::: Mariusz Saint :::

Opowiadania

Cykle

Empatia2

Inne Teksty

Komentarze

Baza Linków

Regulamin

[Online]

Empatia 2 - odcinek drugi
Druga miłość

<< -1- || -2- || -3- || -4- || >> 


-1-

Król Palateku, Mieur, był względnie zadowolony. Jego armie właśnie ruszały na księstwo Mewisu, które zawsze sprawiało problemy; albo się chciało przyłączyć, albo nie chciało, raz było partnerem gospodarczym, a raz sabotażystą... Teraz przynajmniej sytuacja była jasna.

Król Mieur nie wiedział wprawdzie, dlaczego jego armia atakuje Palatek, skoro to na jego dworze zginęła księżna Celika... To oni powinni atakować... Podrapał się w głowę. Ach tak, już pamiętał, dlaczego wysłał swoje wojska. Mewisańscy jeńcy zamordowali jego syna, Lestata... nie, jak mu tam było... O, Lestera. I tak niezbyt go lubiłem, pomyślał. Bez przerwy jakieś intrygi, jakieś coś, czego nie rozumiem... Zresztą i tak chyba nie był mój, zastanawiał się dalej Mieur przypominając sobie, jak to wrócił z trzyletniej wyprawy wojennej i ujrzał żonę w siódmym miesiącu ciąży. Ale nie był tego pewien; przecież większość jego wojów po powrocie zastała swoje żony w błogosławionym stanie.

Król siedział tak na tronie, zadumany; tron zwieńczała czaszka orka. Z odrętwienia wyrwał go dopiero jego doradca, Czarny Luin, zwany przez pałacową służbę Wielkim C lub Wielkim H, zależnie od stopnia edukacji w dziedzinie piśmiennictwa. Król też go niezbyt lubił, ale dostał go niejako w spadku po swoim ojcu; poza tym lubił słuchać tego, co doradca ma do powiedzenia. Zawsze go to wyrywało z nudy.
- Panie, nadal pozostaje kwestia morderców twego, bogowie niech przyjmą jego duszę, syna.
- No i co? - król ziewnął, przeciągnął się i przybrał wyczekującą pozę.
- Moglibyśmy w końcu zobaczyć w akcji tych najemników, o których tyle razy ci wspominałem.
- Naprawdę? Nie pamiętam.
- No i fakt, że ci mordercy chodzą żywi sprawia, że ludzie zaczynają wątpić we władzę...
- Ludzie mogą sobie gadać co chcą... - król ziewnął ponownie.
- To, że ci mordercy są bezkarni, to plama na HONORZE.
Te słowa biegnąc przez mózg króla skręciły nagle w boczną, rzadko używaną przecznicę; uderzyły ośrodek motoryczny poruszając go prawie bez udziału reszty mózgu.
- HONOR! - król Mieur poderwał się z tronu, wyszarpując z pochwy miecz, przy okazji ucinając czubek czarnego kaptura płaszcza, noszonego przez Luina. - Bij, zabij! Na koń!
- Panie, ja się wszystkim zajmę. Już rozmawiałem z najemnikami, nie byle jakimi najemnikami... - produkował się Czarny Luin, ale doskonale widział, że Mieur go nie słucha.
Sięgnął po puchar z winem, równocześnie niezauważalnym ruchem otwierając kapsułkę, która umieszczona była na pierścieniu tak, że sprytnie udawała klejnot. Z kapsułki, delikatnie potrząsając palcem, wsypał do ciemnoczerwonego napoju odrobinę złotawego proszku. - Panie, ostudź swą gorącą głowę tym oto winem - doradca podczas wręczania naczynia niemal przykleił się do podłogi w służalczym geście.
- Wina skosztuję jako zapowiedź mego tryumfu w obronie HONORU i zaraz ruszam w bój, ku łopoczącym chorągwiom, błysku słońca na zbroi... - przerwał na chwilę, upijając połowę zawartości pucharu, zaś drugą połowę rozlewając po podłodze. - ... ku chwale, ku otwartej, szlachetnej walce... ooo... - nogi ugięły się pod biednym królem i klapnął on ciężko na tron; ponownie popadł w to odrętwienie, w którym tkwił na początku.
- A teraz, panie, jeśli byś mógł podpisać ten dokument...
- A... co to jest...? - pamięć Mieura dokonała gwałtownego resetu.
- Dokument, dzięki któremu pieniądze ze skarbca powędrują do najemników, którzy wytropią morderców twego syna.
- Wytropić... tak, wytropić... - król machnął szybko piórem tworząc na pergaminie coś, co mogłoby uchodzić za podpis, jeśli tylko przyglądać się temu w komnacie bez okien, uprzednio gasząc wszystkie świece.
- Teraz odpoczywaj, panie, odpoczywaj...

