::: Evolva :::

Opowiadania

Cykle

Empatia2

Inne Teksty

Komentarze

Baza Linków

Regulamin

[Online]

Coastrage: Kamieniołomy


Kerd oprzytomniał dopiero na miejscu. W Kamieniołomach Królewskich. Pracowali w nich głównie niewolnicy oraz jeńcy wojenni. Wydobywało się tutaj Platynę, złoto oraz Gjury – głazy, z których budowano pałace, dworki, bogate kamienice. Elfa, z rozkazu Gerarda, przydzielono właśnie w sektorze Gjurów, ponieważ pracowano tu najciężej. 
Biedny Harikassi został zaprzężony do niewielkiego wozu transportowego. Pracował z dala od maga, a magiczna obroża uniemożliwiała przywołanie. Zresztą wszystkie Towarzysze służyły tutaj za konie pociągowe. 
Rany po uciętych skrzydłach dziwnie szybko się zasklepiły. Pozostały tylko blizny, wokół których znajdowała się zakrzepła błękitna krew tworząca runy. Jeśli któryś z robotników wypytywał się o niebieskie symbole, Kerd mówił, że są to tylko tatuaże. Bliznami nikt się nie interesował. Wszyscy je tu mieli. Poza tym, niewolnicy dziwili się, że tak cherlawego Elfa dali do tak ciężkiej pracy przy wydobyciu i obróbce Gjurów. 
Każdy dzień mijał tak samo. Pobudka o świcie, rozdanie racji żywnościowych (dwie kromki chleba, zupa z Rakszy oraz eliksir energetyczny – to miało wystarczyć na cały dzień), praca do późna, czterogodzinny sen. Kerd czuł, że stawał się coraz słabszy. Dodatkowo, odczuwał jeszcze zmęczenie Harikassi’ego. 
Elf rąbał kilofem Gjura. Dzisiaj pracował przy obróbce, więc robota była trochę lżejsza. Odpoczął chwilę, oparł się o kilof. Przetarł ręką spocone czoło. Związał sznurkiem w kitkę włosy. Było strasznie gorąco. Wypił resztkę swojego eliksiru. Zauważył, że robotnicy zaczęli ustawiać się w okręg. Słyszał odgłosy walki. Stawał na palcach i próbował coś zobaczyć, lecz bezskutecznie. Chciał poruszyć skrzydłami.....niestety....tak odczuwał ich brak.... 
Przeciskał się przez tłum gapiów. Zagrzewający do walki niewolnicy co chwilę przypadkowo wywracali Elfa. Kerd zauważył, że biją się dwaj Argoni, jeden z klatką piersiową obwiązaną bandażem. Nie udało mu się zobaczyć twarzy....znowu ktoś go wywrócił....podniósł się z trudem...słyszał rozmowę walczących:
-Nie pokonasz mnie cherlawy mieszańcu!
-Żaden plugawy Argon nie będzie mnie obrażał. Zginiesz! 
- Zobaczymy kto zginie. No, na pewno nie ja. Hahaha! 
- Spróbuj tego! – wykrzyknął jeden z walczących. Kerd zauważył, że jeden z Argonów upada na ziemię. Drugi zaczyna go deptać i drapać pazurami. Na pole bitwy wpadł strażnik.
- Przestać! Natychmiast przestańcie! Do pracy! – zawołał. Robotnicy zaczęli się szybko rozchodzić. Wkrótce pozostali tylko Kerd oraz dwaj Argoni. Elfowi coś się nie zgadzało. Jeden z nich miał włosy. Brązowe, grube loki. Przecież jaszczuroludzie nie posiadają włosów....czyżby...
- Xaras? – spytał mag. „Owłosiony” Argon odwrócił się.
- Kerd, ty tutaj? – odrzekł. Pomógł wstać swojemu przeciwnikowi.
- E.....najwidoczniej. – powiedział Elf i uśmiechnął się szeroko. 
Teraz było jakby lżej. Kerd i Xaras pracowali wciąż razem, ramię w ramię. Elf zauważył, że szmata, którą obwiązana była klatka piersiowa Argona jest okropnie brudna. Kiedy rąbali kilofami głazy, mag zaczął:
- Nie boisz, że wtargnie się zakażenie?
