pić i wyprostował się, to jego skóra przybrała iście Gristelowy odcień, a on sam zgiął się w pół i zaczął rzygać. Odbywało się to przy akompaniamencie konwulsyjnych bulgotów, głośnych kaszlnięć oraz plusku wody.
- Co ty, kurwa, wyrabiasz?! - wykrzyknęła Inrami w kierunku Xethonara. - Chcesz go otruć? - podeszła do chłopaka i zaczęła wycierać mu usta.
- Banda pierdolonych ignorantów! - rzucił obserwator. - Radźcie sobie sami! Kristo, schowaj mnie gdzieś, bym nie musiał oglądać tych tępych mord!
Błędny rycerz bez słowa wrzucił kulę z zamieszkującym ją potworem do swej podręcznej sakwy w okolicy rozporka i powrócił do czyszczenia oręża.
- Dzięki... - powiedział Sedy, ale jego słowa były bardzo niewyraźnie i ledwo słyszalne.
- No, jasne. - odrzekła Inrami.
- Pić... Pić mi się... chce... - wysapał wycieńczony.
- Daj mu trochę wody z bukłaka, bo teraz potrzebuje jej bardziej, niż przed chwilą. - stwierdził Gristel. - Byle nie za dużo, bo mu zaszkodzi. - bard odwrócił się w kierunku Kristo. - Cholera jasna, skąd wziąć wodę? Długo nie pociągniemy na tym, co zostało.
- Słyszałem, że jakichś rzemieślnik i jednocześnie alchemik-amator stworzył urządzenie, które zamienia szczyny w wodę. Może jest gdzieś tutaj, w tej maszynie?
- Wątpię, w końcu przeczesaliśmy wszystkie jej zakamarki. Zresztą, taki patent to powinien raczej wylądować w muzeum osobliwości, bo kto to widział, by własne szczyny zmieniać w coś do picia? -uderzył w struny lutni sprawdzając, czy ta jest nastrojona. - A tak z ciekawości, to jak nazywał się ten konstruktor?
- Nivek Rentsoc, a czemu pytasz?
Pół-ork parsknął donośnym rechotem.
- Z czego się śmiejesz? - zapytał Krosto.
- Hłe hłe hłe... Wybacz... - łzy poleciały z jego żółtawych oczu, i minęła jeszcze chwila zanim zdążył nad sobą zapanować. - Przepraszam... Ale od dłuższego czasu nic mnie tak nie rozbawiło.
- Ale o co chodzi?
- No bo widzisz... Kiedyś byłem przejazdem przez pewną dziurę, nazwy już nie pamiętam, bo i określenie tego miejsca "miastem" to jak twierdzenie, że każda wiocha otoczona ostrokołem to umocniona fortyfikacja obronna. Normalnie bym się tam nie zatrzymał, ale że trafiła się okazja zarobienia trochę grosza w lokalnej gospodzie, to zostałem na wieczór. - na jego twarzy znów zagościł uśmiech. - Podczas mego występu do izby wpadł facet odziany w jakieś łachmany, z obłędem w oczach, i zaczął krzyczeć: "Oto ja, Nivek Rentsoc, po latach pracy stworzyłem urządzenie, które potrafi zmienić "szczyny" w wino!" - zaakcentował ostatnie zdanie przedrzeźniając dumny sposób mówienia.
- W wino? - wtrącił błędny rycerz. - Przecież...
- Nie wiesz, że nie wypada przerywać bardowi opowieści? - zapytał Gristel wcale jednak nie oczekując na odpowiedź. Po chwili ciszy kontynuował swą historię: - Oczywiście wszyscy jak jeden mąż przestali mnie słuchać, więc przerwałem grę i sam dołączyłem się do grupki otaczającej tego dziwnego osobnika. Ponoć był lokalnym oszołomem i mało kto interesował się jego rewelacjami, ale wiesz, możliwość przerobienia czegoś, co nie jest zdatne do picia na wyborny trunek za małe pieniądze to coś, co interesuje każdego, bo w końcu a nuż temu świrowi się udało... - wyszczerzył zęby będąc coraz bardziej rozbawionym na wspomnienie tamtych chwil. - Wyjął zza pazuchy i postawił na podłodze urządzenie wyglądające jak przerośnięta klepsydra, pełne przekładni, wahadełek i jakiegoś jeszcze nieznanego mi ustrojstwa. Na wierzchu maszyny znajdował się duży lejek, nad którym stanął owy konstruktor, włożył rękę do spodni i...
Wypowiedź Gristela została ucięta przez donośny krzyk.
- Statek! Statek! - wrzeszczała Serubi, co było sporym zaskoczeniem dla reszty, gdyż byli przekonani, że śpi.
- Jak to?! Gdzie?! - dopytywały się rozentuzjazmowane głosy.
- No tam! - wskazała palcem w kierunku, gdzie dostrzec można było sunący powoli okręt z trzema masztami, na których widać było zwinięte żagle.
