
::: Konrad Staszewski :::
Następca Króla Arthura, Rozdział 6
“Księga Przeznaczenia – KLĄTWA MAGA”
Prolog:
“... W dwa dni później, gdy już prawie wszystko było gotowe do kolejnej zbrojnej wyprawy, przy pełni księżyca w zamku zjawiła się dość osobliwa postać i natarczywie domagała się widzenia z właścicielem. Zbudzony ze snu w środku nocy Koloman niechętnie zgodził się na udzielenie nieznajomemu nieoczekiwanej audiencji.
Przyjął go w nowo wybudowanej Sali Spotkań pod Orłem. Był tam troszkę wcześniej by w ciszy i spokoju rozważyć sytuację. Gdy gość został zadenuncjonowany i wszedł, Kolomanowi ukazał się dziwny widok. Na wprost niego stał średniego wzrostu mężczyzna. Jego całe ubranie składało się z szarej tuniki, przepaski na biodrach tegoż samego koloru i skórzanych sandałów. Wzrostem przypominał krasnoluda. Obrazu tego dopełniał wydatny brzuch.
Celt miał wrażenie, że zna przybysza od długiego czasu. Z jego czarnych oczu bił niesamowity magnetyzm. Koloman, w czasie pierwszej rozmowy z gościem, bacznie przyglądał się jego twarzy. Gęsta, krótko i równo przystrzyżona broda wykazywała znaki szarości, chociaż przybysz nie mógł liczyć więcej niż pięćdziesiąt lat. Koloman dałby mu najwięcej dwadzieścia pięć. Jego małe i wąziutkie usta mocno kontrastowały z głęboko osadzonymi, krzaczastymi brwiami.
Pomimo takiego wyglądu Celt wyczuł w nim szczerą, przyjazną duszę. Wrócił wspomnieniami parę lat wstecz i przypomniał sobie Taliesina Merlina – postać tak nierealną, że może prawdziwą. To jest ta obiecana pomoc? Po kilkunastu spotkaniach i rozmowach i przeprowadzonym drobnym śledztwie Koloman postanowił mu zaufać.
Opowiedział mu w skrócie ostatnie wydarzenia. Chciał mu nawet przybliżyć nieco swoje poprzednie przygody. Nie umiał ukryć zdziwienia gdy przybyły powiedział, ze zna jego Księgę Przeznaczenia.
Celt nie miał już dłużej żadnych wątpliwości. To musiał być posłaniec Merlina. Koloman odprowadził wzrokiem gościa, a gdy drzwi się za nim zamknęły wstał i zaczął krążyć niespokojnie po komnacie. Wszystko było gotowe do kolejnej ofensywy na złowrogiego maga, który coraz bardziej już zagrażał Wyspie Przeklętych. Wystarczyło tylko wydać rozkaz i Koloman taki rozkaz wydał ...”
TŁUMACZENIE Z:
KOLOMAN: KSIĘGA PRZEZNACZENIA.
Jak jeden mąż stawiło się w komnacie siedmiu wojowników. Byli do siebie tak podobni, że na pierwszy rzut oka można byłoby pomyśleć, iż są braćmi. Wszyscy równego, średniego wzrostu, o ciemnej karnacji i ubrani w metalowe, łuskowate zbroje. Koloman stał przed nimi wyprostowany i przyglądał się tubylcom. Musiał nimi mocno zasilić szeregi swej armii. Teraz było ich więcej niż piratów z Mrocznego Stowarzyszenia, ale po tylu wspólnie przeżytych przygodach byli to ludzie, którym można było już zaufać, nawet powierzyć swe życie w ich ręce. Przynajmniej tak mu się zdawało.
Ale pomimo wydanego rozkazu Celta wojownicy nie ruszyli się z miejsca, stali jak skamieniali. Twarz Kolomana uległa diametralnej zmianie. Jego rysy z łagodnych stały się wyraźne, ostre jak u zwierzęcia. Ściągnięte brwi podkreślały przekrwione, zmęczone i wściekłe oczy. Wojownik skoczył pod ścianę z szybkością zrywającego się do lotu kondora, który upatrzył swoje śniadanie. Zdjął ze ściany swój cenny miecz i w ułamku sekundy był przy tubylcach. Przyłożył jednemu z nich ostry oręż do gardła a gdy nadal się nie ruszali, przycisnął go mocniej.
Kolomana opanowała ślepa furia. Już nie był taki jak kiedyś, teraz był zapalczywy i skory do walki. Życie w żali i ciągłym smutku po stracie Lilith Przeklętej, Lilith Wspaniałej go zmieniła.
- Ruszamy! – Powtórzył podniesionym, ochrypłym głosem.
To też nie dało żadnego rezultatu. Tylko z szeregu wystąpił środkowy, najstarszy ze wszystkich wojownik i zaczął coś mówić ale znak Celta go skutecznie uciszył.
- Nie chcę słyszeć żadnych wymówek! – Krzyczał Koloman.
Wojownik posłusznie cofnął się na swoje miejsce w szeregu a Koloman kontynuował:
- Jakiś czas temu wasza Rada Starszych usilnie błagała mnie o pomoc w walce przeciwko czarnoksiężnikowi. Zgodziłem się i pomimo mojego wieku i zmęczenia osobiście poprowadziłem Was i swoich ludzi do kilku potyczek, które przegraliśmy ze szczętem. Straciłem wielu ludzi. Teraz nadszedł czas na kolejną wyprawę i oczekuję waszej pomocy i poparcia. Nie przyjmuję do wiadomości żadnego sprzeciwu i nie zniosę kolejnej porażki. Myślę, że wyraziłem się jasno.
Nastąpiła długa, krępująca cisza, której nikt z obawy przed srogim Kolomanem nie odważył się przerwać. Każdy bowiem wiedział jakimi to konsekwencjami może się skończyć, a nikt nie chciał ryzykować. Przerwał ją dopiero sam Koloman. Uspokoiwszy się nieco zapytał:
- Słucham. Zdaje się, że chcieliście mi coś powiedzieć?
Przypiął pas i schował Magiczny Miecz do pochwy. Wojownik, który miał przyłożony oręż do gardła, wytarł wierzchem rękawicy strużkę krwi spływającej z lekkiego nacięcia na tętnicy. Koloman wiedział co robić aby tylko nastraszyć wojownika, dosyć skutecznie ale nie robiąc mu wielkiej krzywdy, choć czasem okoliczności go do tego zmuszały.
- Słucham. – Powtórzył Celt.
Wojownik stojący w środku szeregu ponownie wystąpił do przodu i otworzył usta aby coś powiedzieć ale słowa nagle jakby zamarły mu w gardle. Zaczął się krztusić. Widział jak Koloman znów zaczyna czerwienieć na twarzy ze złości i odruchowo cofał się po kilka kroków w stronę drzwi. W jego oczach Koloman dostrzegł oznaki narastającej paniki. Celt chciał się opanować ale nie potrafił. Ruszył w stronę tubylca z zamiarem uspokojenia go ale ten najwyraźniej źle odczytał jego intencje i rzucił się biegiem w stronę wyjścia z komnaty.
*
Koloman stanął w bezruchu zaskoczony reakcją podwładnego. Szybko jednak zrozumiał co się stało. Także chciał coś powiedzieć co by zatrzymało ale nie zdążył. Tak samo jak wojownik nie zdążył opuścić komnaty.
