
::: Dijabringabeeralong :::
Opowieści o Grimwaldzie
cz.1. Na ratunek księżniczce
Rycerz Grimwald siedział po pięknym, zielonym drzewem w niewielkim zagajniku. Nie myślcie sobie jednak drodzy czytelnicy, że po prostu tak sobie siedział i leniuchował. Nie! Grimwald jak mają to w zwyczaju prawdziwi bohaterowie romansów rycerskich pisał poemat dla swej przecudnej ukochanej. Siedział tak i pisał już siedem długich dni i siedem nocy. Jakiś zbłąkany pająk zaczął już wić swą misterną sieć między drzewem a zbroją rycerza. Grimwald właśnie szukał rymu do słowa "bławatki" gdy nagle usłyszał jakiś wielce niepokojący szelest w znajdujących się nieopodal zaroślach. Powoli wygrzebał się ze stosu zmiętych w kulki pergaminów po czym rozprostował kości. Podniósł z ziemi swój miecz będący postrachem okolicznych potworów i powoli ruszył w stronę krzaków ,z których dobywały się dziwaczne odgłosy. Nagle rycerz usłyszał dziwne poskrzypywanie. Co najdziwniejsze dobywało się ono z jego własnej zbroi. Początkowo pomyślał, że w jego pancerzu zadomowiła się rodzinka świstaków polnych lub innych maleńkich, kudłatych żyjątek, lecz po chwili uświadomił sobie, że jego zbroja trochę przerdzewiała podczas długotrwałego pisania poematu. Zbliżył się jeszcze bardziej do zarośli starając się stąpać tak by okrywająca go blaszanka nie wydawała z siebie tak głośnego skrzypienia. Zbliżył się do chaszczy i podniósłszy miecz, z bojowym okrzykiem rzucił się na domniemanego napastnika. Po chwili jednak stanął twarzą w twarz z młodym człowiekiem przedzierającym się przez krzaki. Młodzieniec widząc szarżującego w jego stronę zbrojnego w miecz obosieczny męża ryknął z przerażenia i padł zemdlony na ziemie łamiąc wokół siebie gałązki krzaków. Rycerz zasępił się potwornie.
Gdy tajemniczy człowiek został przez Grimwalda skutecznie ocucony za pomocą napoju, który nauczyła rycerza przyrządzać jego dawno zmarła babka, przemówił drżącym głosem:
- Czy mam przyjemność rozmawiać z panem Grimwaldem - najdzielniejszym, najwaleczniejszym, najmężniejszym ...
- I najskromniejszym - dodał rycerz uśmiechając się.
- Tak, tak! I najnajskromniejszym!
- No a jak! To właśnie ja! Tylko proszę, nie mam teraz czasu na podpisywanie autografów - odparł dumnie Grimwald - a tak w ogóle to co ode mnie chcesz?
Młody, chuderlawy i bez wątpienia potwornie zniewieściały człowiek o jasnych, misternie utrefionych włosach, odziany w bogate dworskie ubranie zaczął tłumaczyć Grimwaldowi:
- Panie rycerzu. W imieniu króla Oranexa III władcy miasta Otsaim przekazuje panu wiadomość, że powinien pan stawić się na dworze króla w celu pomocy w ratowaniu zaginionej księżniczki.
- Księżniczki? - zdziwił się rycerz - a co ten król sobie myśli, że rycerz to normalnie nie ma ważniejszych rzeczy do roboty od ratowania jakiś anorektycznych księżniczek? Ci wszyscy królowie są tacy sami.
- Wysłuchaj do końca - odparł królewski posłaniec - nagrodą jest tysiąc złotych monet (plus podatek od opłaty za ratowanie królewny ) oraz ręka księżniczki - pół królestwa niestety nie jest częścią nagrody, a to z powodu niewielkiej wielkości terenu będącego pod władzą naszego miłościwego króla. Co by król zrobił gdyby na przykład dostała by ci się ta część z łazienką?
Grimwald wyobraził sobie te niezliczone bogactwa, sławę i do tego piękną żonę więc natychmiast zmienił zdanie.
- No to jadę! A ładna ta księżnica chociaż?
- Ano podobno przecudna - rozmarzył się posłaniec- ale w sumie nie widziałem jej jeszcze na oczy. Pracuje w tym fachu dopiero tydzień.