- Jak go zauważyłaś? - zapytała Inrami starając się ukryć gotującą się w niej zazdrość. W końcu to ja sterczałam tyle czasu rozglądając się za potencjalnym ratunkiem, pomyślała, a tymczasem to tej durnej dupie udało się wypatrzyć ten pierdolony statek! I gdzie tu sprawiedliwość?
- Zbudziłam się przez te wasze krzyki, ale wy tego nie zauważyliście. Pomyślałam, że spróbuję jeszcze zasnąć, ale za każdym razem gdy już byłam bliska snu to znów albo ktoś zaczynał się drzeć, albo rechotać... - popatrzyła wymownie w kierunku Gristela, na co ten odpowiedział bezczelnym, szelmowskim uśmiechem. Nieco ją to zbiło z tropu, ale nie dała tego po sobie poznać. - Nie mając perspektywy na wypoczynek, podniosłam się i spojrzałam w tylne okno, by zobaczyć jak jest na zewnątrz i sami wiecie co dalej. Na początku nie mogłam uwierzyć, przecierałam przez chwilę oczy będąc przekonaną, że płatają mi figle, ale wcale tak nie było! - westchnęła z ulgą. - Jesteśmy uratowani!
- Jak to możliwe, że płynie, skoro prawie nie ma wiatru..? - zastanowił się Kristo.
- Czy to istotne? - odparł Sedy. - Ważne, że się porusza! Czy możemy jakoś go przywołać, zwrócić na siebie uwagę by nas zauważył?
- Serubi, jak masz dość siły, to może puść jakieś zaklęcie? Znasz takie, które narobi dużo huku i jednocześnie pozostawi ślad, pokazujący skąd pochodziło? - zasugerował pół-ork.
- Pewnie, że znam! - powiedziała czarodziejka i wysunęła rękę w powietrze jednocześnie mrucząc inkantację.
* * *
- Widział pan to, kapitanie?! Co to, kurwa, było?! - wykrzyknął jeden z marynarzy.
- Bym to ja wiedział... - odburknął do siebie posiwiały mężczyzna z puszystą brodą tak, że nikt go nie usłyszał, po czym uniósł głowę do góry, przyłożył rękę do czoła tak, by nie zostać porażonym przez słońce i odszukawszy sylwetkę młodego chłopaka ryknął: - Co tam widać z bocianiego gniazda?
- Nie wygląda to jak statek!
- A jak co?!
- Jak psie gówno na powierzchni stawu!
- Ty mi tu nie pierdol jakimiś metaforami, tylko mów jak się sytuacja przedstawia!
- No, więc, to jest chyba jakaś przerośnięta beczka!
- Beczka powiadasz... - powiedział kapitan sam do siebie. - Co pan na to, panie Orleth. - zwrócił się do wielkiego, ciemnoskórego mężczyzny.
- Sugerowałbym ominąć to coś, może to kolejna pułapka syren? - odpowiedział silnym, nosowym głosem. - Co prawda śpiewów nie było i załoganci nie wyskakiwali do wody, ale słyszeliśmy cichą muzykę, na dodatek z tamtego kierunku, więc może to jakichś nowy sposób mamienia ludzi?
- Hm... Rozumiem. Proszę wstrzymać się z wydawaniem jakichkolwiek poleceń. Chcę się temu jeszcze przyjrzeć.
Orleth skinął tylko głową. Kapitan sięgnął go kieszeni swych granatowych spodni i wyjął ostatni nabytek: magiczny dalekowizor, dzięki któremu mógł przyglądać się rzeczom odległym tak, jakby były na wyciągnięcie jego ręki. Co prawda konstruktor tego urządzenia nazywał je lunetą, ale kapitanowi nazwa wydawała się bez sensu, bo nie oddawała żadnych właściwości tego przedmiotu. Rozciągnął przyrząd, przyłożył go do oka i zaczął się przyglądać tajemniczemu kształtowi, z którego chwilę temu wystrzelił strumień energii pozostawiając za sobą sznur ró żowego dymu.
Okazało się, że to "coś" rzeczywiście wyglądało jak przerośnięta beczka, choć w rzeczywistości było jakimś dziwnym pojazdem. Na jego ścianach dostrzegł mniejsze i większe otwory, z których ku niemu wymachiwała zgraja osobliwie wyglądających ludzi. Miał jednak wrażenie, że w przyrządzie są jakieś usterki, bo mógłby przysiąc, że widzi jak jeden nich zaczyna grzebać sobie w okolicach rozporka, po czym wyjmuje...
- Ster lewo na burt! Płyniemy w kierunku tej różowej smugi!
- Kapitanie, co pan..?
- Popatrz sam, Orleth. - powiedział podając dalekowizor pierwszemu oficerowi. - Oni wyglądają niczym banda pajaców z objazdowego cyrku, a nie jak marynarze czy chociażby rybacy. Nie mogą stanowić zagrożenia.
- Czy w takim razie zabieramy ich na pokład?
- Wzywają pomocy, to wielkim nietaktem byłoby odmówić. Nawet jeśli to szczury lądowe. - splunął krzywiąc się na dźwięk tego określenia. - Zaprowadź ich do mnie jak już ich wyłowicie.