Wojownik dobiegł do drzwi ale okazały się zamknięte. Zanim drugi raz sięgnął do mosiężnej klamki spojrzał raz jeszcze w stronę Kolomana i swoich pobratymców. Ale “przeciwnicy” nie ruszyli się z miejsca. Postanowił wykorzystać tą sytuację. Sięgnął do klamki i ją pociągnął. Pomimo użycia całej siły drzwi ani drgnęły. Obejrzał się do tyłu i zobaczył jak Koloman zmierza w jego kierunku. Myślał, że Celt chce na nim wyładować swą złość. Rozpaczliwie szarpał za klamkę jakby pętlą szubienicy zaciskającą się na szyi skazańca. Dyszał tak mocno, że płuca omało nie wyskoczyły mu z piersi. Momentalnie zrobił się różowy na twarzy po czym cała krew mu odpłynęła, miał wrażenie, że do stóp i stał się blady jak płótno.
Niespodziewanie opór ustąpił i drzwi się otworzyły z taką siłą, że wyleciały z zawiasów a wojownik pragnący wyjść został wyrzucony w powietrze i upadł z głuchym trzaskiem na środku komnaty. Koloman stanął skamieniały gdy w otwartych drzwiach ukazał się, przyjęty w gościnę jakiś czas temu, następca Merlina. Unosił się w powietrzu, lewitował i bezszelestnie wleciał niesiony niewidzialnym powiewem wiatru do sali. Ten sam nierealny rozwiewał nogawki, rękawy i poły zielonej szaty wyszywanej cekinami. Na szyi i na rozłożonych w geście pojednania rękach dźwięczały wiszące złote bransolety, łańcuszki, a na palcach sygnety i różnorakie pierścienie. Całą komnatę wypełniło błękitne światło promieniujące od jego serca.
Koloman otrząsnął się z pierwszego wrażenia. Pozostali wojownicy stali jakby wykuci z kamienia. Ich proste rozumy, nie przyzwyczajone do takiego widoku, nie umiały pojąć tego co się stało.
Celt ruszył w stronę maga.
- Jak śmiesz mi przeszkadzać?! Robinie, to, że Cię przyjąłem pod swój dach i parę razy udzieliłeś mi swojej pomocy nie upoważnia Cię do zbytniego ingerowania we wszystkie aspekty życia tej wyspy!
Czarnoksiężnik uniósł rękę na wysokość ramienia, rozłożył do tej pory złożoną w pięść dłoń, po środku której pojawiła fioletowo-przeźroczysta kula, jakby uformowana z jakiegoś nieokreślonego gazu lub pyłu. Skierował ją w stronę zbliżającego się Kolomana.
Celt zatrzymał się w pół drogi z podniesioną prawą nogą. W jego oczach przemknął cień wątpliwości. Nie raz już miał do czynienia z różnymi czarnoksiężnikami aby wiedzieć, że nie warto rozpoczynać z nimi jakiejkolwiek wojny. Poza ty nie był już młody i przez ostatnie lata zmienił swoje zdanie o magach. Stwierdził, że nie wszyscy są całkowicie wyzuci z dobrych uczynków i uczuć. Robin nie raz udzielił mu już swojej pomocy i może będzie to robił dalej.
Ponownie spojrzał na uniesioną w ostrzegawczym geście dłoń. Magiczna kula nie zapowiadała niczego przyjemnego dla swojej ofiary. Kilka razy widział na własne oczy co Robin robił ze swoimi przeciwnikami. Najwymyślniejsze tortury czy wyciągnięcie serca z żywego ciała i rozszarpywanie go przez różne demony na oczach cierpiącej, umierającej w konwulsjach ofiary. Czynił to tak umiejętnie, że żadne nerwy nie zostawały przy tym uszkodzone. Dopiero później pozbawiał ją życia, ale w taki sposób aby już więcej nie cierpiała. Ale to wszystko było tylko namiastką tego co potrafił ów Człowiek z Nikąd. Koloman bał się pomyśleć co mogłoby mu się stać gdyby wyprowadził Robina z równowagi. Zapytaj mniej już wzburzonym głosem:
- Dlaczego mnie powstrzymałeś?
- Bo mam dla Ciebie ważne informacje jak sądzę. A poza tym mogę Ci się przydać w walce z tym Potężnym, jak on sam siebie nazywa.
- W takim razie nie przedłużaj mojej niepewności tylko mów. – Powiedział Wybrany.
- Panie, wolałbym na osobności, w cztery oczy.
Koloman spojrzał na niego podejrzliwie ale rozkazał tubylcom opuszczenie komnaty.
- Zaczekajcie przed drzwiami!
Drzwi na nimi zamknęły się z cichym trzaskiem.
**
Gdy został sam z Robinem usiadł wygodnie w fotelu. Wyraźnie się uspokoił, oddychał powoli a rysy twarzy mu nieco złagodniały. Opanował także swój głos i teraz brzmiał prawie normalnie.
Robin zbliżył się do niego i stali przez chwilę w milczeniu naprzeciwko siebie. Mag przełknął ślinę. Zastanawiał się co powiedzieć Celtowi. Nie miał dobrych wieści i nie wiedział jak je ubrać w słowa. Długo jednak nie wytrzymał tej krępującej ciszy i wpatrzonego w siebie wzroku Kolomana, który tymczasem wstał i ponownie usiadł w fotelu i spoglądał na jego zatroskaną twarz.
- Panie, nie mam zbyt dobrych wieści. Wszystkie znaki na niebie i ziemi świadczą o tym, że tak łatwo nie zwyciężymy. Na nieboskłonie coraz częściej pojawiają się sępy, już nawet w dzień latają. Zataczają szerokie kręgi nad wyspą i Twoim zamkiem. Dzieci Nocy nie dają się ugłaskać, wyją nieubłaganie. To wszystko wróży wiele przelanej krwi. Na domiar złego Twoja Gwiazda Przewodniczka jest ledwo widoczna.
- W ogóle jej nie widać. – Wtrącił smutnym głosem Koloman.
- Gdyby jej w ogóle nie było widać tak jak to przedstawiasz, Panie, to by oznaczało, że zgasła lub gdzieś spadła, a i Ty byś już nie żył.
- To prawda, ale i tak bardzo słabo się już czuję. Nie wiem ile czasu mi jeszcze zostało.
Usłyszawszy to mag zamyślił się. Oczy zasnuły mu się mgłą. Został wysłany aby pomóc Celtowi, aby go uratować a jest wręcz odwrotnie. Dzieje się z nim z każdym dniem coraz gorzej. W najgorszym wypadku trzeba będzie zawrzeć pakt z demonem. Ale jeszcze nie nadszedł ten czas.
- Panie, ale to nie koniec. Ów czarnoksiężnik jest bardzo potężny. Ponadto sprzymierzył się z niejaką Boginią i wiedźmą.
Kolomana wyraźnie zainteresowało to co mówił Robin i nie śmiał mu przerywać.
- Panie, myślę, że imię Morgan la Fee bynajmniej nie jest Ci obce. – Robin zamilkł na chwilę i przyglądał się reakcji Celta.
Kolomana przestał już razić dziwny akcent Robina. Chociaż ten Człowiek z Nikąd wyśmienicie porozumiewał się ojczystym dla Celta języku, można było wyczuć w nim wiele obcych naleciałości. Mag zresztą nigdy nie powiedział z jakiego kraju pochodzi.