- No to mnie przekonałeś! Jedziemy! - odparł rycerz
- Aha! Byłbym zapomniał! Co to było to zielonkawe coś, co mi wlałeś do ust by mnie ocucić?
- Ano, taki wywar. No wiesz. Bierzesz marynowane żabie języczki i normalnie świeże kocie jelita a potem...
Grimwald spojrzał ze zdziwieniem na uciekającego w podskokach i zasłaniającego usta rękami posłańca po czym zamyślił się jak było to w jego zwyczaju.
* * *
Był wieczór gdy na rynku starożytnego, przepięknego choć raczej małego miasta o dźwięcznie brzmiącej nazwie Otsaim pojawiły się dwie intrygujące postacie. Jedną z nich był rycerz w lekko pordzewiałej, poskrzypującej z cicha zbroi prowadzący podejrzanie wyglądającego konia. Drugą był młody człowiek w potarganym brudnym ubraniu i z rozczochranymi włosami. Człowiek w zbroi zwrócił się do swego mizernie wyglądającego druha.
-Ale była niezła przechadzka! - mówił uradowany - A jak normalnie nam te zielonkawe gobliny z toporkami wyskoczyły! Ale była jatka! A normalnie ten gnoll, ogr i ten taki łysy z podbitymi oczami i paznokciami co dawno manikiurzystki nie widziały! - zachwycał się rycerz.
-Ghnnnhgh ! - odparł młodzieniec
- A ten fioletowo - seledynowy z malutkimi antenkami na łbie co na ciebie wyskoczył... jak mu tam było?
-Ghnnnhgh !
-A co ci brachu? Nie podobało ci się?
-Ghnnnhgh !
-Dziwna z ciebie osoba - zaśmiał się wojownik, który był tak naprawdę nie kim innym ale Grimwaldem.
Grimwald i posłaniec ruszyli powoli w stronę zamku króla Oranexa. Po drodze minęli starożytną sadzonkę szczypiorku, według legendy przywiezioną przez założycieli miasta z dalekich, nieznanych krajów za morzem. Po chwili rycerz wyjął z worka trofeum w postaci odrąbanej głowy goblina i przystawił je do twarzy posłańca:
-ale było fajnie jak usiekłem tego tu paskudnika! Przybiję sobie tą łepetynę nad kominkiem w moim nowym zamku co go sobie za te pieniądze co je zdobędę za księżniczkę, wybuduje. A tak w ogóle to zauważyłem że jesteś nieco zielony młodzieńcze - powiedział Grimwald i przyjacielsko klepnął młodego człowieka w plecy co spowodowało jego natychmiastową zmianę pozycji z wertykalnej na horyzontalną.
- Hej! Nie zobaczyłeś jeszcze najlepszego! Ręki tego powykręcanego stwora co wyskoczył na ciebie z jeziorka. Ha! Ta ręka zawiśnie u mnie w zamku na drzwiami!
Po niezwykle krótkiej chwili nasi bohaterowie znaleźli się przed obliczem władcy Otsaim - króla. Król był osobą niską, raczej w średnim wieku i nijak nie pasował do typowego stereotypu króla - nie miał nawet długiej siwej brody ani wąsów. Siedział na tronie ubrany w złotą koronę oraz szkarłatny płaszcz. Gdy zobaczył swego posłańca wykrzyknął ze zgrozą:
- Laticort! Co ci się stało?
Posłaniec odparł zmęczonym głosem - Panie, zdecydowałem się że powinienem jednak zmienić zawód. Myślę że mógł bym się sprawdzić w roli pomywacza, hodowcy świń rasowych, czyściciela dołów kloacznych albo może nawet... nauczyciela. Proszę o jedno - żebym nie musiał już widzieć na oczy tego Grimwalda!!
- Co mu się stało? - zdziwiony odparł Grimwald - ledwo pięć goblinów, ogra, orka i piętnastu chochlików pokonaliśmy!
- Król odesłał Laticorta i przemówił do rycerza:
- Doszły mnie słuchy że jesteś jednym z najlepszych, najwaleczniejszych i najmężniejszych rycerzy w całej krainie.
- I jednym z najskromniejszych - dodał rozparty dumą wojownik.
