
::: Mariusz Saint :::
Empatia 2 - odcinek drugi
Druga miłość
-4-
Potężny wstrząs sprawił, że wszyscy nagle zapomnieli o tajemniczym głosie. Serubi, a za nią Inrami, wybiegły z izby. Kristo westchnął i przypiął z powrotem sakwę do pasa. Gristel nałożył kaptur i również wybiegł, uprzednio wyjmując karła z szafy.
Wyszli na rynek miasta, zbliżając się do olbrzymiego śladu. Nie było to łatwe, gdyż zgromadził się już wokół niego tłum gapiów; w końcu nie co dzień dzieje się coś takiego. Jednak cała czwórka (plus karzeł) zdała sobie sprawę, że zbiegają się również strażnicy Palateku, których okazało się być całkiem sporo.
- Proponuję się stąd zmywać - szepnął Gristel, poprawiając kaptur i przykrywając połą płaszcza karła.
- Ale dokąd? - Kristo odruchowo zasłonił dolną część twarzy chustą.
- Może w góry? Będziemy poruszali się blisko granicy Palateku, po odludnych terenach; na pewno znajdzie się jakaś jaskinia czy opuszczona warownia, gdzie będziemy mogli się zaszyć... w razie czego możemy odbić na południe...
- I trafić w łapska handlarzy saracenów? Oni się zapuszczają coraz dalej! - szepnęła jadowicie Serubi. - Zresztą ja się tutaj z wami żeg... - na rynek wbiegła kolejna fala strażników i żołnierzy, którzy ściągali tutaj z całej okolicy. - ...Albo pójdę z wami jeszcze kawałek.
W tym momencie karzeł, tkwiący pod spoconą pachą Gristela, dostrzegł swoją szansę i zaczął się drzeć:
- Ratunku! Pomocy! Gwałcą!
- Chciałbyś, kurwa - syknął bard i uciszył karła strzałem na maskę, po czym szczelniej nakrył płaszczem. Cała drużyna szybko się oddaliła widząc, że strażnicy rozglądają się za źródłem krzyku.
***
Szli już kilkanaście dni, można by powiedzieć, że beztrosko - wyszli z lasu podążając teraz już porośniętymi średnią roślinnością wzniesieniami, co przyśpieszyło marsz. Kilka upolowanych kozic zapewniło pożywienie na okres podróży, skapnęło nawet coś dla karła. Podróż trwała, aż pewnego dnia skały majaczące w oddali zmieniły kształt na mniej przypadkowy; kiedy podeszli bliżej okazało się, że był to początek schodów do wejścia do kopalni krasnoludów.
W Palateku miano krasnoludów w jako takim poważaniu; wprawdzie byli cholernymi skąpcami i prostakami, ale przynajmniej nie mordowali nikogo (publicznie) i zawsze płacili za piwo, które żołnierze krasnoludzcy spożywali w ilościach zdawałoby się niemożliwych, biorąc pod uwagę niewielkie wymiary ciała. Żołnierze ci nie brali oczywiście udziału w ludzkich wojnach, bo królów krasnoludzkich nie obchodzili za bardzo monarchowie ludzcy, z wzajemnością zresztą. Krasnoludy miały własne problemy. Toczyły wojnę z orkami.
- Niezbyt się garnę, żeby tam wchodzić - powiedział Gristel.
- Ojeeej! - jęknęła Serubi. - Chcę odpocząć! Możemy zatrzymać się u krasnoludów!
- Nie będą chcieli nam nic wynająć - mruknął Gristel.
- Może gdybyśmy ładnie poprosili... - powiedziała Inrami, której również odniechciało się spać pod gołym niebem i narażać na atak zastępów złowrogich obmacywaczy.
- Tak nisko nie klękniesz - powiedziała Serubi, ale tym razem nie była to udana złośliwość, bo Inrami nie zrozumiała, o co chodzi.
- Przecież ja się w tych ich korytarzach nawet nie zmieszczę! - warknął Gristel.
- No to przykryjesz się kapturem, a ja cię trochę zmniejszę zaklęciem - Serubi chwytała każdą szansę, jaka mogła ją doprowadzić do siedziby krasnoludów, w domyśle wygodnej kryjówki.
- No... niech będzie.
Wspinali się po schodach, które zdawały się nie mieć końca. Gristel co i rusz się potykał, nieprzyzwyczajony do krótszych nóg. Inrami i Serubi były potwornie zmęczone, nawet przeważnie tryskający optymizmem Kristo wydawał się jakiś przygaszony. Ale w końcu ujrzeli przed sobą potężne wrota siedziby krasnoludów; wlało to w ich ciała nowy zastrzyk sił i po krótkim czasie stanęli przed bramą. Szkoda że nie pomyśleli, jak ją otworzyć.
A wrota były zaiste potężne i wspaniałe; całe ozdobione wielkiej piękności płaskorzeźbami, o wykonanie których, dopóki nie zauważyło się, co przedstawiały, trudno by podejrzewać krasnoludy. A na wrotach wykute były scenki przedstawiające dumnych brodaczy z kilofami, krasnoludów z narzędziami do rozłupywania skał oraz niskie, krępe sylwetki z przyrządami górniczymi. Okazyjnie tylko przedstawione były walki (oczywiście zwycięskie) ze smokami i wielkimi, ognistymi demonami.
Nad wrotami, na wysokości około dwudziestu metrów widać było otwory strzelnicze. Przy obsadzeniu wszystkich stanowisk można było całe schody skąpać we krwi wrogów, zanim którykolwiek zdążyłby w ogóle dotrzeć do drzwi. A gdyby nawet zdołał, to musiałby je otworzyć.
Drużyna liczyła na to, że ktoś ich dostrzeże i wpuści, ale żadna twarz nie mignęła w otworach strzelniczych.
- No i co teraz? - spytała płaczliwie Inrami.
Kristo nie zwrócił na nią uwagi; słuchał, teraz dużo bardziej dyskretnym ruchem, aby nikt nie zauważył, głosu dobiegającego z sakwy przy pasie.
- To klan Merduhemz - oznajmił.
- Skąd to wiesz?
- Yyy... z tych, no... płaskorzeźb... o tu... - tknął palcem pierwszego z brzegu radosnego krasnala widniejącego na drzwiach, a te bezgłośnie uchyliły się.
- Rzeczywiście, tu - mruknął Gristel. - Zaraz, mówiliśmy kiedyś o tym głosie... - nie dokończył, gdyż dobiegł ich odgłos zażartej bitwy.