* * *
Na okręcie najwyraźniej zauważono wezwanie drużyny, gdyż ten zmienił kurs i zaczął podążać w ich kierunku. Jednak im statek był bliżej, tym niektórzy mieli coraz więcej wątpliwości.
- A jeśli tam są piraci? - zapytał Sedy.
- Właśnie, jeszcze wezmą nas do niewoli, zmuszą do pracy na pokładzie, a przy tym będą gwałcić i gwałcić... - wyliczała Inrami.
- A co, chciałabyś, nie? - rzucił Xethonar.
- Odjeb się, wielooki! Rozmawiam z tobą?
- Właśnie! Łatwo ci mówić! - niespodziewanie Serubi wzięła stronę zabójczyni, ale nie wynikało to z faktu, że zirytowały ją docinki obserwatora, a z tego, iż przedstawiona przez Inrami wizja dotyczyła również niej. - Nie mówiąc o tym, że ty to sobie możesz tylko na wszystko patrzeć, to i wam, facetom, też gwałt nie grozi!
- Oj, nie byłbym tego taki pewien. - stwierdził Gristel kręcąc głową na boki.
- To znaczy?
- Wiecie, nie raz grało się w portowej tawernie. Najczęściej marynarze siedzą tam w objęciach dziwek, ale słyszałem, że jak się jest kilka miesięcy na morzu, to czasem kobieta nie potrzebna, wystarczy kolega nazbyt schylający się po coś... No i niektórym już tak zostaje, że wolą chłopaków, szczególnie...
- To nie jest istotne! - jęknęła Inrami. - My tu rozprawiamy o pierdołach, a tymczasem statek coraz bliżej! Co robimy jak...
- Wydaje mi się, że doskonale wiesz co robić: wypiąć się jak najmocniej i krzyczeć jakie z nich ogiery! - zadrwił Xethonar.
- Kurwa, zaraz nie wytrzymam! - jej twarz nabiegła czerwienią. - Kristo, nie masz jakiegoś sposobu, by to gówno siedziało cicho? Bo jeśli nie przestanie tak gadać, to nie ręczę za siebie!
- Uspokoicie się wreszcie wszyscy?! - wykrzyknął rozdygotany Sedy, któremu najbardziej udzieliła się nerwowa atmosfera.
- Właśnie. - dodał Gristel. - Jedno mogę wam powiedzieć: to nie są piraci.
- Na jakiej podstawie? - zapytała Serubi.
- Jak już mówiłem, nie raz bywałem w miastach portowych i wiem jak odróżnić statek bojowy od handlowego. A tu mamy do czynienia z tym drugim.
- Ufff, to dobrze... - westchnął Sedy.
- Niby tak... - odrzekł pół-ork. - Ale pewności nie ma. Wiecie, to są handlowcy, a u takich nie ma nic za darmo. Potrzeba kogoś do roli mediatora, bo jak wszyscy zaczniemy mówić, to nie za dobrze może się to skończyć.
- To może ty to zrobisz? - zaproponowała Inrami. - Wychodzi na to, że z nas wszystkich najlepiej znasz marynarzy, więc nie powinieneś mieć kłopotów z dogadaniem się.
- Czy wszyscy tak uważają?
Nikt nie zaprzeczył.
- Jak chcecie. - rzekł pół-ork. - Tylko w takim wypadku nie odzywajcie się nie proszeni. - kucnął na wysokości rozporka Krista. - A to dotyczy w szczególności ciebie.
Xethonar nic nie odpowiedział, choć miał straszliwą ochotę.
- Ty, popatrz, ten wielki mówi do kutasa tego w zbroi! - usłyszeli blisko siebie. - To muszą być jakieś świry! - był to głos jednego z wielu marynarzy przyglądających im się przez burtę zbliżającego się okrętu. Chwilę potem doszedł ich gromki śmiech jego towarzyszy.
Kilka chwil później wielki statek zatrzymał się obok nich. Drużyna dopiero teraz zdała sobie sprawę, że pojazd Mertena przy nim jak mrówka przy słoniu. W ich kierunku zsunęła się sznurkowa drabinka.
- Wchodźcie! - dobiegło ich z góry.
- Tak! Puśćcie panienki przodem!
Niestety, ku wielkiemu rozczarowaniu marynarzy, to Gristel wspiął się pierwszy. Po nim wszedł Kristo i to jeszcze bardziej ich zmierziło, ale niezadowolenie prysło niczym bańka mydlana gdy na pokładzie pojawiły się dziewczyny. U większości ludzi morza wzrosła produkcja śliny, a gdyby ich oczy miały moc gwałcenia, to Serubi i Inrami już dawno leżałyby rozebrane, zmacane i przechędożone. U tych z marynarzy, którzy jednak nie zareagowali w podobny sposób, zaległość ta została nadrobiona gdy do drużyny dołączył Sedy.
Z otaczającego ich tłumu napaleńców wyłonił się wielki, czarnoskóry mężczyzna, tylko niewiele niższy od barda.
- Chodźcie, kapitan chce z wami pomówić.
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||