- Tak, tak! I najskromniejszym! - Więc posłałem po ciebie bo mam problem. Moja córka została porwana. Zrobił to jakiś szurnięty czarnoksiężnik albo ktoś w tym stylu i zabrał ją do dalekiego, mrocznego zamku Morthog. Zamek ten cieszy się naprawdę złą sławą. Dostałem od tego złego maga list, w którym żąda okupu w wysokości czterystu ton pietruszki!
- To straszne - oburzył się Grimwald - Ale myślę, że mogę ją uratować.
- Właśnie mam taką nadzieję. Inaczej nie posyłał bym po ciebie, drogi knechcie.
- No tak, właśnie! - odparł rycerz - Ale teraz porozmawiajmy o najważniejszym. O mojej nagrodzie!
Król Oranex III zachichotał pod nosem i po chwili przemówił wyraźnie rozbawiony -No tak! tego mogłem się spodziewać. Wy wszyscy rycerze jesteście tacy sami. Tylko połowy królestwa i ręce księżniczek wam w głowie. No więc dostaniesz tysiąc złotych monet i rękę mojej córki.
- A czy ta ręka księżniczki to dosłownie czy też może w przenośni? - spytał rycerz - Jeden z rycerzy co się normalnie Emrod Krzywozęby nazywał to raz dostał od króla zwykłą, odciętą za pomocą jakiegoś ostrego narzędzia rękę.
- Ach nie! - odparł podejrzanie chichocząc pod nosem król - przecież nie zrobił bym ci drogi Grimwaldzie czegoś takiego - He He He!
- Ha Ha Ha! - zaśmiał się ponuro rycerz, pożegnał się z monarchą po czym mimo złych przeczuć ruszył na spotkanie przygód strasznych oraz mrożących krew w żyłach.
* * *
Grimwald pędził przez mroczny, gęsty las na swym wiernym rumaku. Koń toczył pianę z pyska - jego właściciel nieźle się wykosztował by uzyskać ten wspaniały efekt. Musiał zakupić u alchemika aż dziewięć opakowań kremu do golenia "Szczęśliwy Krasnolud" a przecież samo nałożenie go na pysk konia nie jest takim łatwym zadaniem. Rycerz na swym rumaku poruszał się naprawdę szybko jak wiatr, chociaż nie po linii prostej. Przyłbica Grimwalda miała bardzo wąskie otwory, więc rycerz nie widział dobrze gdzie tak właściwie jedzie. Konia także znosiło trochę na boki co było skutkiem objuczenia go przez Grimwalda wieloma workami. W workach tych nasz bohater zmieścił wszystkie swe nowe trofea oraz liczne pamiątki zakupione w Otsaim: mały model zamku Otsaimskiego, różowego, pluszowego chomika wietnamskiego (będącego wierną kopią zwierzęcia z herbu Otsaim) oraz miejscowy, tradycyjny ser o pięknym sinawym odcieniu. Rycerz postanowił wykorzystać go później jako broń zaczepną. Zapach sera był naprawdę mrożący krew w żyłach, tak więc ów produkt spożywczy podróżował teraz na drugim końcu konia. No ale nie zanudzajmy czytelników i wróćmy do naszego dzielnego wojaka. Właśnie zbliżał się do jednego z najbardziej tajemniczych miejsc w całym królestwie - do mokradeł Ghhdfryugh'gferg ( nazwa w języku orków ). Mokradła te były siedzibą wielu odrażających stworów o wielu odnóżach i kolorach skóry przypominających zupę fasolową drugiej świeżości. Rycerz mimo swej odwagi zadrżał. Minął tablicę ostrzegającą wędrowców przed wchodzeniem na ten teren - była stara, zgniła, u jej stóp leżała stara czaszka a na niej siedział paskudny, czarny kruk jak z wiersza Poe'go. Wojownik przedzierał się przez zasnute mgłą bagna, aż tu nagle skoczył na niego z gałęzi bagiennego drzewa pokraczny stworek. Grimwald od razu przypomniał sobie drzeworyt z inkunabułu pod tytułem "Rycerstwo dla opornych na weekend" autorstwa szlachcica Sir Lax'a Ativ'a. Ten stwór nosił przerażającą nazwę: pluskotek. Niewielki potwór rzucił się na Grimwalda z odgłosem przypominającym płukanie gardła po umyciu zębów. Wojownik spróbował sięgnąć po miecz. Niestety, miecz zagubił się gdzieś wśród rozlicznych pakunków, którymi objuczony był koń. Pluskotek już skoczył na herosa i zaczął się wgryzać swymi ostrymi ząbkami w stalowy napierśnik rycerza, lecz Grimwald dzielnie schwycił model zamku Otsaim i zdzielił nim odrażającego pluskotka. Stworek osunął się na ziemię. Grimwald otarł pot z czoła i wyrzucił nie nadający się już do użycia model. Ruszył w dalszą drogę. Kawałek dalej zobaczył małą, rozlatującą się chatynkę. Budynek ów był stary, zgniły i porośnięty bagiennymi grzybkami o tajemniczych właściwościach. Zszedł z konia i zapukał do drzwi. Po chwili drzwi otworzyły się i ze środka wyszedł ork o zielonkawej cerze.