Czarny Luin schodził w dół po kręconych schodach pilnie uważając, żeby nie zlecieć z nich na pysk, tak bardzo powykręcane były deski od zbyt częstych wędrówek. Doradca królewski czuł ulgę, że znowu się wszystko udało, ale jednocześnie był zły na siebie, że nie może odebrać królowi miecza - czasem spontanicznie Mieur go używał i w większości tego typu przypadków Luin musiał kupować nowy płaszcz; jednak po nowy mały palec lewej dłoni musiałby się udać do nekromanty, a na to nie miał ochoty. Nie lubił magii, choć kochał manipulować ludźmi się nią posługującymi; wkrótce znów to zrobi.
I wcale nie chodziło mu zemstę na mordercach Lestera; był im nawet wdzięczny. Sam miał usunąć go w swoim czasie, gdyż królewski syn widział wiele, podobno prowadził własne polityczne gierki... Ale wielka polityka Czarnego Luina nie interesowała. Bał się tylko społeczeństwa, dlatego też już kontrolnie powieszono kilku żebraków mówiąc, że to właśnie oni zabili księcia.
On chciał tylko sprawdzić tą organizację, która najprawdopodobniej, po tylu latach poszukiwań, będzie mogła sprostać jego wymaganiom. Chciał wypróbować ich skuteczność.
Wprawdzie był jej niemal w stu procentach pewien, ale nie przeżyłby tylu lat na dworze, gdyby dawał wiarę czemuś, czego nie był pewien całkowicie.
Przystanął; rozejrzał się ostrożnie, po czym sięgnął do małej sakiewki i wsypał do pustej kapsułki w pierścieniu odrobinę proszku. Genialny wynalazek, to ziele zwalniające, czy też szumigaj czy jakakolwiek inna nazwa, nadawana przez pospólstwo. Najważniejsze było to, że podawany razem z kilkoma innymi składnikami powodował odrętwienie, a nie euforię, gdy podawać go bez wspomnianych dodatków. Spojrzał z irytacją na resztkę proszku na dnie sakiewki. Znowu będzie musiał gadać z tym dzieciakiem, jak mu tam było... Sedy? Jakoś tak.

***

Otworzył oczy. Ujrzał sufit izby, którą wynajął w gospodzie. Widok ten stanowił miłą, stabilną odmianę w stosunku do tego, co widział jeszcze przed paroma chwilami - czyli wielkie, różowe bąble na tle seledynowego, ruchomego nieba i wielką wieżę stojącą na środku pola czerwonych róż, w dodatku gadających.

Sedy spojrzał w bok - pusta sakwa po szumigaju przypomniała mu o tym, jak spędził ostatni wieczór, a nie było to przyjemne wspomnienie. Najpierw ta dziwna dziewczyna w białej sukni, potem jakaś szalona kobieta wysypuje cały towar po gospodzie, złocisty proszek trafia do nozdrzy tylu osób, ze Sedy nie nadążyłby ze zbieraniem opłat. Sam nawdychał się wtedy tego, a potem jeszcze postanowił poprawić sobie nastrój ostatnią, rezerwową porcją... Niejasno przypuszczał, że nie powinien tej ostatniej, specjalnej sakwy ruszać, ale nie mógł sobie w tej chwili przypomnieć dlaczego.