Koloman wrócił pamięcią w daleką przeszłość. Morgana – tak, to imię wiele wyjaśniało. Siostra przyrodnia Króla Arthura, której jedynym cele w życiu była chęć zemsty na Arthurze i Merlinie. Teraz po śmierci ich obu mogła szukać zadośćuczynienia utrudniając życie jemu. Chociaż przez wiele lat nie było o niej żadnych wieści, Koloman wiedział, że Ona żyje. Czuł to w kościach. I z pewnością coś knuła. Nikt nie wiedział jak udało się jej przeżyć nocne spotkanie z synami, którzy byli pewni, że ją nagą usiekli. Za to jedno był pewne, że jej kochanek Lamorak nie żył. Nie był on ani pierwszym ani ostatnim w jej życiu. Była czarownicą i mogła mieć każdego kogo tylko chciała. Wiele razy miał już do czynienia z jej dziećmi, kilku nawet usiekł w bitwach, bo zdradzili tradycję Arthura, ale nie wątpił, że jeszcze nie raz się z nimi spotka. Ciekawe co teraz wymyśliła.
Koloman na samą myśl o tym uśmiechnął się pomimo tego, że cała ta sytuacja bynajmniej nie napawała optymizmem. Tym bardziej, iż przeczuwał, że to jeszcze nie koniec złych wieści. Jego myśli wróciły z powrotem do Komnaty Gościnnej.
- Chyba domyślam się gdzie jest Księżniczka Marza. To nie jest pewne, ale zapewniać Cię, Panie, że żyje i nic jej nie grozi.
Celt na te słowa nastawił uszu jak wilk, który śpiąc usłyszał w pobliżu swego legowiska niepokojący dźwięk. Poderwał się z fotela i w ułamku sekundy dopadł Robina. Chwycił go za poły płaszcza, nie zważając na niebezpieczeństwo kryjące się w jego oczach i rozkazał:
- Gadaj co wiesz!
- Panie, obawiam się, że Twoja ukochana przebywa u niej w jaskini, czy w jakimś zamku. Prawdopodobnie jest z nią związana jakimiś silnymi więzami i została przez nią wezwana.
- Ale gdzie Ona jest?!
- Panie, jeżeli moje przypuszczenia się potwierdzą, to nie będzie łatwo ją odnaleźć. Morgana na pewną ją gdzieś ukryła.
Koloman wyjął Ekskalibura z pochwy, chwycił go oburącz i uniósł do góry przed sobą, ostrzem na wysokości swojej piersi.
- Tak czy inaczej żeby do niej dotrzeć trzeba najpierw pokonać tego Nawiedzonego Maga. – Stwierdził ze złością. – A do tego będę potrzebował Twojej pomocy.
- Oczywiście, Panie, możesz na mnie liczyć.
Odpowiedział Robin a w sobie zdusił wszelkie obawy. W duchu pomyślał:
- “W Twoim stanie to może nastręczać wiele trudności. Nie mam takiej mocy aby uchronić Cię od śmierci, ale ma ją Twój przeciwnik. Nie pokonamy go, ale możemy się z nim ułożyć. Tylko za jaką cenę?”.
Koloman skierował swe kroki ku drzwiom komnaty a Robin podążył w ślad za nim. W hallu czekało sześciu uzbrojonych tubylców.
- Ruszamy! – Rozkazał.
Wojownicy spojrzeli na Celta a później na Człowieka z Nikąd. Mag skinął potwierdzająco głową i żołnierze rozbiegli się w różnych kierunkach.
Koloman przebiegł już pół drogi oddzielającej go od stajni. Stajenny, dwudziesto paroletni wojownik spojrzał na niego zaskoczony. Skłonił się do pasa. Celt mimo tak krótkiej przechadzki był cały mokry. Sam oporządził swego konia, wybrał najwygodniejsze siodło. Wskoczył na nie, wcześniej poczęstowawszy konia kilkoma kostkami cukru i poklepawszy go lekko grzywie, i przeskoczył przez ogrodzenie. Nie czekał aż stajenny mu je otworzy. Młody wojownik nie mógł ukryć swego podziwu dla wyczynu Kolomana. Jedynie z opowieści starszych wiedział o wcześniejszych wyczynach Celta.
Ułamki sekundy później Koloman siedział na swoim gniadoszu i czekał na swoją armię na Placu Zamkowym. Przyjechali kłusem i ustawili się w sześciu szeregach. Każdemu oddziałowi przewodził jeden z tubylców mianowanych na generałów. Wszyscy jednak podlegali Kolomanowi. Zsiedli i ukłonili mu się w pas, po czym ponownie dosiedli swych wierzchowców.
Teraz z kolei zsiadł sam Koloman. Osobiście sprawdził szyki, uzbrojenie i zbroje podwładnych. Zajęło to kilka minut. Pod jego dowództwem wyruszało sześciuset, gotowych oddać za niego własne życie, wojowników. Przynajmniej tak mu się wydawało. Stanął naprzeciw nich, wyjął z pochwy Ekskalibura i krzyknął:
- Przysięgam na ten Cudowny Miecz moich przodków, że zwyciężymy, nie dzisiaj to jutro ale wygramy. Choćbym miał zginąć na polu bitwy. Przysięgam to bogom i Tobie – Lilith.
Wskoczył na siodło i spiął gniadosza ostrogami. Ogier pognał niczym wicher. Za nim ruszyli pozostali. Wszyscy kierowali się w stronę mostu zwodzonego.
Robin został w swojej komnacie. Przyglądał się wyjazdowi wojska przez na wpół otwarte łukowe okno i okiennice. Pomachał im na pożegnanie i uśmiechnął się lekko. Chociaż tak naprawdę nie było mu do śmiechu. Zdawał sobie sprawę, że nie będzie to łatwa przeprawa i nie zakończy się zwycięstwem Kolomana. Ale póki postanowił na razie tylko obserwować bieg wydarzeń i pomóc dopiero w ostateczności. Ale z drugiej strony może to rozstrzygnąć dalsze losy Celta. Robin był teraz na rozdrożu. Nie wiedział co robić. Mimo pozorów Księga Przeznaczenia Kolomana nie tu miała się zakończyć. Z każdą chwilą dopisywało się do niej czarodziejską mocą kolejne zdanie lub cały akapit.
Mag zastanawiał się gdzie może być siedziba Nienasyconego Maga. Na pewno nie ma jej tam gdzie skierował swą wyprawę Koloman, na pewno nie w lesie.
Usiadł na środku komnaty, przy drewnianym długim stole, nakreślił w powietrzu półkole i wymamrotał coś w niezrozumiałym nikomu języku. Potrząsnął jedną ręka wyciągając wskazujący palec jakby komuś coś przykazywał lub komuś groził. Z drugiej ręki, z poły rękawa wysypał czarny i zielony proszek zapachem przypominający ziele Lotosu. Gdy Robin siadał na ławie stół był pusty, lecz proszek z jego rękawa leciał wprost do glinianej misy na nim stojącej.
Drzwi do komnaty magika były zamknięte ale wojownik stojący za nimi i obserwujący go przez dziurkę od klucza widział wszystko dokładnie. Nie umiał powiedzieć co się dzieje ale był pewien, że nic dobrego. Należało działać szybko. Samemu niczego nie dokona, potrzebował wsparcia. A czasu było mało. Z czarnoksiężnikami nie ma żartów a on nigdy nie zaufał do końca Robinowi. “Demon to demon a mag to mag” – taka była jego życiowa dewiza. Z drugiej jednak strony ciekawiło go co się dalej stanie, postanowił więc zaczekać jeszcze chwilę i obserwować bardzo bacznie Człowieka z Nikąd.
