
::: Janek Enem :::
Actiontown - # 8&9
Oko. Zwykły narząd zmysłu, który potrzebujemy, aby nasza egzystencja nie była li tylko wegetacją. Różnorodność kolorów czyni ten obiekt ciekawym do obserwacji. Piwne, brązowe, niebieskie, czarne, zielone, blękitne... wszystkie one wyglądają pięknie w oczodołach. A gdy jeszcze dołożymy do gałki jakieś ładnie zakręcone rzęsy... Mmm... Oczywiście jeszcze twarz należąca do kobiety. Te z definicji chyba posiadają ładniejsze odbiorniki wizualne. Jednak rozpatrzmy ciekawe zjawiska. Jak ładnie wygląda oczko lekko zakrwawione, gdy na białym tle białka doskonale widać czerwone żyły. Takie zjawisko obserwujemy, gdy nie dajemy mu odpocząć po ciężkiej pracy... Tak chyba zrobił Johny, gdyż jego oczy przypominają dyfuzję nadmanganianu potasu. Ręce powoli zbliżają się do głowy. Palce zwijają się a wierzch dłoni przylega do powieki. Szybkie ruchy przecierają zmęczone receptory. Johny niespokojnie rozejrzał się po pomieszczeniu. Ręce przesunęły się po bujnej czuprynie.
-Holera... Ile ja tu już siedzę?!?
Wzrok przemknął po sprzęcie, a ciało postanowiło opuścić to pomieszczenie, gdyż napór moczu na ścianki pęcherza dawał się we znaki . Dawno nie używane mięśnie nóg ugięły się pod ciężarem żywionego pizzami organizmu. Dziewięćdziesiąt kilo żywej wagi huknęło o dywan. Biorąc przykład z niemowląt Johny ruszył na czworakach w strone latryny... toalety.
Po wyjściu z toalety Nick podjął kolejne zmaganie z niedomaganiem mięśni nóg... Jakoś się udało ustać parę sekund i po raz drugi dzisiaj zaliczył solidną glebę...
-Jak to dobrze, że używałem cały czas umysłu. - Rzekł Nick i tak jak gdyby podniesiony niewidzialną ręką wyprostował się i odetchną z ulgą.
-Tiaa... Lewitacja...
***
Po kilku dniach nadrabiania zaległości, Nick postanowił zaradzić coś na niedowład mięśni. Skonstruował sobie z kabli coś wyglądającego jak elektryczny aktywator mięśni i potraktował się kilka razy po organiźmie... Gdy już wykurował się po oparzeniach postanowił jednak skorzystać ze swoich niezwykłych umiejętności i zostawił sprawę mięśni swojemu mózgowi. Dzięki temu powrócił do zdrowia nie narażając się na kolejne uszkodzenia.
Przyszedł czas na nadrabianie zaległości. Na szczęście projekt zlecony przez Grzyba zrobił w przerwach oglądania filmów. Podszedł do telefonu i sprawdził ilość informacji na automatycznej sekretarce. RedNacz nagrywał się już kilka razy, ale jedna tylko była informacja od Mariusza. Pośpiesznie nacisnął Play. Głośniki zacharczały...
-<i>"Staw się. Jest ważna sprawa.</i>. - Trzasnęła odkładana słuchawka. Sprawdził datę nagrania. Wczoraj.
Nie miał zamiaru zwlekać. Ruszył z buta do garażu, po drodze zabierając płaszcz z wieszaka. Wrzucił płaszcz n atylne siedzenie i usadowił się wygodnie w samochodzie. Uruchomił bramę naciskając przycisk na desce rozdzielczej.
-Nie nazleży całkiem rezygnować ze zdobyczy cywilizacji. - Uśmiechnął się do swoich myśli i pognał przez Actiontown™. Miał do przebycia całe miasto, gdyż rezydencja S. znajdowała się na drugim jego końcu. Przez okno przemykała smuga, która czasami przybierała znane kształty. Siedziba burmistrza miasta zwana popularnie ratuszem, zlała się w jedną całość ze stojącym obok niej budynkiem magistratu. Tak. Trzeba przyznać. Nick nie żałował silnika. Nawet policjanci wracający na komisariat nie pofatygowali się za pędzącym wozem, celnie oceniając swoje szanse nędznym Passatem. Nie zatrzymywany przez nikogo Nick, w przeciągu kilku chwil znalazł się pod rezydencją. Brama z metalicznym zgrzytem otworzyła się w chwili, gdy był on tuż przed nią. Wjechał na dziedziniec pałacyku i zajął miejsce naprzeciwko bramy wjazdowej. Tak, aby mógł szybko ulotnić się z tego miejsca. Wysiadł z wozu odruchowo zakładając płaszcz. Psy wylegujące się na trawniku podniosły głowy, jednak szybko wróciły do jakże zajmującego zajęcia, jakim było wylegiwanie się, uspokojone łagodnym, błękitnym wzrokiem Nicka.