- Czego? - burknął - Nie dadzą orkowi spokoju!
- Hm. Chciałem tylko spytać się ciebie, drogi orku, czy jestem na dobrej drodze do Morthog.
- Słuchaj rycerzyku! To moje mokradło! Jestem paskudnym ( lecz dumnym ze swej przynależności rasowej ) orkiem! Czy nie można mieć prywatności?
- Przepraszam ale ...
- Nie martw się - szepnął ork - muszę tak mówić do każdego przejeżdżającego człowieka, bo co był by ze mnie za ork mieszkający w chatce na bagniskach. No wiesz taki co normalnie piecze z ludzkich kości pieczywo pełnoziarniste.
- Aha, rozumiem, więc którędy do Morthog?
- Tam w prawo - wskazał swą koślawą łapą ork - Skręć potem w lewo koło takiego zapyziałego obozu z idiotycznymi domkami na drzewach. Mieszka tam starożytna sekta niejakich Hamiszów, którzy dzięki uprawianemu na bagnistej ziemi zielu potrafią wprowadzić się w trans i spotkać się z wielką duchową tchórzofretką z zaświatów. Sami mi o tym opowiadali, ci Hamisze.
- To bardzo ciekawe, ale muszę ruszać. Dzięki za pomoc! - powiedział Grimwald.
- Aha! - krzyknął ork - Nie chcesz może trochę salami? Świeżo zrobione!
- Nie. Dzięki. Po salami mam zwykle zgagę - powiedział nasz dzielny rycerz i ruszył w dalszą drogę.
- Pozdrów zieloną brać w swym królestwie! Niech żyją zieleni bracia! - krzyczał za nim potwór.
Grimwald zabawił chwilę w obozie sekty. Spróbował nawet ich słynnej specjalności - ziela mokradłowego, nie udało mu się jednak skontaktować z wielką tchórzofretką. Tak naprawdę to udało mu się skontaktować jedynie z transcendentalnym morszczukiem, ale i tak był z tego rad. Korzystając z mapki narysowanej przez Hamiszów ruszył na południe. Gdy opuścił cuchnące zgnilizną oraz tanimi zupkami w proszku mokradła Ghhdfryugh'gferg jego oczom ukazał się posępnie majaczący wśród szczytów Gór Szaroburych zamek Morthog - cel jego podróży.
- Ale ten zamek posępnie majaczy - pomyślał rycerz i ruszył drogą, która prowadziła do głównej bramy. Ledwie ujechał kawałek gdy natknął się na wielce interesującą postać. Była to kobieta, lecz nie piękna laska niby z okładki pergaminu pod tytułem "Playknight" Kobieta była po prostu odrażająca ( przepraszam wszystkie czytelniczki - kobieta nigdy nie jest brzydka! - Autor ) Była tęga, miała krzywy, długi nos i mnóstwo kurzajek. Jej ubranie było brudne i potargane. W głowie naszego herosa zaświtała myśl, że tylko jeden typ kobiet może tak wyglądać - zła wiedźma ( kucharek ze szkolnych stołówek nie było jeszcze w tych czasach - Autor )
- Witaj rycerzu - powiedziała tajemnicza osoba - nie podwiózł byś mnie może do zamku Otsaim?
- Niestety mam do wykonania ważną misję. Ratuje królewnę! - odparł dumnie rycerz nieco jednak przelękniony. Gdyby okazało się że to naprawdę czarownica, mogła by rzucić na niego jakiś straszny urok - na przykład wyrosły by mu fioletowe czułki albo dostał próchnicy.
- Ale... - powiedziała kobieta, ale rycerz już ruszył ścieżką.