Ten natomiast nadal siedząc na ławie uniósł się w powietrzu. Lewitował nad stołem. Otoczyła go mgła wydobywająca się z misy z proszkiem. Mag zamknął oczy jakby zasnął. Czuł jak unoszą go niewidzialne skrzydła mieszkanek Avalonu, także otoczonego mgłą. Opanowała go nierealna lekkość i błogość. Wiedział, że za chwilę dozna wizji. Cały pokój wypełnił się mgłą i pyłem. Dziwny proszek pachniał jak opium. Wokół maga utworzył się magiczny krąg, utworzony z żywego ognia. W jego obwodzie symetrycznie powstały przerwy, które nie płonęły. Było ich dokładnie dwanaście. W te miejsca miały z czasem wejść przedmioty, które je wypełnią.
Podglądający to z ukrycia wojownik był tak zafascynowany tym co się w komnacie dzieje, że bał się nawet poruszyć aby nie uczynić żadnego hałasu mogącego zdradzić jego obecność. Na jego oczach krąg ognia otaczający lewitującego maga przeobraził się w czerwoną płynno-lotną masę. Substancja ta z kolei uniosła się w powietrze i zawisła pod sufitem pośrodku komnaty. Wojownikowi źrenice się rozszerzały i o mało nie krzyknął ze zdziwienia gdy ta masa znów zmieniła kształt. Teraz przedstawiała ognistego smoka.
Ale więcej nie zobaczył bowiem wystraszył się, bał się o swoje życie i czmychnął spod drzwi niczym pies z podkulonym ogonem. Wzrok maga spoczął na dziurce od klucza i był jadowity jak język legendarnej Szczekającej Bestii. Wojownik nie wiedział gdzie się ukryć. Czarnoksiężnik za pomocą swej szatańskiej mocy go wszędzie odnajdzie. Ale teraz musiał walczyć o swoje życie, nic innego nie było ważne. Trzeba było pozbyć się maga za wszelką cenę, bo zagrażał on nie tylko jego życiu ale także istnieniu całej wyspy. Ale żeby móc uratować wyspę trzeba najpierw samemu przeżyć.
Robin wyraźnie odczuwał czyjąś obecność w pobliżu. Miał zamknięte oczy, nie musiał ich otwierać żeby wiedzieć, że ktoś go obserwuje. Ktoś kto może okazać się zdrajcą. Ale nie to teraz było najważniejsze. To co ujrzał przed chwilą w swojej wizji napawało go lękiem. Koloman nie mógł jechać do lasu bo to miałoby tragiczne konsekwencje. Straciłby za dużo czasu, nerwów a i tak by nic nie znalazł.
- Trzeba się z nim skontaktować. – Powiedział sam do siebie półgłosem.
Ale nie tylko wojownik go obserwował, obserwował go ktoś jeszcze, ktoś bardzo potężny czego Robin nie był w stanie się nawet domyślić. Ktoś śledził każde, nawet najmniejsze jego posunięcie.
Tymczasem żołnierze pod dowództwem Kolomana wkroczyli już w gęstwinę. Niebo zachmurzyło się mocno i na ich szyszaki spadły pierwsze krople deszczu. Z początku była to lekka mżawka ale wkrótce przerodziła się w siarczystą ulewę. Trwało to może kwadrans, potem znów przerodziła się w mżawkę – prawie nieodłączną w tej części Świata Zapomnianego. Pomimo tego, że opady trwały zaledwie kilkanaście minut, to wojownicy cali przemokli. Ważyli teraz dwa razy więcej aniżeli normalnie. Niektórzy nawet zdejmowali zbroje. Konie także nie miały już siły, nogi im się uginały pod ciężarem jeźdźców. Wjechali już w koleją gęstwinę, minęło pół dnia a nie dostrzegli jeszcze niczego podejrzanego.
Koloman zarządził odpoczynek. Za jego przykładem wszyscy zsiedli z koni, rozkulbaczyli je i zaprowadzili do pobliskiej, płynącej wartko z niewidzialnego źródła, rzeki. Potem wyjęli z juków owies, nakarmili je i dopiero sami zaczęli się posilać. Po zjedzeniu pieczonego, soczystego kurczaka ze świeżym, ciepłym jeszcze chlebem i popiciu solidną porcją grzanego, czerwonego wina ( lub piwa – co kto wolał ) wszystkich ogarnęła usilna chęć drzemki. Koloman chciał jechać dalej ale widział, że jego towarzysze padają z nóg. Położył się na świeżej ściółce ale nie mógł, a może nie chciał zasnąć. Ponad zmęczenie odczuwał tylko jedno przemożne pragnienie, pragnienie, które tylko jedno mogło ugasić: jak najszybsze zakończenie walki z Nienasyconym Magiem i odnalezienie ukochanej księżniczki. Leżał więc nadal z otwartymi oczami i nie mógł opędzić się od przytłaczających go myśli.
Robin otarł aksamitną chustką zroszone potem czoło. Za oknami ukazujący się Bóg, Pan Nocy mijał się na nieboskłonie ze znikającym z wolna Promienistym Bogiem. Nie podali sobie rąk na powitanie. Nigdy tego nie robili, bo Pan Dnia był zły na Ojca Nocy za to, że tamten nagminnie kradnie mu odrobinę światłości. Dzień zbliżał się ku końcowi a od Kolomana nie napływały żadne wiadomości, ba Robin czynił największe wysiłki ale nie mógł się z nim skontaktować.
Latał po pokoju, odbijał się od ścian niczym piłka kauczukowa ale nie robił sobie przy tym siniaków. Nie umiał się skupić. Jego myśli krążyły wokół wojowników ale odczuwał silny wpływ negatywnych fluidów błąkających się w pobliżu, które utrudniały mu transmisję. Ktoś lub coś zakłócało mu łączność. To sprawka Zachłannego Maga lub tej wiedźmy Morgany. Dobry czarownik postanowił prosić o pomoc kogoś silniejszego i bardziej doświadczonego – jednego z Wielkich Magów, ale obawiał się, że mógł zapomnieć sposobu skontaktowania się z nim. Wiele lat minęło od ostatniego razu. Łatwiej było gdy został przez niego zesłany ale o wiele trudniej było porozumieć się z nim z ziemi. A Robin był już mocno zmęczony.
Opuścił się powoli na ławę, oparł ręce na blacie stołu i ukrył twarz w dłoniach.
Kolomana jednak niespodziewanie zmogła senność. Nie zdawał sobie nawet sprawy kiedy. Nie zbudziły go nawet pohukiwania sowy czy odgłosy żerujących zwierząt. Sępy i jastrzębie zataczały coraz mniejsze kręgi nad wyspą. Ale Celt śnił.
Dookoła niego w górach, wśród wysokich, kamienistych szczytów była polana pośrodku której stał mały brązowowłosy chłopiec. Zaledwie dwunastoletni. Całe jego skórzane, poszarpane odzienie, krwawiące ran rany na całym ciele i złamany nóż świadczyły o niedawno stoczonej morderczej walce z jakimś potworem. I rzeczywiście bitwa była wielce wyczerpująca, a potworem który został pokonany był, leżący pod stopami chłopca dorodny tygrys szablo zębny, który nie wiadomo skąd się wziął w jego ojczystych górach. Było to rzadko spotykane stworzenie. Jak się później okazało w porównaniu z innymi, które spotykał w dalszym życiu było to nic. W porównaniu z bogami i demonami ten tygrys był zaledwie muszką ale jemu - chłopcu wydawał się najstraszniejszym potworem.