***
Wbiegli do szerokiej, przestronnej hali o gładko wykutych ścianach, oświetlanej przez pochodnie umieszczone w niszach w skale. Na jej końcu, gdzie dostrzegli odnogi prowadzące do korytarzy, trwała walka. Kilkudziesięciu okutych w zbroje krasnoludów stawiało zażarty opór swoimi toporami, młotami i oskardami, ale zalewające ich fale karłów zdawały się nie rzednąć. Karły bardzo przypominały tego, którego taszczył ze sobą Gristel jako pamiątkę - były wyższe i nieco mniej krępe od krasnoludów, nie nosiły zbroi, a walczyły za pomocą krótkich mieczy. I było ich kilka razy więcej od krasnoludów, którzy coraz bardziej cofali się w kierunku drzwi.
Gristel widząc całe morze karłów wypuścił tego, którego trzymał pod pachą (ostatnio było to trudniejsze z powodu krótszego ramienia) i ruszył w kierunku walczących, wyjmując po drodze swoją lutnię i nie dbając o to, że po drodze kaptur zsunął mu się z głowy. Niektóre karły się śmiały widząc osobnika szarżującego na nich z instrumentem muzycznym, ale nastąpiło ciche "klik", a potem "ciach" i "łup" i dwie głowy spadły z karków i już nikt się potem nie śmiał.
Inrami i Kristo również ruszyli do ataku; Serubi postanowiła zostać z tyłu i popilnować związanego karła, na przykład.
Kristo udowodnił, że szermierka nie jest mu obca. Bez trudu parował prostackie sztychy karłów, samemu zatapiając swój miecz w ich szyjach. Dopadło do niego trzech z nich; Kristo sparował sztych tego stojącego w środku krótkim ruchem, po czym zawrócił miecz i szerokim, potężnym cięciem pozbawił głowy karła stojącego po prawej stronie. W trakcie ruchu miecza zdjął prawą rękę z głowni i opancerzoną rękawicą uderzył z obrotu w twarz karła stojącego po lewej, zamieniając mu nos w krwawą miazgę. Ten stojący pośrodku znowu próbował pchnięcia mieczem, ale Kristo przerzucił miecz z lewej do prawej ręki, przeniósł ciężar ciała na prawą nogę, wymijając sztych, po czym wbił ostrze w czubek głowy wychylonego do przodu karła zupełnie tak, jakby nadziewał plaster mięsa na widelec. Karzeł z lewej spróbował szerokiego, płaskiego cięcia, ale Kristo zasłonił się wyszarpniętym gwałtownie z czerepu kurdupla mieczem, równocześnie go rozłupując, i wyprowadził kontratak, wykonując obrót w lewo i ścinając głowę napastnika tak samo, jak chłop ścina zboże kosą. Jednak już nadciągała kolejna fala wrogów i Kristo musiał przejść do oszczędniejszych ruchów ze względu na ograniczone miejsce; metodycznie parował ciosy karłów i uderzał gdy tylko była czysta sytuacja, cierpliwie na nią czekając.
Było to kompletne przeciwieństwo sposobu walki, jaki prezentowała Inrami. Jej sztylety stały się jakby przedłużeniem ramion, a sama wojowniczka zdawała się bardziej tańczyć, niż walczyć, a dla wielu karłów był to ostatni taniec, jaki widzieli (dla niektórych zresztą równocześnie pierwszy). Ostrza rzucały dzikie odblaski na ściany odbijając światło pochodni; sztylety ani razu przez dwie kolejne sekundy nie znajdowały się w tym samym miejscu. Inrami wiła się jak wąż między sylwetkami karłów przecinając im szyje, zadając szybkie sztychy w uda i w ogóle starała się możliwie najszybciej wywołać jak najwięcej gejzerów tryskającej krwi. Należy dodać, że robiła to z taką szybkością, że nawet nie poplamiła sobie ubrania, tak wspaniała była poezja jej ruchów.
Serubi obserwowała, jak trójka jej towarzyszy podróży toczy walkę. Widziała Kristo, którego ruchy zdawały się być powolne, a w rzeczywistości były śmiertelnie skuteczne; obserwowała Gristela (czar zmniejszenia nie działał już od pewnego czasu), który jest jak góra smagana przez fale napływających karłów, ale trwa niewzruszenie, zadając jednym ruchem topora kilka śmierci naraz; z narastającą zazdrością patrzyła na Inrami, która zdaje się nie zauważać tych wszystkich ostrzy, na które usiłują nadziać ją karły.
Sytuacja zdawała się powoli wyjaśniać; karłów w głównej sali ubywało, krasnoludy zaczęły posuwać się do przodu.
I wtedy z korytarzy napłynęła nowa fala napastników. Natarli oni z furią na broniących się, odrzucając ich dobre kilkanaście metrów w tył. Serubi spojrzała na związanego karła, siedzącego na podłodze. Posłał jej szeroki uśmiech. Czarodziejka postanowiła wkroczyć do akcji.
Rozejrzała się na boki, zauważając palące się pochodnie. Wykonała kilka szybkich ruchów samymi palcami, które miały imitować igrające płomienie. Ogień z pochodni wyrwał się z nisz w ścianach i powędrował pod sklepienie, gdzie uformował małą kulę; w całej sali zrobiło nagle ciemno. Wszyscy na moment przestali walczyć, spoglądając w stronę jedynego obecnie źródła światła.
Kula nagle eksplodowała płomieniem, przybierając postać ogromnego ognistego demona, który rzucił się w kierunku walczących. Było to tak nagłe, że wszyscy, i krasnoludy, i karły, i trójka bohaterów, odruchowo się skulili. Płomień powędrował w kierunku korytarzy, zatrzymując nabiegające karły. Wprawdzie siła ognia była zbyt mała, aby wyrządzić większe szkody ponad małe przypieczenie twarzy i brody, ale morale atakujących zostało złamane. Krasnoludy ruszyły do kontrataku.
W miarę, jak oddziały obrońców posuwały się korytarzami, znacząc drogę trupami karłów, dołączało do nich coraz więcej krasnoludów, którzy do tej pory bronili się w obleganych pomieszczeniach. Tylko nieliczni atakujący usiłowali podejmować walkę; większość po prostu uciekała. W końcu dotarli do korytarza, gdzie piękna, równa ściana została oszpecona przez dziurę wybitą przez karły. Gdy ostatni z wrogów zniknął w jej czeluści, krasnoludy pozwoliły sobie na okrzyk zwycięstwa.
