
::: Mariusz Saint :::
Empatia 2 - odcinek drugi
Druga miłość
-2-
Cztery postacie były widoczne w ciemności na tle palącego się wysokim płomieniem ogniska. Dwie drobne, kobiece sylwetki, jedna męska, postawna i jedna naprawdę potężna. Ta ostatnia poruszyła się i po chwili dało się słyszeć niski głos jej właściciela, pół-człowieka, pół-orka - Gristela:
- A tak właściwie to gdzie ten koleś zniknął? Ten... Ircaine, czy jak mu tam?
Inrami wiedziała, że się czerwieni, na szczęście wiedziała też, że przy blasku bijącym od ogniska nikt tego nie zauważy. Teraz tylko musiała zapanować nad głosem.
- To znaczy... nie wiem.
- Ale nie byłaś wtedy nieprzytomna ani nie leżałaś na wznak, z zamkniętymi oczami, nic takiego? - głos Serubi wręcz ociekał jadem; oficjalnym powodem tego zachowania była opieszałość Inrami w ratowaniu reszty ekipy, co było oczywistym nonsensem. I tak wszyscy wiedzieli, że Serubi zazdrości Inrami tej przygody. Czemu jej nie wybrał Cień? Nie mogła tego zrozumieć. - Zamiast przejmować się takimi głupstwami - tu wymowne spojrzenie na Inrami, która spuściła głowę - pomyślmy lepiej, co teraz zrobimy.
- Musimy iść pomóc armii Mewisu! Nie możemy dopuścić...
- I niby co chcesz zrobić? - odezwał się Kristo. - Walczyć sama z całą armią? Nie da rady, próbowałem - uśmiechnął się.
Gdyby jeszcze żyła Celika, gdyby można jej jeszcze było bronić... Inrami stanęłaby do walki z całą armią bez wahania. Dzisiaj... nie było po co walczyć. Właściwie nie trzeba było już nic robić, tylko położyć się w trawie i czekać na pierwsze objawy gnicia. Albo pójść z innymi.
I niby... - powstrzymała drżenie głosu, przełknęła ślinę - gdzie teraz mamy iść?
- Byle dalej od wojny, na polu bitwy nie ma nic ciekawego, naprawdę... chyba, że chcesz zobaczyć ghule, zjadające zwłoki i hieny cmentarne, obcinające palce z pierścieniami... - Kristo rozpoczął malowniczy opis.
- A skąd ty to wiesz? - Gristel zwrócił uwagę na towarzysza podróży, jakby go zobaczył po raz pierwszy.
- Z doświadczenia - odpowiedź powalała prostotą. - A ty? Każda miejscowość ma swojego pół-orka grającego na lutni z ukrytymi ostrzami? Które... - tu błędny rycerz lekko się nachylił w taki sposób, że wyglądało to tak, jakby słuchał własnego... ehem, własnych spodni - ... wysuwają się, gdy naciśniesz przycisk na gryfie?
- O kurwa, aleś mądry! A nie wyglądasz! - odciął się Gristel.
- W ogóle nic o sobie nie wiemy - Inrami podniosła głowę. - Los złączył nas ze sobą...
- O bogowie - Serubi przewróciła oczami.
- I chyba jeszcze trochę czasu spędzimy ze sobą...
- Hola hola, panienko! Jak tylko dotrzemy do czegoś, co przypominać będzie miasto i nie będzie tam żadnej wojny, ruszam własną drogą! - czarodziejka jasno postawiła sprawę.
Kristo ponownie nasłuchiwał, co zaczynało powoli już irytować resztę towarzystwa. Jego twarz rozjaśnił uśmiech.
- Dobrze się składa! Na południowy zachód stąd znajduje się Zaris... niewielkie miasto na uboczu... przecudne... - Kristo najwyraźniej się rozmarzył, co Serubi skwitowała kolejnym przewróceniem oczu.
- Daleko to? - przerwała, poirytowana.
- Musimy tylko przejść przez las...