Siedział ze skrzyżowanymi nogami na miękkiej polanie, którą ze wszystkich stron otaczał gęsty, nieprzenikniony bór. Naprzeciwko niego stał rosły, przeszło trzy razy starszy mężczyzna w skórzanych, czystych bryczesach i takich samych, wysokich, do samych kolan butach. Stał górując nad brudnym, obdrapanym chłopcem i śmiał się do rozpuku, serdecznie się śmiał. Ale gdy tylko zobaczył do żywego mięsa rozoraną rękę natychmiast przestał się śmiać. Chłopiec nadal miał wbity ząb zwierzęcia. Mężczyzna patrzył teraz na niego z litością w oczach. Podszedł do niego i uważnie obejrzał jego ranę. Nie wyglądało to najlepiej. W każdej chwili mogło wdać się śmiertelne zakażenie. Znalazł wśród gałęzi dwa kawałki krzemienia, zebrał trochę gałęzi i na środku polany rozpalił ognisko. Zagrzał nad nim trzymany do tej pory w pochwie miecz. Gdy stał się już czerwony i gorący przyłożył go do rany. Chłopiec zacisnął zęby ale mimo to i tak zawył z bólu. Mężczyzna odłożył miecz i sięgnął do kieszeni bryczesów. Wyjął blaszany kubeczek i liść Czarnego Lotosu. Starł w rękach ziele i sproszkowane wsypał do kubka. Zalał je wodą z pobliskiego źródła wypływającego z pomiędzy skał. Gdy zmieszana substancja zaczęła się gotować i parować, a jej woń rozchodzić się dookoła, dał ją wypić chłopcu. Był to rodzaj narkotyku, który miał uśmierzyć ból. Gdy jego oczy zrobiły się mętne, osnute mgłą i gdy chłopiec zaczął się zataczać z osłabienia, kazał mu usiąść. Sam wziął ponownie do rąk miecz, znów zagrzał go nad ogniem i przyłożył mu do krwawiącej rany. Chłopiec tym razem nie krzyknął. Myślami szybował już w przestworzach innych światów.
***
Trwało to ładnych kilka dni nim chłopiec, trzynasto już letni wreszcie odzyskał przytomność. W tym czasie starszy mężczyzna przyjął do swego Altramu kolejnych podopiecznych. Teraz nie miał już dziesięciu a dwa razy większą liczbę chłopców i dziewcząt, których uczył sztuki przetrwania w lasach, bez wody, pożywienia, uczył ich walki ze zwierzętami i nie tylko. W zanadrzu miał przygotowane jeszcze różnego rodzaju turnieje, konkurencje zręcznościowe i inne mniej przyjemne niespodzianki.
Piątego dnia chłopiec po raz pierwszy otworzył oczy i wypił łyk wody, po czym usnął ponownie. Targały nim dreszcze i trawiła czterdziestostopniowa gorączka. Często siadali przy nim przyjaciele w różnym wieku z Altramu i młoda dziewczyna, piękność o złotych, długich włosach, której imienia nigdy nie poznał. Ale miał przeczucie, że jeszcze kiedyś w życiu spotka tą blondynkę. To Ona miała być jego Graalem. Niektórzy mówili o niej, że jest Księżniczką a inni Przeklętą. Wszyscy chłopcy byli nią czarowani i nie zwracali uwagi na inne dziewczyny. Ale Ona swe serce oddała tylko jednemu. Gdy tak siadali koło niego, opowiadali mu różne historie, swoje prawdziwe i zmyślone przygody. Myśleli zapewne, że dociera to do jego świadomości ale było to tylko ułudą. Po paru dniach znów otworzył oczy były na wpół przytomne. Był środek dnia i Promienisty Bóg bezlitośnie ogrzewał całą polanę. Znów napił się wody i zjadł kawałek smażonego bażanta – był to pierwszy kawałek mięsa jaki spożywał od wielu dni. Po chwili spał jak zabity i tylko echo roznosiło jego chrapanie po całym lesie.
Gdy Promienisty Bóg zdecydował się opuścić nieboskłon i iść do domu minął zbliżającego się Boga Nocy. Pierwsze krople deszczu świadczyły, że psuła się pogoda w całym Coltlandzie – nadchodził Okres Mżawki i Dżdżystych Opadów. Gdy tylko pierwsza błyskawica przecięła horyzont i słychać było jej ogłuszający grzmot oznaczający, że spadł w pobliżu, uderzając prawdopodobnie w jakieś rosłe drzewo, chłopiec obudził się i z niemałym trudem usiadł na trawie. Rana już nie dawała o sobie znać. Spojrzał na rękę. Od nadgarstka do przedramienia była obwiązana rzemieniami przytrzymującymi nie znanego mu pochodzenia ziela. Nie były zielone a czerwone od krwi, widocznie więc rana jeszcze się nie zabliźniła. Czuł jednak soki wypływające z tych liści, które prawdopodobnie uśmierzały ból. Dotknął ja druga ręką ale nie znalazł dziury po zębie zwierzęcia. Opatrunek był świeży więc jego opiekun musiał mu często przykładać rozżarzone żelazo i nowe opatrunki z czego on sobie bynajmniej nie zdawał sprawy. Ale zakażenie się tam nie dostało. Spojrzał na niebo. Szukał swej Gwiazdy Przewodniczki i znalazł ją. Świeciła mocniej niż parę dni temu. Czyli będzie żył.
Był zauroczony otaczającą go zewsząd ciszą przerywaną tylko szumem deszczu i odgłosami burzy. Nie umiał ukryć swego zdziwienia. Gdy tylko oczy przyzwyczaiły mu się do ciemności dostrzegł kontury dziewiętnastu osób mniej więcej różnego wzrostu i postaci o wiele większej, siedzącej naprzeciwko niego. Chłopiec spróbował wstać, odruchowo sięgnął po sztylet ale go nie znalazł. Wyczerpany ponownie upadł na trawę ale nie stracił przytomności. Oczy miał nadal otwarte i przewracał nimi nerwowo.
- Nie bój się. Sami swoi. Jak się czujesz, Synu Wybranego? – Usłyszał gruby, donośny ale i łagodny zarazem głos. Rozpoznał w nim opiekuna Altramu, Owaina ap Ruaha. – Kiedyś to Ty zostaniesz Wybranym, ale jeszcze przed Tobą długa i mozolna droga.
- Niczego się nie obawiam. – Odrzekł chłopiec.
Tak nakazywał zwyczaj. Nigdy nie przyznawać się do żadnych słabości. Chociaż w oczach tlił mu się jeszcze lęk, nie przyznał się do lęku.
- Opowiem Wam pewną historię. Zapewne nieraz zastanawialiście się dlaczego świat jest takim jakim go widzicie. Kiedyś, kilkadziesiąt wieków temu, też był taki. Ludzie żyli tak jak my ale później nadeszły wieki: brązu, żelaza, złota, ludzie zaczęli żyć w komforcie i to ich zgubiło. Spisane podania mówią o tragicznych w skutkach wojnach: I Światowej, II Światowej. Ludzie stworzyli bomby atomowe, jądrowe, wodorowe, chemiczne, które pustoszyły świat. Z Kronik wiemy, że były to wieki: dziewiętnasty, dwudziesty, dwudziesty pierwszy i dwudziesty drugi. Potem wojny ustały bo nie było już z kim walczyć. Były to czasy okrucieństw, ludzie nie byli ludźmi. Zapomnieli o starych bogach, powstawały nowe, zgubne religie. Jedynym ich bogiem była rozwijająca się cywilizacja, zgubna cywilizacja.
- I nie było wojen? Żadnych? – Przerwał mu jeden z wychowanków.
- Nie. Przez pewien czas świat stał na granicy ogromnej wojny, która mogła zagrozić istnieniu całej populacji ludzkiej. Ale w porę groźba ta została zażegnana.
- A jak to było z tymi bogami? Nie wierzyli w Arthura? – Zapytał zainteresowany opowiadaniem Syn Wybranego.