Serubi stała w hali, w której na powrót buzowały światła z zapalonych pochodni. Oparła ręce o biodra widząc jak jeden z krasnoludów, najprawdopodobniej król klanu, zbliża się do niej, zdejmując hełm z głowy. Gdy tak szedł, zastanawiała się, jak odpowiedzieć na słowa podzięki: "nie ma sprawy"? "Codziennie robię coś takiego"? A może nawet "bardzo się cieszę że mogłam pomóc"? Król krasnoludów podszedł i zapytał:
- To ty wywołałaś tego ogromnego demona ognia?
- Demona...? Tak, to ja!
- Nigdy więcej tego nie rób. Przenigdy.
***
Wprawdzie obecność orka w siedzibie krasnoludów to świętokradztwo, ale że Gristel był tylko półorkiem, więc uznano to za półświętokradztwo i zaokrąglono w dół. O wiele ciekawiej przedstawiała się sprawa ze związanym karłem, który, trzeba dodać, już się nie uśmiechał.
- Kazałem już posłać po kata - powiedział król krasnoludów, przedstawiający się jako Gizramz.
- To krasnoludowie mają swoich katów? Myślałem, że nie ma przestępstw w obrębie enklawy... - powiedział Kristo.
- To jest kat dla schwytanych... or-ehem-ów... - Gizramz trochę się zmieszał, patrząc z ukosa na Gristela, ale zaraz odzyskał wątek, gdyż zwrócił się do swojego ludu.
- Kara za atak na odwieczną siedzibę krasnoludów jest tylko jedna! - donośnym, złowieszczym głosem oznajmił król krasnoludów. - Śmierć - oznajmił, a dźwięk ten przywodził na myśl zatrzaskiwane płyty krypty. - Ten oto wróg! - wskazał na karła tak nagle, że Serubi aż podskoczyła - poniesie karę najstraszliwszą z możliwych.
Zapadła ciężka cisza.
- Karę Morza. - dokończył z ponurym namaszczeniem Gizramz. Wszystkie krasnoludy gwałtownie wciągnęły powietrze.
- Nie! Nie! Tylko nie to! - karzeł zaczął krzyczeć i popiskiwać.
- Cicho, kurwa - powiedział Gristel, ale tak jakoś bez przekonania, bo i jemu udzieliła się atmosfera grozy.
***
Przyszedł kat. Okazał się nim być najpotężniejszy krasnolud, jakiego kiedykolwiek widzieli - niemal dorównywał mu wzrostem.
Na twarzy, zamiast czerwonego kaptura nosił żelazną maskę, na której przedstawiona była krasnoludzka twarz wykrzywiona w grymasie rozpaczy; jednak najstraszniejsze były puste oczodoły maski...
Pozostałe krasnoludy przyniosły stół i krzesło, na którym posadzono karła.
Kat przyniósł wielką misę wypełnioną wodą i postawił na stole przed związanym niedawnym towarzyszem podróży całej czwórki.
- Co to będzie? Jakiś ostatni posiłek? Rytualne obmycie? - dopytywał się szeptem Gristel, patrząc równocześnie w poszarzałą i nieruchomą twarz karła.
- Nie wiem - odpowiedziała Inrami.
Kat podszedł do skazańca; wskazał mu palcem jego odbicie w wodzie, po czym wolnym ruchem chwycił głowę karła i wepchnął ją do głębokiej misy. Nieszczęśnik szarpał się jeszcze trochę, ale nie miał szans pokonać oporu w postaci mocarnej ręki kata. Po chwili ostatnie drgawki zanikły.
- Oto najstraszniejsza śmierć dla Niskiego Ludu - oznajmił grobowym, trochę drżącym głosem Gizramz. - Śmierć przez utopienie.
***
Król Gizremz zaprosił całą czwórkę do swojej komnaty.
- Słuchajcie, wielkie dzięki za pomoc - powiedział. - Mamy od zajebania kłopotów z tymi skurwysynami - król na osobności przestał mówić po królewsku, a zaczął mówić po krasnoludzku. - Wpierdolili się pewnego dnia do nowo budowanych komnat, wykopali stamtąd naszych chłopców... i to niby ma być rodzina, kurwa ich mać! Pasożyty pierdolone... - Gizremz emocjonalnie podchodził do sprawy.
- Chcielibyście ich wykurzyć na dobre? - zapytał Gristel.
- Oczywiście! Tylko jest nas trochę mało, a zanim żołnierze wrócą z wypraw wojennych z or-ekhem-mi...
- My wam pomożemy.
***
Krasnoludy po szybkich przygotowaniach zgromadziły się w kaplicy, aby pomodlić się przed walką. Wszystkie wojska modlą się przed bitwą, nawet jeśli będą walczyć o to, do kogo mają się modlić. Wyjątkowo stary krasnolud w szarej szacie kapłańskiej odprawiał nabożeństwo. Nie były to jakieś szczególnie skomplikowane obrzędy; zwykłe wezwania do bogów rzemiosła i zmarłych przodków. Inna sprawa, że czwórka bohaterów była pierwszymi nie-krasnoludami, którzy je mogli oglądać. Kiedy wkraczali do kaplicy, kapłan gwałtownie obrócił się w ich kierunku, jednak nie przerwał nabożeństwa.
Gdy zgromadzone krasnoludy zaczęły się rozchodzić, odprawiający modły krasnolud w towarzystwie dwóch rosłych "ministrantów" podszedł do Kristo i powiedział:
- Chodź ze mną albo zgiń na miejscu, zdrajco.
- C...co?
- Wprowadziłeś na święty teren plugawą, zakazaną istotę. Tylko ze względu na udzieloną nam pomoc nie zginąłeś od razu, a dostajesz szansę obronienia się.
Kristo stał chwilę jak wryty, po czym spojrzał na Gristela, który nie słyszał rozmowy, bo przyglądał się posągowi boga-kowala; posąg wykonany był ze szczerego złota (według jedynego filozofa wśród krasnoludów ludzie powstali po to, aby krasnoludy mogły mieć od kogoś więcej złota). Rycerz westchnął i powiedział:
- Przecież już sobie to wyjaśniliśmy... Gristel popełnia tylko półświętokradztwo i zaokrąglamy w dół...
- Co...? ...nie, nie mówię o pół-człowieku! Mówię o tym! - wskazał na krocze Kristo. Serubi, która jeszcze przed chwilą była przerażona, teraz ogarnęła nagła wesołość. - Chodźmy stąd, przestańmy kalać to święte miejsce - aby zaakcentować te słowa, dwaj potężnie zbudowani "ministranci" wystąpili naprzód.