- Tylko!? Przecież to co najmniej trzy dni drogi! Przez dziki las! Po prawej stronie będziemy mieli góry i bogowie jedni wiedzą, co z nich może wyleźć!
- Ale będziemy daleko od głównych traktów, nikt nas nie wytropi...
- Tak, musimy uciekać, bo ktoś tu stracił panowanie - Serubi po raz kolejny posłała Inrami nienawistne spojrzenie - mogłabyś jednak nie obcinać temu Lesterowi jego durnego łba?
- Zejdź ze mnie - w oczach Inrami pojawiły się złowrogie ogniki.
- A co, jeszcze nikt na tobie...
- Może pójdziemy spać - Kristo spróbował zażegnać konflikt.
***
Wśród porannej szarówki, obok dogasającego już ogniska, można było dostrzec trzy sylwetki: trzy leżące i jedna, ta największa, czuwająca na straży. Gristel siedział, zapatrzony w pierwsze tego dnia promienie słońca i nucił cicho:
Tam, gdzie mnie nie ma, gdzie nie ma mnie
Tam gdzie czas załamuje się i gnie
Gdzie jedna sekunda ma tysiąc lat
Gdzie w miejscu zatrzymuje się świat
Ja, odliczając sekundy smutku miarowo
Ja chciałbym być z tobą, chciałbym być z tobą...
Gdy usłyszał, jak podchodzi do niego Kristo, przerwał. W krótkich momentach ciszy mógł przysiąc, że słyszy z krzaków odgłos, jakby rytmiczne uderzanie połączone z mlaskaniem. Nie był to zwyczajny odgłos, ale Gristel po tylu przeżyciach nie był w stu procentach pewien swoich zmysłów.
- Nie jest to chyba popularny w gospodach repertuar... - szepnął Kristo, nawiązując do piosenki śpiewanej przed chwilą.
- ...Masz rację. Trzeba śpiewać bzdury, bo za nie płacą w takich lokalach, gdzie na zapleczu dziwki robią dwie laski naraz, nie przerywając palenia skręta - malowniczo podsumował bard. - A do stolicy nawet bym nie wszedł, przecież nie ma króla, który by nie miał koło tronu czaszki orka.
- Dlatego wędrujesz...
- Tak.
Milczenie przeciągało się, a tym razem Gristel mógł niemal przysiąc, że słyszy ten obrzydliwy dźwięk. Nagle obydwaj odwrócili się, ale to tylko Inrami wstała i poszła za potrzebą. Gristel zapytał:
- A ty? Też jesteś człowiekiem drogi.
- Ale z innych...
W tym momencie leśną ciszę rozdarł krzyk Inrami, ale nie krzyk przerażenia, tylko... zaskoczenia?
- Coś tam jest!!! - wybiegła z krzaków na polanę, w biegu zapinając pas skórzanych spodni. - Tam, coś, obrzydliwe... uciekło... - jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Jednak opanowała się, szybko wytarła oczy i wyprostowała się dumnie. Sięgnęła po zawieszone u pasa sztylety, jej wzrok padł na zarośla. I znowu Gristelowi wydawało się, ze słyszy właśnie z tych zarośli obrzydliwy dźwięk.
- Cokolwiek mnie dotykało, ja to odetnę - podniosła ostrza tak, jakby były one naturalnym przedłużeniem jej ramion.
- Gdzie cię dotykał? - spytała Serubi, podnosząc się z posłania. - Może to jakiś zdesperowany inkub? Albo ten twój Ircaine? - drwiła, ale szybko zrezygnowała widząc, że Inrami nawet jej nie słucha, raźnym krokiem zmierzając w kierunku krzaków, a Kristo i Gristel za nią, z uniesioną do ataku bronią. Westchnęła i sięgnęła po zdobyty w pałacu miecz, bo magia magią, ale lepiej mieć kawałek zaostrzonej stali w pogotowiu.
