::: Elayan :::

Opowiadania

Cykle

Empatia2

Inne Teksty

Komentarze

Baza Linków

Regulamin

[Online]

Posłaniec Śmierci, 5 - Księżniczka


Nastawał nowy dzień, pierwsze promienie słoneczne padały na jeszcze ciche, rozespane królestwo Astorii. Na ulicach było słychać pierwsze rozmowy oraz przejeżdżające karawany. W domach otwierano okna, przez które rozmawiano z przechodniami oraz sąsiadami. W wąskiej alejce pomiędzy innymi budynkami stała mała chatka, do jej wnętrza, przez niewielkie okna wpadały promienie słońca rozświetlając pomieszczenia oraz ukazując przerażoną twarz elfki... 
- Melisanea!! Nie ma go! Nie ma!!
- Co? Co się dzieje? – młoda uzdrowicielka, jeszcze trochę rozespana, nie wiedziała o co chodzi.
- Davis! Nie ma go!
- Co?! – dziewczyna natychmiast wstała i zaczęła się bezcelowo rozglądać. – To niebywałe, żeby z taką raną już wyzdrowiał... Powinien jeszcze leżeć...
- Musimy go znaleźć!
- Tak masz rację... ja znam tę okolicę lepiej, Ty rozejrzyj się wokół domu.
- Dobrze... powodzenia... – Melisanea nie odpowiedziała, właśnie wybiegała z domu trzymając w rękach podwójne ostrze. Aeris jeszcze chwilę stała sama obok łóżka Davisa, myśląc po co uzdrowicielce broń oraz gdzie mógłby być wojownik, po czym wyszła tylnymi drzwiami na zewnątrz. Znajdowała się teraz w wąskiej alejce stworzonej z domów stojących obok siebie. Alejka prowadziła z jednej strony na ulicę, a z drugiej na plac zabaw. Czarodziejka stała przez chwilę w miejscu po czym ruszyła w stronę placu zabaw.
- Nie mógł daleko odejść, musi, po prostu musi gdzieś być w pobliżu... – minęła parę domków i wybiegła na niewielki placyk, na którym mieściła się mała zjeżdżalnia, piaskownica i parę huśtawek. Było to piękne, ciche miejsce. Gdyby były tu dzieci, na pewno było by słychać ich radosny śmiech. Na jednej z huśtawek siedział zgarbiony Davis. Jego dotychczas brązowa kamizelka miała czerwona plamę krwi. Włosy wojownika swobodnie opadały, zasłaniając tym samym jego twarz. Jego miecz był wbity w ziemię obok huśtawki. Aeris wpatrywała się w sylwetkę młodzieńca. Dotychczas i tak niedbała postawa pogorszyła się jeszcze bardziej. Chłopak ledwo utrzymywał swoje ciało na huśtawce. Davis podniósł głowę i spojrzał w bezchmurne niebo, chwile później jego wzrok przeniósł się na jego dłonie, a następnie na wbitą w ziemie broń. Czarodziejka nie była pewna co zrobić, podeszła trochę bliżej i znowu przystanęła... Chłopak wstał i wziął swój miecz, przez chwile mu się przyglądał po czym podniósł do góry, ku niebu. Promienie słoneczne zaczęły się odbijać od jego jasnej i czystej powierzchni, rozchodząc się po całym placyku. Wojownik wyglądał teraz jak jakieś magiczne stworzenie, potężne, ale jednak zmartwione i znużone.
- Davis... – elfka ruszyła w stronę rannego wojownika, gdy była już niecałe dwa metry od niego, ten niespodziewanie wykonał ruch mieczem jakby chciał skrzywdzić Aeris, ale natychmiast schował go do pochwy na plecach.
- Davis... ja... jak się czujesz? – czarodziejka niepewnie spoglądała na młodzieńca.
- A więc jesteś księżniczką? – dziewczyna nie spodziewała się usłyszeć tak szybko tego pytania. – Tak, zapewne jesteś, nikt inny nie przystałby tak szybko na pomoc obcego, chyba, że bardzo by jej potrzebował. – To zdanie wyprowadziło elfkę z równowagi.