Ku zdziwieniu Inrami, Kristo zdawał się wiedzieć, o co chodzi i ruszył bez słowa z kapłanem, a za nim reszta drużyny.
Weszli do bocznego pomieszczenia kaplicy, będącego kwaterą kapłana.
- Nauczono mnie wykrywać wszelkie zło pochodzące z Miejsca Pod Skałami - powiedział kapłan. - Dlaczego wprowadziłeś nieczystą, plugawą istotę na nasz teren? - wskazał na sakwę przytroczoną do pasa Kristo.
- Przecież... on jest nieszkodliwy...
- Akurat! - rozległ się przytłumiony głos, nie należący do żadnej z osób obecnych w tym pomieszczeniu.
- Potrafi posługiwać się naszą mową! - przeraził się kapłan.
- Jasne, że potrafię! - jakaś istota ukryta w sakwie Kristo postanowiła wyraźnie zaakcentować swoją obecność.
- Ależ... no dobra, pokażę go - powiedział rycerz i, po rozpięciu pasa, ściągnął sakwę i otworzył ją. - Ale on jest niegroźny...
- Niegroźny!? To się kurwa zdziwisz! Jestem najgroźniejszy na świecie! Dawać tu! - krzyczał zamknięty w szklanej kuli beholder.
***
Beholdery, zwane też obserwatorami, znane są z kilku rzeczy: z ohydnego wyglądu, gdyż są wielką kulą z wystającymi na wszystkie strony mackami, zakończonymi spoglądającymi wszędzie oczami, z niesamowitej sprawności w posługiwaniu się czarami, z zamiłowania do życia w wilgotnych, ciepłych jaskiniach, gdzie mogą zakładać swoje ule oraz przede wszystkim z przeogromnej złośliwości. Beholder zamknięty w kuli Kristo spełniał co najmniej połowę z tych wymagań.
Wszyscy zgromadzeni w pomieszczeniu przyglądali się zmniejszonemu obserwatorowi w kuli trzymanej przez Kristo.
- Chyba rzeczywiście jest niegroźny... - powiedział stropiony kapłan.
- No właśnie... gdyby mógł, już dawno by się przeteleportował na zewnątrz kuli czy coś...
- Mógłbyś być bardziej dyskretny - ofuknął go beholder, przedstawiający się jako Xethonar.
- A gdyby rozbił kulę od środka?
- Wtedy zginąłby on i wszyscy, którzy kiedykolwiek dotykali kuli - oznajmił Kristo. Wszyscy natychmiast się cofnęli jak od trędowatego.
- A więc naprawdę nie ma zagrożenia. Jesteście wolni - oznajmił kapłan z godnością, wstając. W tym momencie wpadł krasnolud w pełnym rynsztunku bojowym i krzyknął:
- Czekamy na was!
***
Oddział krasnoludów, większy, niż ten widziany przez bohaterów w hali, gdyż dołączyli się wojownicy oblegani wtedy w pomieszczeniach (kat bronił wejścia świątyni, jak się dowiedzieli) zgromadził się przy dziurze w ścianie korytarza. Na czwórkę naszych bohaterów patrzono z szacunkiem, ale i ze strachem, zwłaszcza na Serubi.
Krasnoludy w ciszy weszły do otworu; nie napotkały żadnej straży. Dopiero po chwili dostrzegli stojących w ciemnościach karłów, którzy najwyraźniej nie spodziewali się tak szybkiego kontrataku. I w tym momencie z ponad dwustu gardeł wyrwał się ogłuszający okrzyk bojowy. Stojące w korytarzu karły ogłuchły na śmierć.
Do głównej hali wbiegł jeden ze straży. Jego koszula była rozdarta wskutek głębokiego cięcia toporem; ciało pod nią zresztą też.
- Krasnoludy! - wychrypiał. - Atakują...! - głos mu się załamał i upadł, a ostatnie co zobaczył, to skórzane buty z ostrogami.
Jonas obserwował karła bez większych emocji; czekał, co się stanie. Gdy przez do hali wlała się grupa wrzeszczących opętańczo krasnoludów, zaczął biec w kierunku korytarza prowadzącego na szczyt rusztowania.
Jonas nie uciekał; wcale nie bał się krasnoludów i mógł bez problemu uśmiercić sporą ich grupę; dokładnie dwunastu w ciągu sześciu sekund. Ale nie chciał, bo to nie była jego walka.
***
Karły porzuciły swoje zajęcia i podjęły walkę z nacierającymi krasnoludami. Tym razem, oprócz krótkich mieczy dzierżyły również narzędzia, którymi się posługiwali w chwili ataku - kilofy, młoty, topory. Jednak popełniały zasadniczy błąd strategiczny: zamiast miotać pociskami z rusztowania, wszystkie karły zbiegały korytarzem, aby podjąć walkę wręcz. A tam już na nich czekali.
Wbiegające krasnoludy nie mogły nie zauważyć konstruktu; oczywiście zachwycił ich ten, jak sądzili, cud mechaniki, ale nie było czasu na kontemplację - czekała walka.
Kat krasnoludów zwykł nosić wszystkie właściwe krasnoludom bronie naraz na plecach i wybierać jedną, w zależności od nastroju. Dziś był Dzień Rozłupywania, dlatego też szalał potężny oskard. Inrami ponownie zaczęła swój taniec; tym razem ostrza odbijały światło słoneczne, dobiegające z otworu w sklepieniu ogromnej jaskini. Kristo by stał i patrzył, gdyby zastępy karłów nie chciały pogruchotać mu kolan młotami kowalskimi; musiał często skakać aby uniknąć ciosów i czuł się dość głupio. Gristel natomiast nie miał takich problemów; wywijał ciężkim toporem, jakby był on wierzbową gałązką i po prostu żaden karzeł nie zdążył nawet wziąć zamachu. Serubi natomiast stała z tyłu i pobierając moc wody z wilgotnych ścian, posyłała prosto w twarze atakujących chmury ostrych jak szkło lodowych kryształków. Nie wyrządzały może one wielkiej krzywdy, ale na pewno skutecznie utrudniały karłom walkę. Zawsze za jej plecami stał jakiś krasnolud i pilnował, żeby czarodziejka nie próbowała wywołać demona ognia, a w razie, gdyby tego próbowała, miał delikatnie popukać w ramię. Albo w głowę.