Gristel czuł, że zbliża się do źródła dźwięku; słyszał go już mimo szelestu gałęzi, szybkich, nerwowych kroków Inrami i spokojnych, ostrożnych Kristo. Nagle dotarło do niego, że zaczynają się oddalać od hałasu; zawrócił. I zobaczył drzewo z rozłożystymi korzeniami; wśród nich widać było czerń jamy. Pokazał ją palcem pozostałym. Przystanęli, zakłopotani, jak wykurzyć niebezpiecznie stworzenie spod drzewa. W tym momencie doszła do nich Serubi, flegmatycznie żując źdźbło trawy. Oceniła sytuację, wykonała kilka gestów rękoma, przypominające gałęzie poruszane wiatrem i w tym momencie pojedyncze, potężne uderzenie wichury wyrwało drzewo wraz z korzeniami, ukazując źródło obrzydliwych odgłosów.
Był to ten sam karzeł, który ich zniewolił i oddał Cieniowi.
- Co on robi!? - krzyknęła zgorszona Inrami. Serubi nie mogła powstrzymać uśmiechu niedowierzania na widok karła.
- Się samogwałci, jak widzisz - oznajmiła.
- Kurduple w kubrakach walą po krzakach - podsumował jakiś inny, nieznany głos dochodzący z poziomu pasa Kristo, ale chwilowo nikt nie zwrócił na to uwagi.
Tymczasem Gristel widząc znienawidzonego osobnika, który śmiał sypać mu proszkami po oczach, więzić i niewiadomo co robić, gdy sam był nieprzytomny, stracił panowanie nad sobą i trzepnął go grubą, ciemnozieloną pięścią w twarz, pozbawiając przytomności i szkiełek na nosie.
- Zajebię gnoja!
Kristo chwilę nasłuchiwał, schylony, po czym chwycił pół-orka za ramię.
- Poczekaj! Może się nam przydać, na przykład pokazać, gdzie mogą być jakieś zapasy, siedziby, ścieżki... - bard powoli opanowywał swój gniew. Zawsze przychodziło mu to z trudem, ale słysząc słowa rozsądku, jakoś się udało.
- Niech go ktoś zwiąże, ja się muszę uspokoić...
Kristo ciasno spętał ręce więźnia grubą liną, tą samą, którą karzeł spuszczał do ich więzienia każąc wychodzić Inrami; ot, taka ironia losu. Nogi powiązał tak, żeby ich niedoszły oprawca mógł chodzić, ale poprzez stawianie bardzo małych kroczków. Połamane okularki w drucianych oprawkach schował do jednej z licznych sakiewek, które nosił u pasa. Mając na względzie dwie młode niewiasty, zapiął również spodnie kurdupla.
- No, Inrami, już możesz odsłonić oczy.
- Wcale ich nie zasłaniałam.
- Eee... dlaczego?
- Muszę przecież wiedzieć, co mam mu odciąć w pierwszej kolejności.
***
Na tle smętnych resztek wygasłego ogniska, na zalanej słonecznym światłem polanie, widać było cztery postacie, stojące nad piątą, nieco tylko wyższą od krasnoluda, siedzącą na trawie.
Kristo pochylił się nad karłem i zapytał łagodnie:
- Gdzie, twoim zdaniem, powinniśmy się udać?
- Tylko nie na zachód! Tylko nie na zachód! - krzyczał więzień piskliwym, histerycznym głosem.
- Dlaczego nie tam?
- Tam są krasnoludy! Oni mnie zabiją! Nienawidzą nas, karłów leśnych!
- Wcale im się nie dziwię - Inrami nadal żywiła nienawiść do więźnia za zachwianie jej godnością osobistą.
- Karłów leśnych? Co za bzdury! - prychnęła Serubi.
- To idziemy na zachód. - Burknął Gristel, ujmując w dłoń sznur, którego drugi koniec przywiązany był do szyi kurdupla.
- Nie pójdę! Nie pójdę! - wrzeszczał, ale Gristel bez najmniejszego wysiłku pociągnął mocno sznur i wlókł szamoczącego się karła leśnego niczym worek kociąt. I szli tak dość długo, a pół-ork specjalnie wybierał kamieniste ścieżki.