Jego ciało ogarnęło lekkie drżenie - objaw braku szumigaju w organizmie. Podnosił się powoli, kolejny raz dziękując dowolnie wybranemu bogu, który akurat słuchał, że będąc w narkotycznym transie nie wyskoczył przez okno, nikogo nie zabił ani nic takiego - tylko doczłapał się do swojej izby na piętrze i położył spać na podłodze.

Chwycił pustą sakwę i schował ją do dużej torby, sprawdził, czy aby na pewno gdzieś na jego ubraniu nie zostały jakieś ślady krwi, wymiocin czy sików - i wyszedł z izby.

Na swoje szczęście nie zaczął zbiegać ze schodów i dzięki temu odpowiednio wcześnie dostrzegł człowieka w czarnej szacie z kapturem, w towarzystwie dwóch rosłych strażników gwardii królewskiej, którym wszystko jedno, czy dzisiaj będą ściągać podatki, zabijać na zlecenie, czy jedno i drugie równocześnie.

W jego myśli wdarł się piorun przypomnienia - jego zleceniodawca. To właśnie jemu miał sprzedać ostatnią porcję szumigaju. Właściwie musiał to zrobić; pamiętał, jak ten pracownik królewskiego dworu zabrał go do sali tortur w zamku letnim króla Mieura w Maab, pokazał działanie niektórych przyrządów i powiedział, że jeśli Sedy zdradzi się komukolwiek, to będzie na nim wypróbowany Ostry Młyneczek. I dlatego nie miał ochoty widzieć się z Czarnym Luinem.

Ostrożnie wycofał się po schodach uważając, by żadna z desek nie skrzypnęła. Wrócił do swojej izby rozglądając się gorączkowo w poszukiwaniu jakiegoś sposobu ucieczki.

Wyjrzał przez okno na ulicę; było tam sporo ludzi. To uświadomiło Sedy'emu, ze dzisiaj jest dzień targowy. Wczoraj upłynął termin dostawy szumigaju.
Ujrzał wóz wiozący furę siana; zastanawiał się chwilę, ale usłyszawszy ciężkie kroki gwardzistów na schodach, wszelkie wątpliwości jakoś uleciały. Otworzył okiennice i skoczył.

Wylądował miękko; zapach świeżego siana przypomniał mu różne miłe rzeczy, których dokonywał w stodołach, ale nie było czasu na wspominki. Zeskoczył szybko z wozu i zniknął w jednej z bocznych uliczek, skutecznie usuwając się z widoku gapiom.

***

Czarny Luin otworzył spokojnym ruchem drzwi do izby; była pusta. Oczywiście nie spodziewał się, że zastanie tu handlarza zielem zwalniającym, gdyż uważał Sedy'ego za myślącego człowieka, który wiedział, co go czeka.
Nie po to zawitał do tej gospody.
Zaczął uważnie się przyglądać łóżku, ale zrezygnował widząc, że nie pościel nie jest pognieciona. Pochylił się ku deskom podłogi i ujrzał to, czego szukał. Podniósł to i ostrożnie zawinął w koronkową, białą chusteczkę. Kilka włosów Sedy'ego.

- Może się uda upiec dwie pieczenie na jednym ogniu... - pomyślał i włożył zawiniętą chusteczkę do kieszeni swojej szaty, tuż obok czterech innych. Zmacał w drugiej kieszeni małą, szklaną kulę i wyszedł z izby.

***

Sedy wiedział, że schronienie znajdzie dopiero w swojej chatce w głębokim lesie. Musiał przedostać się traktem na zachód; udało mu się to bez problemu, gdyż wmieszał się w tłum uciekinierów z terenów objętych walkami. Zejście z traktu w puszczę pod osłoną nocy również było banalnie łatwe. Sedy zaczynał powoli wierzyć, że mu się uda. Oczywiście się mylił.