***
Merten badał za pomocą chwytaków wystających z jego głowy sakwę należącą do Sedy'ego, gdyż wśród szwów zachowało się kilka drobin ziela spowalniającego. Właściciel sakwy siedział przywiązany do krzesła ustawionego w rogu pomieszczenia, przy drzwiach prowadzących na platformę rusztowania. Twarz miał mocno poturbowaną, ale nie dlatego, że nie chciał wyjawić jakichś informacji; Czarny Luin po prostu lubił go bić.
W końcu Merten podniósł się znad stołu i przekazał Luinowi wynik badań swoim zwyczajnym, pozbawionym emocji głosem:
- Okazuje się, że aby uzyskać specyfik powodujący odrętwienie, do pozostałych składników zamiast haerbae loccotus, zwanego powszechnie zielem spowalniającym bądź szumigajem, można użyć... - w głosie Martena Luin po raz pierwszy wyczuł jakąś emocję; było to zakłopotanie - ... prostitutae floviris, zwanego kurwim kwiatem lub kurwą przydrożną - skończył, wyraźnie ucieszony z tego faktu.
- Kurwa przydrożna!? Przecież to jest wszędzie! To znaczy rośnie przy każdej drodze!
- Wy... idioci... - wymruczał mocno poobijany Sedy.
W tym momencie usłyszeli wyraźny wrzask z hali:
- Krasnoludy! Atakują...!
***
Kristo i Gristel równocześnie zauważyli Jonasa dobiegającego do korytarza prowadzącego na szczyt rusztowania; jako że pilot konstruktu wyróżniał się z tumultu, uznali go za przywódcę karłów i ruszyli za nim, wyrąbując sobie drogę przez gąszcz kurdupli.
W głównym korytarzu nie spotkali wielu wrogów, dlatego w krótkim czasie dotarli do drzwi, blokujących dalszą drogę. Gristel, nie certoląc się zbytnio, otworzył je z kopa. W środku ujrzeli piękne meble, bogato zdobiony dywan, przywiązanego do krzesła chłopaka o poobijanej twarzy, Czarnego Luina, no i tego, kogo ścigali. Jonas stał w rozkroku przy drzwiach prowadzących na rusztowanie; dłonie były blisko rękojeści wystających z pochew uwieszonych u krzywo założonych pasów, gotowe w każdej chwili je ująć.
- Wielki C! - krzyknął zaskoczony Kristo ujrzawszy w takim miejscu szarą eminencję dworu Palateku, na którym kiedyś przebywał.
- Jestem zdemaskowany! - Luin odruchowo zasłonił twarz rękami, jakby ktoś chciał chlusnąć na niego kwasem, po czym wybiegł przez drzwi w kierunku konstruktu. Gristel, pobudzony walką, nie zastanawiał się wiele i z uniesionym toporem ruszył za Luinem.
Kristo na moment ogłuchł; zarejestrował tylko nagły rozbłysk ognia z przedmiotu, który stojący naprzeciw nich człowiek nagle wyszarpnął z pochwy. Powstały dym powoli się rozwiewał, a rycerz z przerażeniem zauważył, że Gristel trzyma się za prawe ramię, które ktoś najwyraźniej przebił na wylot. Prawdopodobnie coś wystrzelonego z broni tego osobnika, jak się domyślał. Zaszokowany pół-ork pobladł i osunął się na ziemię, wypuszczając topór z ręki. Chyba o nim w tej chwili nawet nie myślał. Kim jest ten, kto w ciągu mgnienia oka potrafi położyć najpotężniejszego barda, jakiego widziałem?, zastanawiał się Kristo i stał bez ruchu widząc, czego może dokonać przeciwnik. I wtedy zza wiszącego na ścianie gobelinu, będącego w rzeczywistości zasłoną dla tajnego przejścia, wyszedł człowiek jeszcze gorszy, któremu z głowy wystawały jakieś chwytaki. Kristo znalazł się między młotem a kowadłem.
- Ja się tym zajmę - powiedział beznamiętnym głosem Merten. Wyciągnął ręce przed siebie i zaczął gromadzić energię, która materializowała się w postaci czarnej, gęstej chmury wokół jego dłoni. Widać, że chciał zakończyć sprawę w efektowny sposób. Gromadzonej energii było naprawdę dużo; tyle, że aż zaczęły drżeć ściany wykutego w skale pokoju. Ale zaraz... Ten osobnik w szacie miał jakiś dziwny wyraz twarzy...
I rzeczywiście; część sklepienia eksplodowała, wrzucając do wewnątrz spore okruchy skały i podnosząc sporą chmurę pyłu. Merten, zaskoczony w takim samym stopniu jak reszta zgromadzonych w pokoju, skierował czarny obłok energii w stronę chmury pyłu. Kristo widział, jak pocisk leci, nieuchronnie zbliżając się do celu, gdzie miał eksplodować z wielką mocą... Ale do tego nie doszło.
Obłok zatrzymał się w miejscu; po chwili pył opadł całkowicie i można było ujrzeć, że zatrzymała go śmiertelnie biała dłoń. Dosłownie śmiertelnie biała, bo była to dłoń kościotrupa, należąca do postaci skrytej w gęstej, czarnej szacie. Tej samej postaci, którą Kristo spotkał na rynku w Zaris.
Pocisk czerni rozpłynął się wydając ciche "pyk", a Kristo uznał, że skoro jest tutaj ten nekromanta, to jego towarzysz, brat jego drugiej miłości, też zaraz się pojawi. I rzeczywiście.
- Ja pierdolę! - rozległo się gdzieś na zewnątrz otworu, a po chwili do środka wskoczył towarzysz nekromanty, ściągając ciężkie, stalowe skrzydła z ramion. - Znowu jakieś metalowe zabawki! Mam już dosyć tego! Jeszcze tylko kurwa smoków brakuje! O! Merten! - wyraźnie się ucieszył. - Ooo... Kristo. - wyraźnie się nie ucieszył. - Znowu wchodzisz mi w drogę, ty...
Kristo nic nie powiedział, tylko pokazał palcem na łopoczący gobelin zasłaniający przejście, którym uciekł Merten.
- Za nim! - krzyknął nekromanta i zniknął za gobelinem, a brat drugiej miłości naszego rycerza podążył za nim.
I wtedy stała się rzecz przedziwna, którą Kristo miał zapamiętać do końca życia: Jonas wykonał błyskawiczny ruch, rozległ się huk, a z ramienia człowieka z mieczem trysnęła mała fontanna krwi. Błędny rycerz widział u brata swojej drugiej miłości próbę uchylenia się z trajektorii pocisku, ale nie zdołał. Po prostu mu się nie udało. Wprawdzie nie padł zemdlony na podłogę, jak Gristel, tylko pognał jak gdyby nigdy nic dalej, a rana już się zasklepiała, ale Kristo widział, jak człowiekowi z mieczem coś się nie udało.