- Eee....ja jestem bardzo odporny na choroby. – odpowiedział obojętnie Xaras. 
- Ale przecież masz całkowicie odkryte narządy wewnętrzne. – powiedział Kerd stanowczo. Argon spojrzał na bandaż. Wzruszył ramionami:
- No i co. – rąbali dalej. Po półgodzinie usiedli, aby coś zjeść. Elfowi został tylko napój energetyczny. Xaras podał mu swój chleb.
- Xaras! Przecież to twoje. Nie mogę tego zjeść.
- Bierz i jedz. Tobie jest bardziej potrzebne. Bądź co bądź, nie masz takiej siły jak ja.
- Racja. – Kerd ugryzł kromkę. Patrzył, jak Xaras powoli sączy swój napój. Spojrzał mu w oczy. Były takie smutne, patrzyły w dal. Mag uświadomił sobie, jak Argon bardzo tęskni za wolnością.
- A tak w ogóle jak się tu znalazłeś? – spytał. Xaras odwrócił ku niemu swe oblicze i pogładził się po brodzie.
- Hm.....no byłem w Lesie Szeptów i złapała mnie do klatki ta banda tego oszusta....a ty? Skąd mój cherlawy Kerdzik tu przybył? – zażartował dając Elfowi porządnego kuksańca.
- Złapał mnie Gerard i obciął skrzydła...choć to pewnie zauważyłeś....
- Obciął skrzydła? Jak to! JAK ŚMIAŁ!!! – zagrzmiał. Szybko obejrzał plecy maga. Faktycznie, nie było już na nich skrzydeł. Czemu wcześniej tego nie zauważył? Może dlatego, że Kerd jako jeden z nielicznych robotników nosił często koszulę. A trzeba zaznaczyć, że potrafił już bardzo dobrze maskować skrzydła pod ubraniem. 
- I teraz nie mam już żadnego dowodu....swojego pochodzenia...
Młokos obudził się z ogromnym bólem głowy. Nadal był w klatce z magicznej energii. Podniósł się z trudem i rozejrzał dookoła. Nigdzie nie widział Gerarda. Strzelił w magiczne pręty zaklęciem. Nie poskutkowało. „Jeśli moje potężne czary nie mogą sobie z tym poradzić, to znaczy, że klatką steruje jakiś mechanizm....” – pomyślał Młokos. Nagle uchyliły się drzwi, z których wydobywało się blade światło. Wszedł przez nie jakiś strażnik i rzekł:
- Z rozkazu Gerarda Kerda Niemiena – Dziedzica Korony Etherwind – zostałeś skazany na Pogranicze. – oczy Młokosa zrobiły się wielkie z przerażenia. Pogranicze? Tej kary nie stosowano co najmniej od dwóch tysięcy lat! Proces ten polegał na „wyciągnięciu” jakby połowy duszy z ciała, przez co balansowało się na granicy świata żywych i umarłych. Tego nie da się opisać słowami....Młokos zdołał tylko wydusić:
- O nie.
Rith szwendał się po pałacu szukając swojego Towarzysza. Wypytywał się o niego każdego kogo spotkał. Nikt nic nie wiedział. Wcześniej jakoś nie zauważał, że nie ma Feniksa, gdyż wielki jaszczur najczęściej sam spacerował po korytarzach. Po kilku minutach marszu poczuł dziwny ból w okolicach brzucha. Jakby ktoś do przeszywał tysiącem imadeł. Rozejrzał się dookoła. Pustka, nikogo nie ma. Szedł dalej. Podejrzane uczucie nasilało się wraz ze zbliżaniem się do starych, ciężkich, okutych żelazem drzwi. Otworzył je, wrota zaskrzypiały niemiłosiernie. Znajdował się w ciemnym pomieszczeniu, oświetlonym tylko światłem przygaszających pochodni. Rozprostował skrzydła. Run oznaczający „Feniks” rozjarzył się czerwonym światłem. Doszedł do końca korytarze, przygotowany na najgorsze. Jednak nie przypuszczał, że zobaczy coś tak okropnego. Na ścianie wisiał, przykuty łańcuchami, jego Towarzysz, a obok stała postać wbijająca Feniksowi nóż w brzuch. To stąd ten ból!