- Przez pewien okres czasu panował na świecie monoteizm, wiara w jednego boga. Był nim Jezus Chrystus, który zstąpił z nieba aby uratować ludzi od wiecznego potępienia. Został jednak ukrzyżowany przez mściwych i zawistnych niewiernych. Po trzech dniach zmartwychwstał i wrócił na ziemię. Wtedy to ogłosił, że nadejdzie koniec świata, Sąd Ostateczny na którym wszyscy zmartwychwstaną a On zadecyduje o ich dalszych losach. Od tego momentu minęło ponad dwa tysiące lat, wszyscy oczekiwali zapowiedzianych Czterech Jeźdźców Apokalipsy ale przepowiednia się nie spełniła. Wcześnie powstałe odłamy tej religii i sekty wymyślały coraz to nowe przepowiednie, nowych bogów i doprowadzały ludzi do zbiorowych histerii. Naukowcy wymyślili wtedy, że woda zleje ziemię, świat zatonie w jej odmętach a słońce się wypali. Jak widzicie część się sprawdziła ale to co nazywali słońcem czyli nasz Promienisty Bóg nas nie opuścił. I prawdopodobnie nigdy do tego nie dojdzie.
Owain ap Ruah zamilkł na moment. Zaschło mu w gardle i sięgnął po kubek zimnej wody stojący na ziemi tuż przed jego nogami. Nie zdążył jeszcze nawet zamoczyć ust a zafascynowany jego historią Syn Wybranego już go poganiał.
****
- Mów dalej albo pij szybciej.
Opiekun wypił jednym haustem, o mało się nie udławił poczym kontynuował swym grubym, beznamiętnym głodem:
- Na czym stanąłem? Aha, już wiem. Mówiłem o cywilizacji. Ludzie stali się bardzo zadufani w sobie, stracili wszelkie uczucia, nie zważali na cierpienia swoich bliźnich. Jedyne co się dla nich liczyło to była cywilizacja. A na to potrzebne były fundusze. Więc my jako Homo Sapiens Sapiens , wymyśliliśmy pieniądze – było to dzieło Złego Boga. To one zdominowały życie naszych przodków. Wiecie do czego to doprowadziło? – Zapytał.
- Do wojny! – Wykrzyknął jeden z chłopców, o głowę wyższy i kilka lat starszy od Syna Wybranego.
Wszyscy wołali na niego Black, bo zwykle ubierał się na czarno lub Thorn, bo miał cięty, ostry język niczym cierń. Obok niego siedział Przeklęta a on trzymał poufale dłoń na jej kolanie a druga ręką czule ścisnął jej, dopiero kształtującą się, ale już dużą i miłą w dotyku, miękką pierś ale ona patrzyła teraz na Syna Wybranego i posłała mu najmilszy uśmiech jaki kiedykolwiek widział w życiu. Thorn podążył za jej wzrokiem i posłał mu spojrzenie zabójcy.
- Nie przerywaj! – Ostro skarcił go Przyszły Wybrany i posłał uśmiech Przeklętej.
Chłopiec a raczej już młodzieniec o przezwisku Black, bo jego prawdziwego imienia tak naprawdę nikt nie pamiętał bądź też nie znał, znów spojrzał na niego wilkiem. Obaj często rywalizowali ze sobą, kłócili się i nierzadko dochodziło między nimi do bójek, z których najczęściej Syn Wybranego wychodził bez szwanku. Black zazdrościł mu uprzywilejowanej pozycji w klanie, wyznaczonej mu od narodzenia przez przeznaczenie roli do spełnienia i cech przywódczych. Wiedział, że jego konkurent może wiele osiągnąć w życiu. widział w nim wszystko to czego jemu brakowało. Czuł się pominięty przez los. Do tego dochodziła jeszcze sprawa Przeklętej – jego wybranki, która darzyła uczuciem miłości nie jego a właśnie Syna Wybranego a ten je odwzajemniał. A Black dla jej miłości był gotowy nawet pozbawić życia swojego przeciwnika. Gdy tylko miał okazję próbował się mścić na Synu Wybranego a ten często nie pozostawał mu dłużny. Black zawsze patrzył na niego jarzącymi się z zawiści oczami i Przyszły Wybrany nieraz czuł, że szykuje jakiś perfidny podstęp. Kilka razy dybał już na jego życie. Po całym obozie krążyły pogłoski, że Black para się czarną magią ale ani jeden z wychowanków Altramu ani Owain ap Ruah nie dawali temu wiary. Często opiekun powtarzał:
- Macie zbyt bujną wyobraźnię, chłopcy.
Ale co się naprawdę działo wiedział tylko Black.
Owain tymczasem nie zważając na nic kontynuował swą opowieść i chłopcy zapomnieli na chwilę o dzielącej ich przepaści, tak byli zasłuchani.
- Nie. Jak już mówiłem konflikt zbrojny został w porę zażegnany. Ale ludzie wymyślili kolejną głupotę: najpierw powstały komputery a później myślące maszyny – pół ludzie pół komputery i ludzie zaczęli się klonować. Wiecie co to znaczy? – Zapytał ironicznie opiekun. – stworzyli roboty, tak zwane cyborgi, wyposażone w sztuczną inteligencję czyli inaczej mówiąc umiejące myśleć tak jak my. A klony? Klony to istoty w pełni ludzkie, stworzone przez ludzi z ich narządów.
- Z własnego ciała? – Przeklęta nie umiała ukryć swego zaskoczenia.
Jej wzrok z twarzy Syna Wybranego, na którą do tej pory się przyglądała z uczuciem w oczach, spoczął teraz na moment na opiekunie. Po chwili znów patrzyła na chłopca i czerwieniąc się na twarzy posłała mu słodki pocałunek.
- Tak. Jakby Ci to wytłumaczyć ... – Zastanawiał się przez chwilę Owain. – Już wiem. To tak jakbyście patrzyli na siebie w lustrze, widzieli swego brata bliźniaka lub sobowtóra. Nie byłoby między wami żadnej różnicy.
Znów musiał się posilić. Widział rozpalone twarze słuchaczy. Przyglądał się każdej z nich, oświetlonej mocno przez tańczące płomienie ogniska. Najdłużej jego wzrok spoczął na chłopcu, w którego nieustannie jak w obrazek, wpatrywała się Przeklęta – Synu Wybranego. Przypuszczał, że ta wiedza może się przydać temu chłopcu w trakcie wykonywania swojej misji. Black także o tym wiedział i nie umiał ukryć swej złości.
Owain chciał przerwać swoją opowieść i kontynuować ją następnego dnia, uważał bowiem, jego podopiecznym przydałby się jakiś odpoczynek, ale jeszcze raz ustąpił wobec ich usilnych nalegań.
- Wkrótce te cyborgi i klony zaczęły się mścić na nas za przeprowadzane na nich badania i eksperymenty. Torturowały nas i zabijały. Czas symbiozy między nami a nimi uległ całkowitemu załamaniu. Co gorsze – odnalazły stare dokumenty i wyniki badań przeprowadzanych przez ludzi – czyli przez naszych przodków. Teraz one, korzystając z nich, stworzyły broń mogącą nas unicestwić. Ich pochód nie dał się zatrzymać. Rozpoczęła się długoletnia i krwawa wojna. Przewaga wroga była przeważająca. Nasza populacja zmniejszała się w przerażającym tempie a cyborgi doszły już do etapu samo-produkcji i samo-naprawy. W pięciotysięcznym-piętnastym roku koniec naszego istnienia był już niemal przesądzony. Ale wtedy nagle stał się cud. – Owain znów przerwał wzmagając tym ciągle wzrastające napięcie słuchaczy.