- Jonas! Jeszcze cię dorwę, gunslingerze! - dało się słyszeć w korytarzu. Kristo chciał poznać reakcję Jonasa, ale jego już nie było w pokoju; wybiegł na rusztowanie, zdążając prosto do kabiny konstruktu i czekającego tam na niego Czarnego Luina. Rycerz poczuł, że przestał czynnie brać udział w wydarzeniach i postanowił to zmienić. Pobiegł za Jonasem na platformę.
Gdy się na niej znalazł, spojrzał w dół; tam walka dobiegała końca. Nieliczne już karły uciekały, Inrami i Serubi biegły do korytarza prowadzącego na szczyt rusztowania. Świetnie, pomyślał Kristo i spojrzał przed siebie.
- Stój! - krzyknął do Jonasa. Ten się zatrzymał, odwrócił powoli, stanął w rozkroku; dłonie umiejscowił blisko uchwytów swoich niesamowitych broni.
- Niedobrze - powiedział cicho Kristo.
***
Inrami i Serubi dobiegły do pokoju na szczycie korytarza i ich oczom ukazał się niewesoły widok: Gristel, trzymający się za prawe ramię, usiłował wstać; wcześniej założył lutnię z powrotem na plecy. Drugą osobą w pomieszczeniu był przywiązany do krzesła poobijany chłopak; Inrami natychmiast podbiegła i uwolniła go z więzów.
- Szybko... tym korytarzem... - Gristel wskazał na targany teraz silnymi podmuchami powietrza gobelin.
- A Kristo? - zapytała Inrami.
- Pobiegł tam... ale i tak nie dogoni tego człowieka, nie powinno mu się nic stać... Chodźmy!
Ruszyli przez tajne przejście, a Sedy za nimi, no bo jaki miał wybór.
Ujrzeli wylot jaskini; na małym podeście stał przedziwny pojazd, jakby ktoś umieścił na jednej łodzi drugą, odwróconą do góry dnem. Z tyłu były dwie ogromne tuby, z których wydostawał się potężny strumień powietrza, podnosząc chmury pyłu i małych kamieni. Stał tam osobnik w czarnej szacie i jego towarzysz; silniejszy podmuch zwiał kaptur z głowy nekromanty. Błysnęła biel kości czaszki; Inrami zasłoniła sobie usta w geście zaskoczenia, gdy ujrzała ten chodzący szkielet. Małe kamyczki stukały o kość, gdy osobnik w czarnej szacie podchodził bliżej.
- Zamknij powieki! - poradził osobnik z mieczem.
- Bardzo śmieszne!
- Ja to załatwię, nie martw się!
Człowiek z mieczem podszedł do boku gotującego się do startu pojazdu osłaniając ręką oczy, po czym bez ceregieli wybił w nim pięścią dziurę gdzieś na wysokości własnej głowy. Włożył tam całe ramię, a po chwili wyszarpnął je wraz z trzymanym za szatę Mertenem. Wyrzucił go przez wylot jaskini, który wybity był w gładkim zboczu góry.
- Sprawę Mertena uważam za załatwioną - oznajmił. Jakby na te słowa dysze pojazdu ucichły.
- Ej, ty! - krzyknęła Serubi. - Czemu zrobiłeś taką wielką dziurę w tym... w tej... karocy?
- A czemu nie? I niby jak miałbym go wyciągnąć?
Serubi dojrzała niepowtarzalną okazję pokazania, jak bardzo jest mądra.
- Tu są drzwi! - pociągnęła za mały uchwyt i rzeczywiście, słabo widoczne do tej pory wejście otworzyło się. - Zobaczcie wszyscy, ile tu mechanizmów!
Ciekawie zaglądnęli do środka; było tam wielkie koło, służące zapewne do nadawania kierunku, jak w okręcie. Była duża dźwignia po prawej stronie, były trzy płaskie płyty w podłodze do naciskania na nie stopami. Serubi nie mogąc się powstrzymać, weszła do środka, a za nią Gristel, Sedy i Inrami, trochę zaniepokojona.
- Kristo powinien już tu być...
- Nie martw się - uspokoił ją Gristel. - Ten człowiek z magiczną bronią uciekał przed nim - wskazał na człowieka z mieczem, który z lekkim zainteresowaniem zaglądał do wnętrza - aż się kurzyło... Kristo zaraz wróci.
- Czujesz jakieś drgania? - zapytał osobnik w czarnej szacie, stojący obok człowieka z mieczem, na zewnątrz pojazdu.
- N... - zaczął, lecz w tym momencie potężne dysze zawyły i pojazd niespodziewanie wystrzelił w niebo, razem z czwórką bohaterów na pokładzie. - Teraz czuję. - Dokończył.
***
Jonas obserwował chwilę, jak stojący naprzeciw niego rycerz wyciąga miecz z pochwy. Rozbawiło go to. Jeszcze nie strzelał zaskoczony tym, co Kristo robił: lekko się pochylał i jakby nasłuchiwał.
- No chodź wreszcie! - krzyknął stojący na ramieniu konstruktu przy szklanej kabinie Luin.
Jonas wyciągnął swoją broń i nacisnął spust automatycznie, trzy razy. W bardzo długich, jak dla niego, trzysekundowych odstępach czasu, bo Jonas lubił oglądać zaskoczenie, ból i śmierć na twarzach swoich ofiar.
- Lewo! - rozległ się przytłumiony głos i pocisk zrykoszetował o przesunięty błyskawicznie miecz.
- Prawo! - drugi pocisk brzęknął odbity od klingi.
- Środek góra! - tor lotu trzeciego pocisku został zmieniony za pomocą miecza.
Dla Jonasa było to za wiele jak na jeden dzień. Schował broń i ruszył z powrotem w stronę kabiny pilota. Kristo podążył za nim. Nigdzie nie zauważył Czarnego Luina, bo ten przeszedł na drugie ramię by sprawdzić, czy druga umieszczona tam kabina jest otwarta.