Brama zamku Morthog rozwarła się samoczynnie wydając z siebie potworny pisk niby stado zarzynanych kotów. Trzęsący się rycerz zszedł z konia, który spłoszył się i zarżał przestraszony. Grimwald wyciągnął miecz i zniknął w ciemnej czeluści.
* * *
Grimwald zrezygnowany usiadł w mrocznej, pełnej pajęczyn sali zamku na starej, zakurzonej figurze przedstawiającej jakąś maszkarę. Z pewnością nie był to jego szczęśliwy dzień. Po pieczołowitym przeszukaniu lub raczej przewróceniu na lewą stronę całego zamku nie znalazł ani śladu porwanej niewiasty. Nie znalazł także owego obleśnego czarownika, chociaż natrafił na jakąś podartą szatę, szpiczaste buty oraz połamaną różdżkę. Magowie uwielbiają przecież takowe akcesoria. Zrezygnowany rycerz postanowił wrócić do Otsaim. Grimwald zadrżał - pomyślał o tym, co powie król, gdy dowie się o zniknięciu księżniczki. Lecz gdy rozważył kogo może wysłać za nim władca gdy nic mu nie powie, szybko ruszył w stronę Otsaim. Jadąc z powrotem pędził jak wiatr. Po drodze natknął się jednak na kobietę, której odmówił pomocy w drodze do zamku. Postanowił wziąć ją ze sobą - w końcu już nic gorszego nie mogło go dzisiaj spotkać. Gdy kobieta weszła na konia, ten o mało nie złamał się w pół. Jego nogi zgięły się w kolanach na boki tak, że niski człowiek, który stanął by rycerzowi na drodze mógłby ocalić życie. Pasażerka przedstawiła się jako Acetaminofenia. Do znojów, które przeżył Grimwald dołączyć można było straszliwe opowieści, którymi go raczyła w czasie jazdy. Nie oszczędziła jego uszom opowieści o tym co jej stryjek z Aksoiw zrobił na weselu jej wujka Edmunda. A była to opowieść potworna! Uraczyła także rycerza licznymi kawałami, które spowodowały, że nawet on, bywalec licznych tawern o raczej kiepskiej reputacji, zaczerwienił się ze wstydu. ( kawałów owych nie przytoczę w trosce o i tak już pewnie wątłe po doczytaniu aż do tego momentu, zdrowie psychiczne czytelników. - Autor ). Co ciekawe kobieta zjadła cały ser Otsaimski ze smakiem i do tego poprosiła o więcej. Nasz dzielny wojownik był naprawdę przerażony. Gdy wreszcie dojechali do Otsaim, Grimwald rozstał się ze swoją irytującą współtowarzyszką podróży. Grimwald odprowadził konia do stajni, a tymczasem Acetaminofenia ruszyła spotkać się ze swymi rodzicami mieszkającymi w tym mieście. Właśnie do nich jechała. Grimwald udał się powolnym acz dostojnym krokiem do sali tronowej. Gdy przekroczył próg pomieszczenia jego oczom ukazał się widok potworny. Król stał wraz z Acetaminofenią na środku sali.
- Grimwaldzie! - krzyknął - uratowałeś moją córkę!
- Grimwalda zamurowało - To ona jest twoją córką?
- Ano tak! - powiedziała Acetaminofenia - Dałam niezłą nauczkę temu durnemu magusowi!
Grimwald przypomniał sobie znalezione w zamku Morthog przedmioty.
- Ojej! - wydukał rycerz i zatrząsł się. W jego głowie zalęgła się jedna, przerażająca, przytłaczająca i frustrująca myśl. Powoli narastała coraz więcej i więcej, aż wybuchła.
- NIE!!!! NIE CHCĘ JEJ ZA ŻONĘ !!!!! AAARRRGGGGHHHH !!!!
Grimwald rzucił się do desperackiej ucieczki i po chwili został już po nim tylko słabo widzialny dymek.
- Co mu strzeliło to tej zakutej łepetyny? - zdziwiła się księżniczka.
- Nie mam zielonego pojęcia - wzruszył ramionami monarcha - Myślę, że to chyba przez tą jego legendarną skromność. Trudno moja droga Acetaminofenio. Pieniądze które miał otrzymać przeznaczymy na Otsaimskie schronisko dla bezdomnych krasnoludków. Coś czuje, że już tu chyba nie wróci ten nasz cudny bohater.
Dijabringabeeralong
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||