-Mógłbyś nie aplikować moim pieskom terapii błyskowej? Mimo, że alarmów ci u mnie dostatek, to chciałbym mieć dodatkowe zabezpieczenie w ich wykonaniu. Nie jest to za bezpieczna okolica. - Mariusz przywitał się z Nickiem i zaprosił go skinieniem ręki do domostwa.
Przy stole siedział już Vieyra i bawił się zgniecioną kartką papieru, która nagle zapaliła się w jego rękach. Wampir podniósł głowę, a jego wzrok spoczął na roześmianej twarzy Nicka, który nie ukrywając rozbawienia trzymał w rękach kulkę.
-Nie wygłupiaj się Johny.
-To tylko niewinna sztuczka...
-Nie na miejscu. - Mariusz zdawał się być lekko przygnębiony.<br>
-Panowie zebrałem was tutaj aby ogłosić iż nasza grupa, nazwana trafnie przez obecnego tu Nicka jako Grupa Trzymająca Władzę®, postanowiła zacząć działać oddzielnie. Zrzuciliśmy jurysdykcję burmistrza, ale przez to nie możemy tytułować się jako oddział Atomicznego.
-Ale dlaczego?!? - Wycharczał przegnitym głosem Vieyra. - Czyżbyśmy tak bardzo zaleźli parzystokopytnemu?<br>
-Więcej wam powiem, jak wszyscy się zbiorą. - Na plazmowym telewizorze pokazała się brama wjazdowa rezydencji, a w tle pojawił się Hummer.
-To Sebastian G. Zastąpił ciebie jak byłeś w Offline. - Mariusz spojżał na Nicka. - Aha! Jak na razie się to nie zmieni. Musisz odczekać, aby w pełni wstąpić do grupy.
-Rozumiem. Więc oni nie wiedzą, że ja...
-Tak. I niech tak pozostanie.
-W dzisiejszych czasach nie można wszystkim ufać. - Vieyra wtrącił się do rozmowy. - FOR tworzą różni ludzie. Nie wszyscy rozumieją sytuację i nie wszystkim los Atomicznego jest tak bliski.
Mariusz wyszedł dopilnować, aby nowy gość nie uszkodzony trafił do celu.
-Wszyscy pracowali kiedyś w Magazynie? - Nickowi zaczynało się to wszystko coraz mniej podobać
-Niestety nie. Jest część osób, którzy zostali wciągnięci przez znajomych. Nie robiliśmy jeszcze czystek, ale na niektórych trzeba uważać.
W tym momencie do pomieszczenia wszedł Sebastian prowadzony przez Mariusza. Był to blondyn o krótkich, postawionych na żelu blond włosach. Twarz pociągła, oczy niczym dwie żyletki i dopełniające całości, do bólu okrągłe okulary. Kolczyk w lewym uchu dodawał twarzy buntowniczego wyglądu.
-Witam zebranych. - Skłonił się iście szlachecko.
-Niestety dzisiaj nie będzie reszty. Posiedzenie zaczynamy bez nich. - Mariusz wskazał nowoprzybyłemu miesjce za stołem.
-Sebastianie, to Nick. Nick, to Sebastian.
-Faktycznie! - Mariusz uderzył się w czoło. - Przecież wy się nie znacie! Dzięki wampirze.
-Do usług. Ale już zaczynajmy.
-Jak zawsze masz rację...
***
-No to jak ustraliliśmy nie zakańczamy działalności, ale od tej chwili działamy półlegalnie. - Wraz z zakończeniem wypowiadanych słów, rozległ się alarm w głowie Nicka. Odruchowo popatrzył na telewizor, gdzie wyświetlana była sytuacja na parkingu. Jakiś cień z zaskakującą prędkością podbiegł do Peugota. Osobnik otworzył drzwi i przy akompaniamencie otwieranej bramy wyjechał na ulicę.
-Mości panie hrabio... - Zaczął Nick.
-Wiem, wiem. Jutro ten samochód będzie pod twoim domem.
-Nieładnie. - Sebastian pokręcił głową i stanął przed zebranymi zasłaniając im telewizor. - Samochodu nie zostawia się w ten sposób panie Nick. Bo auto ulokowane naprzeciwko bramy narażone jest na... - Dalsze jego słowa zagłuszył ryk stuningowanego silnika Humvee, który przykładem Peugota pomknął w nieznanym kierunku.
-Siadajcie. Wasz samochód też będzie jutro na miejscu. Coś mi się wydaje, że będe miał dzisiaj ucztę... - Wampir oblizał wystające siekacze.