Kristo gdy stanął na ramieniu konstruktu usłyszał, jak jakiś płyn wypełnia kabinę, w której zamknął się Jonas. Po chwili cały twór sprężył się i wyskoczył w górę trzymając wyciągniętą przed siebie pięść, wybijając w szczycie góry olbrzymią dziurę. Kristo ledwo się utrzymał, chwytając się długiego kolca, wystającego z ramienia konstruktu. Przy okazji zauważył też Luina, próbującego dokonać tej samej sztuki. Kiedy robot wylądował na ziemi u stóp góry, zaczął poruszać się w kierunku Morza Zachodniego, ale już nie skokami, tylko normalnie idąc, o ile "normalnie" oznacza wykonywanie pięćdziesięciometrowych kroków. Kristo zaczął powoli przechodzić po karku na drugie ramię, gdzie znajdował się Czarny Luin. Nie zauważył, że królewski doradca wyjął z kieszeni swojej szaty małą, szklaną kulę.
***
- Lecimy! - krzyknęła Serubi, trzymając się równocześnie koła sterującego.
- Co ty nie powiesz! - to był głos Sedy'ego, rozpłaszczonego na tylniej ścianie pojazdu.
- Chyba wiem, jak tym kierować! - powiedziała czarodziejka, kręcąc kołem. I rzeczywiście, pojazd zaczął gwałtownie zawracać. Nie poprawiło to ich sytuacji, a nawet wręcz przeciwnie - lecieli teraz na wprost góry.
- Zawracaj! Mówiłaś, że wiesz jak!
- Ale nie wiem, jak się skręca do góry!
Serubi pociągnęła koło do siebie, a pojazd powoli zaczął się unosić, ale zbyt wolno, zbyt wolno... w desperackim ruchu odbiła kołem sterującym maksymalnie w prawo; pojazd skręcił tak gwałtownie, że wszyscy uderzyli w lewą ścianę; ale na szczęście tylko lekko odrapali burtę. Teraz zdążali w kierunku zachodzącego słońca.
Gdyby uważniej przyjrzeli się szczytowi to zauważyliby, że Merten uczepił się skalnego nawisu za pomocą swoich chwytaków. Część się oderwała, ale te, które wytrzymały, bezpiecznie utrzymywały go nad przepaścią.
***
Człowiek z mieczem wraz ze swoim kompanem szli po platformie, po której można było przejść do głowy konstruktu. Ten w czarnej szacie podniósł trzy łuski po pociskach.
- Domyślasz się, co tu się stało, prawda?
- Tak, ale nie przyjmuję tego do wiadomości.
- Ze Kristo uniknął strzałów Jonasa? Sztuki, która do tej pory nikomu się nie udała? - powiedział zaczepnie nekromanta.
- Nie denerwuj mnie! Miał fuksa i tyle! Zresztą pewnie i tak zaraz zginie, jak i ci wariaci w pojeździe Mertena!
- Ale nie wiemy tego na pewno. A Jonas...
- Jego też dorwiemy.
***
Luin wreszcie zrozumiał, że konstrukt nigdy nie był przeznaczony dla niego. Od początku dawał się oszukiwać parze Jonas - Merten, i zafundował im zabawkę, którą obecnie nawet nie potrafił sterować. Co innego smok - z tym tworem zawsze wiedział, na czym stoi. Na kawałku nieba.
Przywołał smoka i błyskawicznie na niego wsiadł, pałając żądzą zemsty. Nie oceniał swoich szans w walce z konstruktem; po prostu chciał walczyć. W szale bojowym nie zauważył, że Kristo uczepił się ogona smoka.
Tymczasem konstrukt nabierał prędkości, kierując się w stronę Morza Zachodniego. Kristo słyszał co nieco na ten temat; że podobno nocą z głębin wyłażą na plażę potwory polujące na cokolwiek, co było na tyle nieostrożne, by się tam zapuścić... dlatego unikał jak mógł wędrówek w ten rejon. Tym razem uniknąć się tego nie da.
Smok natarł na konstrukt, orając pancerz potężnymi pazurami. Jonas sterujący konstruktem jednak cały czas koncentrował się na biegu i nic sobie nie robił z zadrapań zadawanych przez smoka. Szaleńcza gonitwa trwała przez jakiś czas; jednak w końcu smok przebił się przez pancerz i zadał ranę, z której... pociekła krew. A więc konstrukt... Ale nie było czasu się teraz nad tym zastanawiać.
Oczom wspinającego się powoli Kristo ukazała się plaża Morza Zachodniego.
Jonas dopiero w tym miejscu zdecydował się podjąć walkę ze smokiem. Potężna metalowa łapa zamachnęła się, ale trudno złapać jeden konkretny kawałek nieba. Twór zaczął wykonywać ruchy na oślep, a Luin wciąż szarżował. W pewnym momencie Kristo zauważył, że poruszająca się szybko metalowa dłoń zmierza bardzo szybko w ich kierunku.
***
Pojazd Mertena pędził bardzo szybko na koronami drzew i, co gorsza, coraz bardziej zniżał lot. Na szczęście las się skończył i ujrzeli już ciągnące się aż po horyzont równiny. Inrami pamiętała, że są coraz bliżej strasznego Morza Zachodniego. Morza, którego nikt do tej pory nie przebył, a przynajmniej nie powrócił by się pochwalić swoim czynem.
Sedy patrzył przez okno na przedzie pojazdu. Wtem ujrzał jakiś pojedynczy, biały punkt, wyraźnie widoczny wśród zielonych traw. Teraz lecieli około dwóch metrów nad ziemią.
Zbliżyli się bardziej do białego punktu i Sedy uświadomił sobie, że patrzy na dziewczynę, którą spotkał już dwa razy: w gospodzie i koło swojej, obecnie mocno wrośniętej w ziemię, chatki. Przypomniał sobie nawet imię tej postaci w białej sukni - Atena.
- Muszę podciągnąć w górę! - powiedziała Serubi.
- Nie! Może uda się ją wciągnąć do środka! - otworzył drzwi; pęd powietrza rozwiewał mu włosy. - Ateno! Wyciągnij ręce! Złapię cię! - krzyknął.
Atena usłyszała go i odwróciła się. Pojazd zbliżał się coraz szybciej. Powoli zaczęła podnosić ręce, jakby niepewna, czy chce to zrobić. Wyciągnęła je trochę, ale po chwili opuściła. Pojazd przeleciał jej nad głową; zdążyła tylko zobaczyć smutne oczy chłopaka, które oddalały się coraz szybciej i szybciej.
- Podciągam do góry! - krzyknęła Serubi, przyciągając koło sterujące tak mocno, że je urwała. Teraz mogli tylko bezradnie patrzeć na zbliżającą się bardzo szybko białą linię plaż Morza Zachodniego i machający rękami konstrukt, niczym człowiek usiłujący opędzić się od komara.