- Zostaw go! – zagrzmiał Imperator i cisnął zaklęciem. Postać wylądowała na przeciwległej ścianie. Zleciał z niej kaptur....tajemniczą osobą okazał się być...
- Gerard? – Rith niedowierzał. Na surowym kamiennym murze wisiał jego umierający Feniks, a obok leżał jego własny syn.....syn..... – Co ty robisz? Synu! Opanuj się!
- Czas wprowadzić nowe porządki ojcze. – powiedział ciężko dysząc Gerard. Podniósł sztylet z podłogi i zadał jeszcze jeden cios Feniksowi. Towarzysz wyzionął ducha. Imperator poczuł, jakby ubywało z niego powietrze, jednak żył. Oszust rzucił buteleczkę z żółtym płynem. Roztrzaskała się i uwolniła gaz, który po chwili wypełnił całe pomieszczenie. Imperator stracił przytomność, a Gerard do niego podszedł i odrzekł:
- Nie będziesz nic pamiętał....nic a nic....zaślepiony we własnej głupocie... – otworzył Rithowi usta. Wlał gęsty eliksir...
Kerd coraz częściej zastanawiał się nad planem ucieczki. Przecież musi się za wszelką cenę dostać do Gorack i podać Imperatorowi antidotum. Jednak nic mu nie przychodziło do głowy. Do czasu.
Dzień jak zwykle był gorący. Słońce przygrzewało aż za mocno. Dochodziła nowa dostawa żywności. To była dla nich szansa. W sumie jedynym aktualnym problemem było to, jak znaleźć Harikassi’ego. Xaras obiecał się tym zająć.
Podczas przerwy obiadowej Argon niepostrzeżenie wtargnął do strefy Towarzyszy. Znajdowały się tam najróżniejsze stworzenia. Od małych myszek do pomniejszych smoków. Wszystkie zaprzężone do wozów dziwnych kształtów i rozmiarów. Xaras znał te kamieniołomy lepiej niż ktokolwiek inny. Służył tu w końcu okrągłe trzydzieści lat. 
Odnalezienie Harikassi’ego nie przysporzyło mu większych trudności. Towarzysz Kerda padł z wycieńczenia ciągnąc powóz. Xaras zeskoczył z wielkiego kamienia. Poklepał Kwasowego Pancernika po pyszczku.
- Hari! Wstawaj! No już.
- Co? – Towarzysz ledwie otworzył oczy. – Xaras? Gdzie...ty....co...z Kerdem....
- Nie czas na wyjaśnienia. Ładuj się na plecy i lecimy. 
- Dobrze.... – Harikassi z trudem wlazł na łuskowate plecy Xarasa.
Rozpętała się wichura. Idealna pogoda na ucieczkę. Wtedy odwoływano prace w kamieniołomach, a robotnicy wracali do chat. Cały kompleks był także słabiej chroniony. Który strażnik miałby tyle determinacji, aby stać przez kilka godzin na deszczu, przy okazji z silnym wiatrem. Jednakowoż, w taką pogodę mógł nie przyjechać wóz z dostawą żywności.
Dziś, jak nigdy dotąd, szczęście sprzyjało Kerdowi. Dostawa przyjechała. Trzeba było tylko wkraść się do niego. Xarasa jeszcze nie było, choć uprzedzał, że może się trochę spóźnić. Elf zaczaił się za nieociosanym Gjurem. Lało jak z cebra. Przemoknięty strażnik szybko odebrał żywność. Wóz zaczął odjeżdżać. Kerd rozejrzał się dookoła. Pot wstąpił mu na czoło. Rozpędził się. Skoczył. Ledwo co złapał się krawędzi wozu. Otworzył powoli tylne drzwiczki i wsunął się do środka. Odetchnął z ulgą. Spoczął na podłodze. 
- Ała! – usłyszał czyiś krzyk.
- Co!!!! Wyjdź!!!! – zagrzmiał przerażony. 
- Stoisz mi na ogonie głupku. – Elf oświetlił postać czarem. 
- Xaras? Harikassi?
- A kogo się spodziewałeś? Jenta z zupie?
- No raczej nie. – zaśmiał się mag.


Evolva

ksiondz_lorenzo@o2.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||