- Ja tez nigdy wcześniej nie spotkałam kogoś kto by pomógł ot, tak z dobrego serce, komuś obcemu! – Na twarzy wojownika pojawił się okropny grymas, mający być chyba w zamierzeniu uśmiechem.
- Widzisz, większość życia spędziłem na walce... – chwycił się za ranę na brzuchu i chwilę stał w bezruchu. Bóle nasilały się z każdą chwilą, w której nie odpoczywał – były też jednak chwile gdy studiowałem różne księgi... Jednak najczęściej przebywałem u mego mistrza, Timorela. Wpajał mi on, że należy pomóc każdemu, nawet obcemu gdyż nie wiadomo kiedy sam będę potrzebował pomocy. Był on, nie, on jest, bardzo mądrym i dobrym człowiekiem... to on poradził mi poszukać moich rodziców, rozjaśnić mą przeszłość. Dał mi Ostrze Gniewu, które dostał wraz ze mną i prosił bym na siebie uważał oraz pamiętał o jego naukach... Następnie wyruszyłem w swa podróż i bardzo długo tułałem się samotnie po ziemiach elfów, krasnoludów oraz tych, na których teraz stoję. I kiedy zostałem bez złota i pożywienia...
- Spotkałeś mnie... – Davis nie odpowiedział, tylko skinął głową. Aeris zarumieniła się, nie spodziewała się takiej odpowiedzi, nie myślała, że ktos taki, mógłby tyle o sobie powiedzieć, po tym co się wydarzyło. Nie wierzyła także nigdy, że wojownik, mógłby być tak wykształcony... ponadto imponował jej spokój, opanowanie chłopaka.
- Aeris... – wojownik opuścił głowę, włosy ponownie zakrywały jego twarz – dziękuję, że mi pomogłaś, gdyby nie ty... – czarodziejka nie wytrzymała.
- Gdyby nie ja, nic by ci się nie stało! Zostałeś zraniony tylko dlatego, że nie powiedziałam ci kim jestem! Jak możesz mi dziękować po tym wszystkim? 
- Masz rację, ale gdyby nie ty, być może nie przybyłbym na czas i nie pomógł tym ludziom z farmy. – elfka zaniemówiła, nie przypuszczała by ktokolwiek inny mógłby tak samo rozumować. – Ponadto mam nadzieję, że trafię do królewskiego lekarza i będę miał szansę się dowiedzieć, co księżniczka robiła poza zamkiem.
- O - oczywiście, możemy ruszać nawet w tej chwili.
- A co z właścicielem domu, w którym nocowaliśmy? – chciałbym mu podziękować za gościnę i pomoc. Jego leki mi bardzo pomogły.
- Nie „mu” tylko „jej” i to nie leki ci pomogły, bo... – nie dokończyła, przerwał jej krzyk, dziewczęcy krzyk.
- „AEEERIIIIS”!!!!
- Melisanea... Szybko!! – czarodziejka spojrzała na Davisa, na jego ranę – Albo nie, zostań tu, tym razem dam sobie sama radę. Wojownik nie zdążył odpowiedzieć, elfka właśnie wbiegła do chatki uzdrowicielki. 
- Ech, vaer!! – chłopak chwycił się za brzuch i powoli zaczął biec za Aeris. 
Czarodziejka biegła alejkami, potrącając raz po raz przypadkowych przechodni. Starała się dobiec do miejsca, z którego, wydawało jej się krzyk dochodził. Minęła już kilka budynków oraz alejek, mimo to dalej nigdzie nie było śladu Meliseany. Tymczasem przez chatkę uzdrowicielki, a następnie z alejki na ulicę wyszedł krwawiący chłopak. Stanął na środku ulicy i chwilę się rozglądał. Starał sobie przypomnieć, z której strony dobiegł kobiecy krzyk. Jego zamyślenie przerwał następny krzyk.