***
Olbrzymia metalowa dłoń zmierzała nieuchronnie ku smokowi nieba. Kristo przygotował się na uderzenie, które wprawdzie nastąpiło, ale gdzie indziej.
***
Pojazd z olbrzymią siłą uderzył w głowę konstruktu; gdyby siedzący we wnętrzu pasażerowie nie zdążyli się w ostatniej chwili przywiązać przymocowanymi do foteli sznurami, prawdopodobnie byliby teraz krwawą miazgą. Pół głowy humanoidalnego tworu zostało wyrwane i, kręcąc się majestatycznie w powietrzu, gruchnęło o plażę, wzbudzając fontanny piasku. Z drugiej połowy, wciąż przymocowanej do karku, chlusnęła z przerwanych przewodów czerwona ciecz.
Tymczasem pojazd Mertena przestał działać, co zresztą nie powinno dziwić, i spadał teraz, grożąc rozbiciem o plażę.
Kristo zdołał zakraść się na sam grzbiet smoka; Luin, zaskoczony obrotem spraw, nawet go nie usłyszał. Kristo chwycił Wielkiego C za kark i zepchnął go ze smoka, po czym sam usadowił się na miejscu dla sterującego i zaczął się zastanawiać, jak kierować magicznym stworem. Na szczęście chęć ocalenia pojazdu była tak silna, że smok nakierowany jego myślami chwycił w pazury pojazd tuż nad ziemią i zaczął lecieć na zachód, przelatując tuż nad powierzchnią Morza Zachodniego. W oddali było widać kłębiące się burzowe chmury.
***
Czarny Luin zdołał uczepić się cielska smoka, ale nie miał w tej chwili żadnych perspektyw na ponowne wdrapanie się na grzbiet. Oprócz jednej. Wyciągnął z kieszeni szklaną kulę i schował do niej smoka nieba. Kristo, Luin i pojazd Mertena zaczęli spadać.
Luin po raz pierwszy spróbował ponownie wywołać smoka samemu będąc w locie. Udało mu się.
Kristo wiedział, że ciężka zbroja pociągnie go na samo dno. Nie ma już ratunku?
Pojazd Mertena pacnął w wodę. Przy okazji wyjaśnił się tak dziwny jego kształt, przypominający łódź - potrafił pływać. Serubi widziała, jak kilkanaście metrów dalej Kristo również uderza w powierzchnię morza i znika jak kamień. Szybko poruszyła rękoma, imitując fale. I rzeczywiście, kilka fal zaczęło się podnosić i zbliżać do pojazdu. Serubi wiedziała, że liczył się czas - im głębiej Kristo opadnie, tym więcej wody trzeba będzie poruszyć, aż w końcu nie da sobie rady. Na szczęście woda wypluła Kristo tuż obok otwartych drzwi pojazdu, gdzie Sedy i Inrami pomogli mu wsiąść.
Tymczasem Luin właśnie obserwował, jak oszalały konstrukt z połową głowy biegnie na zachód coraz bardziej i bardziej pogrążając się w ciemną otchłań Morza Zachodniego, aż znika całkowicie. Odwrócił smoka w kierunku pojazdu Mertena i zaszarżował.
Serubi cały czas obserwowała co się dzieje, ale czuła, że już niewiele zostało jej siły. Nie mogła użyć siły fal, gdyż nie zdążyłaby ich przeciwstawić dostatecznie szybko potężnej sile smoka nieba. W oddali były chmury burzowe, ale też nie była pewna, czy da radę... musi spróbować. Zaczęła kręcić młynek rękami, jakby tasowała karty; burzowe chmury zaczęły się szybko przybliżać, a te, które były nad nimi, stały cię ciężkie i ciemne od kropel wody. Nagle zaczęło padać.
Serubi widziała tylko postać siedzącą na kawałku nieba, ale była to postać przybliżająca się bardzo szybko. Czuła, że zaraz straci przytomność, ale jeszcze nie teraz, nie teraz... Z chmury zdążył błysnąć jeden słaby piorun, po czym Serubi zemdlała. Ale ten piorun wystarczył.
Czarny Luin popełnił podstawowy błąd: odebrał nieprzetestowany sprzęt.
Smok, zgodnie ze swoim przeznaczeniem, naśladował kolory nieba. Posłusznie przybrał bury kolor burzowych chmur, a potem spróbował wytworzyć piorun, ale tego jego twórcy nie przewidzieli. Potężne cielsko zajęło się elektrycznym ogniem, rozsiewając efektowne fajerwerki piorunów na wszystkie strony.
Po tym krótkim przedstawieniu zwęglony smok spadł do morza, wzbudzając silne fale, które gdy dotarły do pojazdu-łodzi, mocno nim zakołysały.
***
- Nawet szumigaj nie zapewnia takich przeżyć - powiedział Sedy.
- A tak właściwie to kto ty jesteś? - zapytał Gristel. - I kim była ta dziewczyna, którą chciałeś złapać?
- A ty sam? Kim jesteś? ...i dlaczego ten w zbroi słucha własnego rozporka?
Jak można się domyślać, zadaszona łódź, kołysząca się samotnie gdzieś pośrodku Morza Zachodniego, jeszcze długo rozbrzmiewała głosami opowieści.
Epilog
Jonas wygrzebał się z resztek głowy konstruktu; dokładnie z tej połowy, która spadła na plażę. Z trudem się czołgał po piasku; lewe oko zalewała mu krew z rozciętego czoła.
- Mój konstrukt... bez niego... nie wrócę do siebie... ale... ...jeszcze żyję.
Obserwowały go półmetrowej wielkości stwory z bardzo ostrymi szczypcami.
***
Po dnie Morza Zachodniego przechadzały się stwory, których wygląd nie śnił się nawet w koszmarach najwybitniejszych bestiologów w królestwie Palateku. Ujrzały one właśnie coś ciekawego - zwęglone, potężne ciało, które niedawno się tu pojawiło, spływając z góry. Zawsze tego typu znaleziska były interesujące, na przykład drewno kryjące w sobie mięso, czyli statki. Stwory ostrożnie zbliżały się, badając teren przed sobą długimi czułkami. Nagle potężna, czarna dłoń chwyciła najbliższego i zgniotła chitynowy pancerz jak skorupkę jajka; rozległ się cichy pisk, a woda zabarwiła się ciemnoczerwoną krwią.
Zemsta. Wkrótce.
Mariusz Saint
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||