Patrzył na ich roziskrzone oczy. Zapomnieli o wszystkim co ich otaczało. Marzeniami byli w Dawnych Czasach. Wszyscy oprócz Syna Wybranego i Przeklętej – oni byli we własnym świecie.
- Dokończę wam za chwilę. Teraz trzeba coś zjeść i zmienić opatrunek Synowi wybranego. – Zdecydował twardym, nie znoszącym sprzeciwu głosem.
Wszyscy się ugięli pod tym pręgierzem, nawet Przyszły Wybrany choć nie krył niezadowolenia. Co prawda mógł nakazać opiekunowi kontynuowanie opowiadania, koniec końców był Synem Wybranego a dodatkowo w dniu ukończenia dwunastego roku życia uzyskał swoje prawowite przywileje – stał się Uprzywilejowanym ale sam tez odczuł jak mu kiszki marsza grają. Poza tym miał na względzie dobro innych, sam był wytrzymały więc jeśli jego dopadł głód, to co dopiero współtowarzyszy. Nie odezwał się więc ani słowem tylko przyłączył się do przygotowywania posiłku. Z juków, leżących przy odpoczywających koniach, przynieśli suszone mięso indyka i surowe dzika, manierki z dobrym, dziesięcioletnim winem pochodzącym z zamkowych zapasów króla Coltlandu i ojca Przyszłego Wybranego. Pozbierali okoliczne drewno i powiększyli ognisko. Do wiszących nad nim glinianych miseczek włożyli mięso i po kilkunastu minutach smażenia mogli się pożywić.
*****
Przyszły Wybrany był troszkę zmęczony. Zaczęła go boleć ręka. Widocznie się przedźwigał. Sam niósł ogromny kawał drewna. Teraz musiał usiąść i odpocząć. Pochylił głowę i dotknął rany zdrową ręką. nagle jakiś cień przesłonił mu blask bijący od ogniska. Podniósł głowę i aż otworzył usta ze zdziwienia. Przed nim stała Przeklęta. Płomienie zasłaniały jej plecy więc nie wiedział jej w całości ale widział jej oczy. To mu wystarczyło. Ujrzał w nich wszystko czego pragnął. Zrozumiał, że ona odwzajemnia jego uczucia. Potem ujrzał przed sobą jej wyciągnięte w swoją stronę białe, piękne ręce trzymające miseczkę z jedzeniem. Wziął ją z jej rąk a ona natychmiast znikła. Po chwili jednak pojawiła się znowu przynosząc mu cały bukłak wina. Gdy mu go podawała musnęła mu ręce swoimi gładziutkimi dłońmi. W jego dłoni oprócz bukłaka został także kawałek kartki. Przyszły Wybrany spojrzał na jedzenie i ze zdumieniem zauważył, że jest go więcej niż zazwyczaj.
- Skąd masz aż tyle jedzenia?
- Ciiiii. – Odpowiedziała klękając przed nim i przykładając mu palec do ust.
Syn Wybranego jednocześnie usłyszał wydobywający się z jej brzucha głos przypominający nieco pomruk śpiącego zimą niedźwiedzia. Jednocześnie uzmysłowił sobie, iż jest to jej jedzenie.
- Nie mogę tego zjeść.
- Musisz mieć siłę. Proszę zjedz to.
- A ty?
- Mnie pewno nakarmi Black. – Odpowiedziała, obróciła się i odeszła wolno ponętnie kręcąc biodrami.
Syn Wybranego przeczytał przy blasku płomieni kartkę zostawiona mu przez Przeklętą. Napisane na niej było dużymi literami: “Czekaj na mnie dziś w nocy. Na zawsze Twoja M.” Na jej drugiej stronie napisana była duża litera: L. Złożył ją na cztery części i chował za pas. Nie wiedział co oznaczały M i L ale lubił zagadki.
Temu wszystkiemu przyglądał się zawistnie Black. Zaciskał zęby ze złości. W myślach zapowiedział swemu przeciwnikowi rychłą śmierć. Sam nic nie był w stanie przełknąć. Gdy podeszła do niego Przeklęta, rzucił ochrypłym głosem:
- Musimy porozmawiać.
Zrozumiała, że tej nocy czeka ją kolejna kłótnia.
Po posiłku i tęgim popiciu winem siedli ponownie w poprzednim ułożeniu wokół paleniska a Owain znów uległ ich namowom. Uprzywilejowany w czasie opowieści kilka razy odwracał wzrok od wpatrzonej w niego swymi przepięknymi oczami, znów siedząca naprzeciwko niego i obok Thorna, Przeklętej i spoglądał w niebo. Z radością zauważył, że jego Gwiazda Przewodniczka świeci coraz mocniejszym blaskiem. Choć z początku nie był co do tego przekonany, z wolna zaczynał wierzyć w swoje przeznaczenie. Owain więc kontynuował a dwie dziewczynki zakładały nowe liście i rzemienie Synowi Wybranego. Chciała to zrobić sama Przeklęta ale Black chwycił ją mocno za przegub ręki tak mocno, że aż syknęła cicho z bólu i nie chciał jej puścić. Rana się już zasklepiała.
- Stało się coś co od wieków zapowiadali naukowcy. Nie zgasło słońce ale na wznoszone modły ludzi któryś bóg się nad nimi zlitował i zesłał na ziemię wielodniowy, siarczysty deszcz, który zalał większe obszary stałego lądu. Cyborgi nie będące przyzwyczajone do takich anomalii pogodowych zatonęły, przewody im zamokły i zniszczyła je rdza, korozja. Żaden nie przetrwał. W jakiś czas później deszcze z wolna ustawały a ludzie, którzy przeżyli ten kataklizm nieśmiało wychodzili z ukrycia. To co zobaczyli nawało ich strachem i na zawsze pozostało im w pamięci. Cała cywilizacja, to co stworzyli przez ponad pięć tysięcy lat rozpadło się w gruzy. Historia zatoczyła koło i ludzie musieli wszystko zaczynać od samego początku. Z czasem doszliśmy do takiego etapu postępu jaki widzicie na co dzień. Ciągle się rozwijamy i być może kiedyś osiągniemy cywilizację taką jak niegdyś.
- Ale ludzie nie zmądrzeli. – Zauważył z namysłem Uprzywilejowany po raz kolejny przerywając Owainowi.
- Co się wtedy stanie? – Zapytała Przeklęta odwracając na chwilę wzrok od Przyszłego Wybrańca. – Czy wszyscy zginiemy. – W jej oczach przemknęło przerażenie, że ona i Uprzywilejowany mogliby się za zawsze rozstać, że mogliby się już nigdy w życiu nie zobaczyć.
W jej oczach pojawiły się także łzy. Dostrzegł to tylko Syn Wybranego. Zauważył, że jej oczy dziwnie się odbijają w ciemności. Nie chciała aby ktoś to jeszcze zauważył więc nie otarła ich ręka, czekała aż same wyschnął. Wiedziała, że to nie ostatnie łzy tej nocy.
- Nikt tego nie wie. Dlatego Ci bogowie, którzy nas kochają, obawiają się o nas od tamtych pamiętnych dni zsyłają na nas deszcze, raz mniejsze raz większe, które mają nam służyć jako ostrzeżenia. Historia nie może się już nigdy więcej powtórzyć. Może to wszyscy kiedyś zrozumieją. Ale koniec, już! Czas spać bo jutro czekają Was kolejne ćwiczenia. Musicie być silni. Rozbijać obóz!