***
Okazało się, że miasteczko Zaris wcale nie jest spokojne - przynajmniej teraz, gdy masy ludzi uciekały przed wojną, dając zarobić miejscowym szynkarzom i ludziom oferującym nocleg po cenach promocyjnych, czyli trzykrotnie wyższych niż normalnie.
Jedyną zaletą tej sytuacji był fakt, że nikt nie zwrócił uwagi na dziwną grupę wkraczającą do miasta, a zwłaszcza na karła prowadzonego jak bydło na postronku.
- Aaach, Zaris - westchnął sobie Kristo. - To tutaj spotkałem tą, która miała szansę stać się moją drugą wielką miłością...
- Wulgarna cipa - odezwał się ponownie przytłumiony, nieznany głos, dochodzący gdzieś z okolicy pasa Kristo. Inrami miała zamiar zrewanżować się Serubi mówiąc "ktoś cię woła", ale na tyle zaintrygowała ją tajemnica pochodzenia głosu, że zapomniała o tym. Już miała zadać pytanie, ale Gristel ją uprzedził.
- Co jest gra... - zaczął, ale Kristo uciszył go gestem. Wpatrzony był w dwójkę osób, stojących na rynku Zaris. Widząc ich reszta drużyny (oprócz karła, który starał się wytrząsnąć piasek z brody) zdziwiła się, że wcześniej ich nie zauważyła. Pierwszy z nich był niezbyt postawny i niezbyt umięśniony, dźwigał jednak na plecach ogromny, dwumetrowy miecz, z podniesieniem którego przypuszczalnie nawet Gristel miałby spore kłopoty. Całości groteskowej prezencji dopełniało wręcz wieśniacze ubranie i fryzura składająca się postawionych do góry ciemnobrązowych włosów.
A ten drugi był jeszcze gorszy.
Spowity był cały w czarną szatę; dłoni nie można było zobaczyć, gdyż tonęły w wodospadach rękawów; z twarzy spod mnisiego kaptura widać było tylko płomyki oczu. Nie, nie białka - płomyki. Zważywszy, że był środek lata, taki ubiór niezbyt pasował do otoczenia.
- Wy tutaj - odezwał się do nich lekko drżącym głosem Kristo.
- Popatrz, popatrz! To nasz kochaś! - odezwał się szyderczo ten z mieczem. - I uprzedzam - przerwał Kristo, który już miał się odezwać - nie ma ze mną mojej siostry, niewyżyty jebaczu.
- Ty... - nasz dzielny rycerz oglądanym wielokrotnie ruchem nachylił się ku swemu... pasowi i nasłuchiwał. - Ty skurczyflaku! Ty sflądrysynu!
Brat niedoszłej kochanki Kristo przypatrywał się całej akcji z uniesioną brwią. Jego towarzysz w czarnej szacie też pewnie był zdziwiony.
- O! Kupiłeś sobie mózg! Dobra nasza!
- Ghrrr...!
- Nasz szlachetny bohater się denerwuje! - dalej drwił ten z mieczem. - Co, chcesz kolejnej lekcji!? Chcesz drugi raz lecieć przez ten plac z gołą dupą!? - Kristo rozejrzał się nerwowo czy nikt z miejscowych go nie rozpoznaje, po czym podniósł czerwoną tkaninę, którą zakrył dolną część twarzy. I ze spokojną złośliwością powiedział:
- Zgadnij, kto mi dał tą chustę...
- Trzymaj mnie, bo go zajebię! Zajebię go!
- Spokojnie, spokojnie... - osobnik w czarnej szacie odezwał się po raz pierwszy; źle się stało, bo głos jego brzmiał niczym dochodzący z zamkniętej krypty. Resztę drużyny, i tak już zdziwioną, że najspokojniejszy z nich wdał się w pyskówkę na środku miasta z nieznajomymi, przeszedł dreszcz. - Może sprawdź, czy nikt z wieśniaków nie dobiera się do naszych sprzętów...