Nie wiedział dlaczego, ale zawsze odnajdywał drogę do swojej chatki. Zawsze. Był to jego mały azyl; znał każde drzewo, każdy kamień w okolicy. Gdyby był starszy, i gdyby oczywiście ktokolwiek mieszkał w promieniu siedemdziesięciu kilometrów, Sedy miałby opinię szamana. Ale było to miejsce całkowicie odludne, do którego nie prowadzi żadna szersza droga, do którego szansa trafienia wynosi niemalże zero. Gdy Sedy zbliżał się do swojej chatki snując myśli o przyszłorocznych zbiorach ziela spowalniającego, zauważył dym unoszący się z komina. Po chwili dojrzał również dwa konie uwiązane do pobliskiego drzewa.

Na jednym z koni siedziała dziewczyna w sukni, którą, gdyby nie gruba warstwa zeschłego błota, można by, po dużych uogólnieniach, nazwać białą. Niewiasta miała niezbyt długie włosy koloru blond; jej głowa opadła na piersi, oczy były zamknięte. Sprawiała wrażenie pogrążonej w jakimś transie. Sedy miał dobrą pamięć do twarzy i rozpoznał w niej tą samą dziewczynę, którą spotkał w gospodzie "pod Wąsatym Knurem" w Maab, gdzie to zaczęło się pasmo jego nieszczęść.

Na razie postanowił się rozejrzeć w sytuacji; ostrożnie podkradł się do okna chatki, starając się nie zwrócić uwagi dziewczyny. Zaglądnął ostrożnie przez okno; zauważył dwójkę rosłych mężczyzn, leżących na podłodze. Byli nieprzytomni, ale prawdopodobnie znacznie szczęśliwsi niż na jawie; Sedy doszedł do takich wniosków na widok leżących nieopodal dwóch pustych sakwach po zielu zwalniającym.
- Moje zimowe zapasy! - wyrwał się mu cichy krzyk. - Skurwysyny!

Poprzednio zamierzał przeczekać w lesie, aż przybysze odjadą; teraz postanowił trochę im zaszkodzić. Równie ostrożnie zbliżył się do przywiązanej do siodła dziewczyny; wyjął swój nóż i przeciął więzy. Szybko chwycił zsuwające się z konia ciało, co było całkiem przyjemnym doznaniem. Położył ją ostrożnie na ziemi; zastanawiał się przez chwilę, czy aby nie wykorzystać sytuacji. Dziewczyna poruszyła głową, a z jej ust wydobyły się słowa:
- Zjednoczenie... zachód... muszę iść...
Na dźwięk słowa "Zjednoczenie" w głowie Sedy'ego pojawił się wyraz "Jenova", nie wiedzieć czemu. Pochylił się nieco, aby lepiej usłyszeć. Ale na ziemi nie leżała już nieprzytomna blondynka, tylko czarnowłosa kobieta, ubrana w czarny, skórzany, ściśle przylegający do jej ciała strój. Nie było jednak czasu na kontemplację, bo Sedy dostał szybkiego kopa w głowę i dopiero padając przypomniał sobie, że to ta sama wariatka, która rozsypała cały jego towar.

Poczuł tylko, jak jej dłoń wyciąga mu zza paska nóż, po czym gwałtownie zetknął się z ziemią.
Podniósł się ostrożnie na łokciach; widział, jak kobieta wbiega do jego chatki trzymając w ręku nóż i zapewne nie wbiegała tam, by ukroić sobie kromkę chleba przed dalszą podróżą. Sedy usłyszał dwa krótkie charknięcia; po dłuższej chwili z mroku jego chatki wyszła ta sama blond-włosa dziewczyna, trzymająca w ręku nóż. Jej suknia była na powrót śnieżnobiała; zapewne dlatego tak wyraźnie odcinały się na niej ślady krwi.
Odrzuciła nóż i pobiegła w las.

- Zaczekaj! - krzyknął Sedy, bo nic lepszego nie przyszło mu do głowy, i podniósł się powoli, z zamiarem dogonienia dziewczyny. Ale w tym momencie słońce zakrył ogromny cień.

Następna Strona |>>>|


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||