-No to cóż. Na mnie już czas. - Nick wstał i ruszył w kierunku wyjścia.
-Może cię podwieźć? - Rzucił Mariusz jakby od niechcenia.
-Nie dzięki. Przejadę się metrem. Dawno nim nie jeździłem...
***
Udałem się na stację metra. Taką zwyczajną, podmiejską stację. Podziemna. Ruszyłem po schodach. Kilkanaście filarów ułożonych w dwóch rzędach podtrzymywało górną część miasta, przed wdarciem się na dół. Stanąłem na środku i coś przykuło moją uwagę. Niby jest środek dnia, a na stacji nie było nikogo. Nikogo?!? No może poza mną i żebrakiem, który kimał sobie w najlepsze. Wszedłem do budki telefonicznej. Zadzwonię do administracji, może jest jakaś awaria. Przeglądając książkę telefoniczną - niedbale przymocowaną przy pomocy sznurówki - w poszukiwaniu numeru, spostrzegłem kątem oka jakieś konwulsje u żebraka. Ciało staruszka stało się niczym ameba. Materia niczym nibynóżki poczęła się przesuwać wzdłuż niego. W pewnym momencie dziadek począł znowu przybierać humanoidalną postać. Otrzepał się z koców i wstał. Dziwny był z niego żebrak: garnitur, ciemne okulary, walkman - a właściwie wystająca słuchawka. Zbliżał się do mnie. Wsadził powoli rękę między marynarkę a koszulę i wyciągnął coś co przypominało... IMI Desert Eagle !?! Holera! Ta klamka robi dziurę o wielkości dwuzłotówki. Poczułem, że to jest właśnie ta chwila w której mam dać nogę. Jakie to szczęście, że właśnie w tej chwili wyskoczyłem z budki. Sekundę później, w miejscu gdzie była moja głowa widniał prześwit między dziurami w bocznych ściankach budki. Nie miałem czasu sprawdzać czy dziury faktycznie są tej wielkości, bo po pierwsze: nie miałem przy sobie drobnych, a po drugie: w moją stronę leciały już kolejne świszczące kawałki ołowiu. Zacząłem uciekać w kierunku torów, aż nagle zorientowałem się, że strzały ucichły. Odwróciłem się w kierunku napastnika. Stał centralnie pomiędzy rzędami filarów. Dokładnie tak samo jak ja. Nie chciałem używać swoich zdolności, aby się nie zdradzić. Bądź co bądź metro, to jednak miejsce publiczne. Ręka napastnika wraz z pistoletem zwisała swobodnie. Patrząc na niego widziałem wszystko co działo się za nim. A działo się trochę. Jakaś parka schodziła po schodach. Nie chcąc zdradzić ich pozycji (myślałem, że pomogą mi go obezwładnić) spojrzałem mu prosta w oczy, a ten rzekł do mnie:
-Dziędobry panie Andersen.
Może mam złą pamięć, ale o ile mi wiadomo to tym nazwiskiem tytuował się dość znany bajkopisarz. Więc sądząc, że to jakis szaleniec dalej wpatrywałem się w jego oczy. Parka zaś, zamiast go zajść od tyłu, cichutko, bezszelestnie ruszyła w kierunku budki. Oj zawrzało we mnie! Przecież to tylko niegroźny wariat. Spojrzałem na dzierżony przez niego pistolet. No dobra. Groźny. Ale nie miałem nic do stracenia. Najwyżej mnie odkryją i znowu ucieknę. Nie czekając dłużej krzyknąłęm:
-Nie nazywam się Andersen!
I ruszyłem z kopyta w jego kierunku. Ten tylko na to czekał. Ruszył z potworną prędkością. Zderzyliśmy się gdzieś tak w połowie drogi. Kilka lat ćwiczeń czegoś karatepodobnego pozwoliło mi wyprowadzić pierwszy cios. Zdziwił się niezmiernie obrywając w szczękę, ale też nie pozostał mi dłużny. Sparował kilka moich ciosów i wyprowadził cios. Poczułem jak ciemnieje mi przed oczyma. Straciłem grunt pod nogami i przeleciałem kilka metrów. Zatrzymałem się na płytkach filaru. Czułem się jakbym przechodząc za koniem oberwał z kopyta. Jednak jak i w tamtym, tak i w tym przypadku szybko się pozbierałem. Otworzyłem oczy właśnie w tym momencie, gdy faceta - z tej parki - wsysło do słuchawki w budce. Wzmógł się we mnie gniew. Jak to!?! Zostawiają mnie na pastwę tego szaleńca? Poczułem jak siłą rozpływa się po moich członkach. Ruszyłem wzmocniony dawką adrenaliny ruszyłem w kierunku wariata. Ścisnęliśmy się w śmiertelnym uścisku...
***
Plain talking...
Janek Enem
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||