- Patrzyłem przed chwilą! Ci... ... ...masz rację. - Człowiek noszący ogromny miecz odwrócił się i szykował do odejścia, ale jeszcze rzucił na odchodne:
- Ale jeśli ten pacan wejdzie nam jeszcze w drogę, nie ręczę za siebie! - Dopiero teraz zauważył resztą towarzyszy naszego błędnego rycerza. - I szkoda mi was, że wędrujecie z takim życzeniem śmierci jak Kristo! - Spojrzał na związanego karła - widzicie!? Jemu już się udzieliło!
Kristo i postać w czerni patrzyli na siebie czekając, aż krzykliwy mężczyzna odejdzie. Gristel patrzył z fascynacją na lśniący w promieniach słońca, kołyszący się miecz.
W końcu rycerz się odezwał:
- Od kiedy to TY go pouczasz?
- Wiesz, że jego siostra to jego czuły punkt. No, przynajmniej teraz już wiesz.
- Gdybym tylko... - dłoń rycerza zacisnęła się na głowni miecza.
- No... pamiętaj, że, bądź co bądź, jesteś pierwszą mi znaną osobą, która wystrychnęła go na dudka. Ale przecież wiesz, że w bezpośredniej walce nie masz z nim żadnych szans. Mało kto ma.
Dłoń Kristo rozluźniła się.
- ...Wiem.
- Więc po prostu nie staraj się mu rzucać w oczy... może przestać się już całkiem kontrolować i dojdzie do tragedii.
- ... Dziękuję za dzisiaj. Mam nadzieję, że los nie umieści nas ponownie na tej samej ścieżce... - wyciągnął dłoń do spowitej w czarną szatę postaci, ta odwzajemniła gest. Inrami nie widziała wyraźnie, ale mogła przysiąc, że dłoń rozmówcy Kristo była bardzo chuda i blada. Tak blada, że aż biała.
Kiedy powodujący ciarki na plecach osobnik też się oddalił, reszta drużyny zasypała rycerza gradem pytań.
- Walczyłeś z tym gościem z mieczem? - wypalił Gristel.
- Jego siostra to twoja wielka miłość? - zapytała rozmarzona Inrami.
- Biegłeś z gołą dupą przez miasto? - Serubi aż dostała rumieńców.
Wszyscy zapomnieli po raz kolejny o głosie z sakiewki u pasa Kristo.
- Proszę, powoli... zatrzymajmy się gdzieś, wszystko wam opowiem... - rycerz uciekał spojrzeniem w bok, a jego oczy pełne były melancholii.
- Włożyłeś jej? - swoje pytanie zadał karzeł.
- Zamknij się, chuju - warknął Gristel i kontrolnie walnął go w czoło.
***
Osobnik w czerni podszedł do sprawdzającego więzy na skrzyni mężczyzny z mieczem większym niż jego właściciel.
- Kto by pomyślał, że znowu zobaczymy Kristo - grobowy głos spod kaptura miał być modulowany na nonszalancki. Nie udało się. - Postarzał się...
- No kto by pomyślał - ten z mieczem dalej był wkurzony.
- Tak się zdenerwowałeś, że nie zauważyłeś, że z kimś rozmawiał...
- Oczywiście, że zauważyłem! Jakaś istota! Jego ptak był wiecznie aktywny i stale używał go do myślenia, to może wypracował w końcu własną inteligencję, kutas jego mać!
- A ja myślę, że to jakiś stwór, możliwe, że groźny...
- No przecież mówię! - uciął osobnik z mieczem, zarzucając niewyobrażalnie ciężką skrzynię wypełnioną tajemniczym żelastwem sobie na plecy.
Ruszyli w stronę majaczących na północy gór.