- Naer miliath!! – Davis i Aeris równocześnie ruszyli w stronę potrzebującej pomocy dziewczyny. Biegnąc, wojownik myślał nad przed chwilą usłyszanymi słowami, wydawało mu się, że już je kiedyś słyszał... 
Elfka właśnie mijała kolejny budynek gdy zobaczyła w wąskiej alejce zielony blask. Natychmiast ruszyła w jego stronę. W ciemnym zaułku dostrzegła jak trzech mężczyzn, próbuje swymi mieczami przebić się przez zieloną kulę, w której znajdowała się Melisanea. Uzdrowicielka klęczała i podtrzymywała zaklęcie, jej broń znajdowała się parę metrów dalej.
- Meleroth!! – w stronę jednego z napastników poleciał piorun, trafiony natychmiast padł martwy na ziemię gdyż nie miał na sobie żadnej zbroi, która mogłaby choć trochę go ochronić. Reszta zabójców natychmiast rzuciła się na elfkę, która zaczęła się bronić laską. Następnego zaklęcia nie zdążyłaby wmówić... W miedzy czasie Melisanea próbowała odzyskać swą broń lecz jeden z dwóch pozostałych przy życiu mężczyzn zauważył uzdrowicielkę idącą w stronę podwójnego ostrza i natychmiast pobiegł w stronę broni. Dziewczyna rzuciła się w stronę swego oręża, chwyciła je w locie i wykonała przewrót do przodu. Napastnik stał zaskoczony precyzja z jaką dziewczyna wykonała te parę ruchów, jednak szybko powrócił do siebie i zaczął napierać na Melisenaę. Ta jednak bez problemu odparowywała ataki jednego przeciwnika i wkrótce szala zwycięstwa zaczynała się przechylać na jej stronę. Coraz częściej jej niedoszły oprawca musiał się bronić przed ciężkimi atakami dochodzącymi z lewej jak i prawej strony. Dzierżąc tylko jeden miecz miał duże problemy z bronieniem się przed podwójnym ostrzem. Aeris tymczasem umiejętnie blokowała ciosy napastnika, jednak nie miała szansy by sama przeprowadzić atak. Była coraz bardziej spychana do obrony.
- Nie powinnaś była się mieszać do tej walki. – blok uderzenia nadchodzącego z lewej strony. – Teraz będziesz musiała zginąć, jesteś zepchnięta do obrony, koniec z tobą. – Czarodziejka niechętnie przyznała rację napastnikowi, ledwo unikała ciosów, a z ich blokowaniem było jeszcze gorzej. Była zbyt słaba. Jeszcze parę uderzeń i będzie po walce.
- Aeris!! Wytrzymaj! – uzdrowicielka wykonała właśnie piruet wytrącając swemu przeciwnikowi broń z ręki, po czym jeszcze raz jakby w zwolnionym tempie obróciła się wokół własnej osi, jej włosy były niesione przez wiatr, ostrze przecinało powietrze by za chwilę znaleźć się w brzuchu łowcy, który stał się ofiarą. Melisanea obróciła się by pospieszyć elfce na pomoc lecz zatrzymała się w miejscu. Oglądała jak zabójca podnosi ostrze by zadać ostatni cios. Widział jednak jeszcze coś, a raczej kogoś. Zza rogu wybiegł właśnie młody mężczyzna trzymający się za brzuch z wyciągniętym mieczem. Był blisko zabójcy, mógł zdążyć powstrzymać cios.

***

Nie zdążę dobiec – pomyślał Davis – za chwilę będzie za późno... – to był impuls, chwila. Wojownik schował Ostrze Gniewu do pochwy, uzdrowicielka krzyknęła, nie wiedziała co miał zamiar zrobić biegnący chłopak, ale schowanie broni nie było dobrym rozwiązaniem. – Musi się udać, musi... – Davis wyciągnął zza pasa mniejszy miecz i rzucił nim w stronę zabójcy.


Elayan

elayan@interia.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||