***
Cztery osoby zainstalowały się w pokoju nad gospodą; gospodarz zapytany o cenę, obejrzawszy gości, zwłaszcza Gristela, wymienił jakąś zabawną liczbę. Zabawną i nierzeczywistą w porównaniu do tych skromnych zasobów drużyny, które jeszcze ocalały. Gospodarz wtedy wyszedł na chwilę prowadzony za rękę przez Serubi, a gdy wrócił, zgodził się wynająć pokój za pół normalnej ceny. Inrami zwróciła uwagę, że oczy gospodarza były dziwnie puste, a ruchy też miał jakieś sztywne.
Zanim Kristo zaczął opowieść, Inrami zapytała Serubi:
- Coś ty zrobiła temu gospodarzowi!?
- Zwykły czar rozkazu... wkrótce mu przejdzie - odparła z niewinnym uśmiechem.
- Dobra, dobra... - Gristel chciał jak najszybciej dowiedzieć się coś o "człowieku z mieczem", jak go nazywał. - Siadaj, gadaj, opowiadaj... - podsunął stołek dla Kristo, samemu rozwalając się na jednym z trzech łóżek i zajmując je całe. Inrami i Serubi usiadły na dwóch pozostałych.
- Od kiedy mam opowiadać?
- Mmm... od momentu, gdy spotkałeś człowieka z mieczem!
- Nie... od tego, kiedy spotkałeś swoją miłość...
- Dobrze.
Kristo mówił długo i, trzeba dodać, ze szczegółami. Po stracie majątku na rzecz swojej pierwszej miłości uznał, że była to równocześnie miłość ostatnia. Wędrował po świecie, najmował się do różnych zajęć, ochrony, eskorty, zwłaszcza wozów magów, eksterminacji potworów... nigdy morderstw, zastrzegł. Gristel w tym momencie patrzył przez okno zastanawiając się, dlaczego kawałek ściany sąsiedniej gospody wygląda na nieco nowszy niż reszta.
W końcu los skierował go do Zaris, gdzie w pobliskich lasach grasował ponoć olbrzymi odyniec, zabijający zwierzęta domowe. Serubi ziewnęła dyskretnie. Wytropił dzika i zasadził się na niego w krzakach; miał zamiar zarzucić nań siatkę i ubić. Lecz coś spłoszyło ogromne leśne zwierzę. I wtedy...
- Wtedy zobaczyłem ją. Biegła, trzymając napięty łuk... Niczym łania przeskakiwała zwalone pnie i kamienie, jej naprężone uda, jej... mięśnie, poruszające się w idealnej harmonii... jej przecudne piersi, podskakujące w rytm biegu... - Gristel poprawił trochę swoje ułożenie, bo zrobiło mu się nagle dziwnie niewygodnie w rejonie spodni - jej długie, czarne, sięgające do pasa włosy, teraz rozwiane na wietrze... - Kristo przebywał teraz w innej rzeczywistości, zdecydowanie przyjemniejszej od naszej - jej twarz, skupiona na jedynym celu: zabić zwierzynę... brwi zwężone w skupieniu...
- Może wrócimy do tematu - powiedziała Serubi, ponownie ziewając.
- To była siostra tego kolesia z mieczem - upewnił się Gristel.
- Tak. Patrzyłem tak na nią i widziałem, jak ucieka, oddala się ode mnie... wtedy wyskoczyłem z ukrycia, nie zważając na dziką zwierzynę, podbiegłem do niej i chwyciłem za rękę! - popatrzył prosto w rozognioną twarz Inrami, w jej iskrzące się oczy.
- I co, i co!? - spytała.
- Walnęła mnie na odlew krzycząc "puszczaj chuju" - Kristo spuścił głowę i potarł małą bliznę na lewym policzku, uśmiechając się przy tym jak dziecko złapane na tym, że w tajemnicy robiło laurkę dla mamy.
- Ciekawe - pokiwała Serubi głową w zadumie.
- Mieszkała w gospodzie starając się dopaść tego dzika, a ja wznosiłem modły do wszystkich bogów, aby go nie złapała. Przyszedłem pod jej drzwi z kwiatami a ona spytała, czy dają dobrego kopa. Powiedziałem, że nie.
- I dostałeś kopa - podsumowała... tak, zgadliście: Serubi.
- Przychodziłem do niej wiele razy...
- To musiała być bolesna miłość.
- I to bardzo... widzieliście jej brata, ten miecz, który nosi?
- Tak! - Ożywił się Gristel. - To jakiś wielki mocarz!
- Jego siostra jest niewiele słabsza.
- To musiała być bardzo bolesna miłość.
Dalej Kristo opowiadał, jak chodził za swoją wybranką krok w krok - aż w końcu przyzwyczaiła się do niego. Z czasem... przestała go bić. Nawet zaczęła z nim rozmawiać. W końcu po dwóch tygodniach udawała tylko, że poluje na dzika, który i tak chyba gdzieś się wyniósł. Aż wreszcie miało dojść do... zerwania owoców tej zażyłości. I dokładnie w tym dniu do miasta przybył jej brat, wraz ze swoim kompanem.
Słyszał, że jego siostra znajduje się w Zaris; trudno, żeby o kimś takim nie rozchodziły się wieści... a że rzadko się widują, postanowił ją odwiedzić. Bez trudu przyszło mu dowiedzieć się, do której gospody powinien zajrzeć. Mocno zaniepokoiły go informacje o jakimś absztyfikancie, do tej pory nic takiego nie miało miejsca...
- Wpadł do pokoju w momencie, gdy miałem... wiecie. Jego wrzask przypominał ryk dzikiego zwierzęcia... Chwycił łóżko jakby było małą deską i odrzucił tak mocno, że rozwalił spory kawałek ściany. Nie zdążyłem z tego łóżka zeskoczyć... - Kristo pomacał swoją czaszkę na wspomnienie tych wydarzeń. - Słyszałem jak ona krzyczy, że ma prawo robić, co chce... ale on jej nie słuchał. Wyskoczył za mną, wyciągając miecz... mógłbym przysiąc, że wokół niego unosiła się krwawa łuna. Dopiero jego kompan go przywołał do porządku... Ja uciekłem.
Zapadła chwila ciszy; nikt nie wiedział, co powiedzieć.
- To dlatego mu dziękowałeś - odezwał się w końcu Gristel.
- I jeszcze za to, że gdy wyszedłem z ukrycia, na łóżku na środku placu było moje ubranie i mój pas - poklepał się po największej sakiewce. - Pewnie on to tam zostawił.
- Nikt nie ukradł? - zdziwiła się Serubi.
- Wokoło łóżka był wykreślony był oktogram nekromantów.
- Aha.
- Bardzo dziwne jest to... rodzeństwo. Skąd oni się wzięli?
- Nie mam pojęcia.
- Silni jak demony... może to demony? Chciałeś spółkować z pomiotem piekielnym! - Serubi wysunęła oskarżycielsko palec.
- On? Może i jest demonem. Ale ona... Holia... to anioł...
- Wulgarna cipa i tyle - głos, choć przytłumiony, tym razem wszyscy słyszeli bardzo wyraźnie.
- Ups...
- Co ty chowasz w gaciach!?
- Eee... - Kristo wydawał się zbity z tropu. - Nic ważnego... nie chcecie wiedzieć...
- Ja jestem ciekawa - oznajmiła Inrami. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z rozmiaru gafy, jaką popełniła.
- To znaczy... och, no dobra. Pokażę wam. - Kristo z rezygnacją zaczął rozpinać pasek.
- Hej! Ja tam nie wnikam, ale mógłbyś być bardziej dyskretny! - zerwał się z posłania Gristel.
- Nie bójcie się, mam go... - ściągnął z pasa zawieszoną na grubym rzemieniu pękatą sakwę - ...tutaj.
- Strasznie duże - Inrami znowu nie pomyślała o wszystkich możliwych interpretacjach swojej wypowiedzi.
- Przedstawiam wam...
W tym momencie na rynku miasta wylądowała dziesięciometrowa, metalowa stopa. Fioletowa.
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||