Wszyscy zastosowali się do rozporządzenia Owaina ap Ruaha. Przyszły Wybrany pomagał innym tyle ile mógł a dopiero na końcu zajął się rozkładaniem się swojego namiotu. Gdy już wszystko było gotowe zobaczył jak Black ciągnął za rękę Przeklętą do swojego namiotu. Ledwo za nim nadążała. Prawie wszyscy ułożyli się do snu. Przyszły Wybrany zdecydował się pełnić wartę przez resztę tej pięknej nocy, na co Owain wyraził zgodę. Nie mógł się bowiem sprzeciwić stanowczej decyzji Uprzywilejowanego.
Chłopiec postanowił czekać na przyjście Przeklętej. W pobliskiej, wartkiej rzece umył naczynia, przygasił ognisko i oporządził wierzchowce, które rżały cicho. Przywiązał je do drzew bliżej namiotów, schował złamany sztylet za pas i usiadł czujny jak drapieżca przy palenisku. Wsłuchiwał się w ciemność ale nie pomimo wszelkich wysiłków nie mógł usłyszeć tego co się działo w namiocie Thorna. Ale Owain, który jeszcze nie zdążył zasnąć słyszał wszystko bardzo dobrze. Zerwał się na równe nogi i wypadł z namiotu. Skierował się w stronę, z której dolatywały go krzyki ale po chwili rozmyślił się i wrócił do swojego namiotu.
- “Niech to załatwią między sobą. To sprawa Uprzywilejowanego a nie moja. Niech pokaże na co go stać. To będzie jego kolejny test.”. – Pomyślał ale nie umiał spokojnie zasnąć.
- Jak śmiesz podnosić na mnie rękę! – Krzyczała swym cienkim głosem Przeklęta próbując wyrwać się z silnego uścisku Thorna.
Stali pośrodku namiotu naprzeciwko siebie i ciskali sobie błyskawice z oczu.
- Puść mnie! Natychmiast!
Ale Black wcale nie miał zamiaru tego uczynić. Ścisnął jeszcze mocniej jej rękę w swojej dłoni.
- Nigdy więcej nie patrz tak na niego! Na mnie nigdy tak nie patrzysz! Zabraniam Ci się do niego zbliżać! Zrozumiałaś?
- Nie będziesz mi rozkazywał nie jestem Twoją własnością. Będę robić co mi się podoba.
Po raz kolejny poczuła mocne uderzenie na swoim policzku. Łzy stanęły jej w oczach. Spojrzała na siebie.
- Nienawidzę cię! – Krzyknęła z oburzeniem gdy zobaczyła swoje podarte ubranie i poranione ciało.
Gdy znów uniósł rękę do zadania kolejnego ciosu, kopnęła go z całej swojej siły w krocze. Thorn zawył jak oszalały, przewrócił ją na ziemię i rzucił się na nią niczym rozjuszone, dzikie zwierzę.
- Jesteś moja i nikomu Cię nie oddam! – Krzyknął jej nad uchem tak głośno, że o mało jej bębenek nie pękł.
- Nie jestem rzeczą! Nie jestem Twoją własnością!
Byli tak blisko siebie, że czuła jego oddech na swojej twarzy. Ich usta prawie się stykały. Blach przygniatał ją całym swoich ciałem. Chciał ją pocałować i gdy jeszcze bardziej się pochylił ugryzła go aż do krwi w usta. Zebrała w sobie resztkę siły i zrzuciła go z siebie. Wstała i ruszyła w stronę wyjścia z namiotu.
Koloman nie mógł znieść długiego czekania. Obszedł obóz dla pewności czy w pobliżu nie czai się jakieś niebezpieczeństwo. Poszedł do koni. Wierzchowce spały i nie wyczuwały żadnego zagrożenia. Uspokoiwszy się nieco jeszcze raz obszedł cały obóz. Przechodził koło każdego namiotu gdy nagle usłyszał krzyki dochodzące z namiotu Blacka. Z początku myślał, że jego przeciwnik kłuci się z jakimś innym wychowankiem Altramu i nie miał zamiaru się wtrącać w ich sprawy ale gdy tylko usłyszał podniesiony, wzburzony głos Przeklętej przyspieszył kroku kierując się w stronę, z której dochodziły go niepokojące odgłosy. Wyjął zza pasa złamany sztylet. Nie martwił się teraz, że zostawił obóz bez opieki, jego myśli były czym innym zaprzątnięte.
Thorn oszołomiony nagłym atakiem Przeklętej w ułamku sekundy stał już na równych nogach. Rzucił się na nią. Poczuła mocne uderzenie jakby drzewo nagle przewróciło się jej na plecy i upadła pod jego ciężarem. Na czworakach ruszyła w dalszą drogę. Ale Black nie miał zamiaru tak łatwo wypuścić swoją ofiarę. Doskoczył do niej i chwycił ją za pupę swymi mocnymi rękami. Ale Przeklęta znowu mu się wyrwała. W jego dłoniach pozostały tylko strzępy jej ubrania ale jego oczom ukazał się przecudny widok. Przed nim na klęczkach uciekała naga dziewczyna. Już niemal czuł krągłość jej pośladków i aksamitną miękkość jej ud. Poczuł jak krew uderza mu do głowy na samą myśl o tym jaka go rozkosz za chwilę czekała. Podniecała go świadomość, że będzie pierwszym, który odbierze jej kobiecość.
Przeklęta była całkiem naga. Chciała jak najszybciej wydostać z tego piekła. Nie widział jak daleko od niej znajduje się jej oprawca. Cały czas słyszała jego sapanie. Była już u progu namiotu, przy samym jego wyjściu gdy nagle usłyszała jego dziki, przerażający ryk i poczuła jak Black znów ją dopada. Na swoich poczuła jego silne, nie znające sprzeciwu ręce. Ugniatały je.
Thorn był już niemal w raju. Dostał ją swoje łapy i mógł z nią wreszcie zrobić na co tylko mu przyjdzie ochota. Niezwykłą rozkosz sprawiało mu to co teraz robił. Nie umiał oderwać od niej swoich rąk. Stał za nią. Jego podbrzusze dotknęło miejsca gdzie wcześnie były jego ręce. Nie wiedział, że Przeklęta przeżywa największy w swoim życiu dramat.
Poczuła na swych pośladkach ubranie swego oprawcy. Jego ręce skierowała się już w inne krytyczne miejsce. Nie tylko ubranie poczuła, poczuła jeszcze jakąś górkę. Pomyślała, że jak tylko się stąd wydostanie przebije się nożem. Nie potrafiłaby żyć chyba z takim wstydem. Poczuła na swojej szyi ciepły oddech Blacka. W tym momencie wejście do namiotu rozchylił się ukazał się w nim złowrogi cień ze złamanym sztyletem w dłoni. Przeklęta ku swej wielkiej radości a Thorn złości natychmiast poznała jego właściciela. Przyszedł jej z pomocą sam Syn Wybranego.
Uprzywilejowany stając w ciemnościach wyglądał na dwa razy większego niż był w rzeczywistości. Niespodziewający się niczego Black nagle zobaczył przed sobą wysunięte ostrze i poczuł tryskającą krew z piersi. Odskoczył od swojej ofiary, która przeturlała się w kąt namiotu i w milczeniu ocierała płynące nadal z jej oczu łzy. Black sięgnął po swój nóż lecz nie zdążył go dobyć z pochwy. Przyszły Wybrany był szybszy. Doskoczył do przeciwnika i kopnął go z całej siły na najpierw w krocze a gdy tamten skulił się z bólu poprawił kolanem w głowę. Uklęknął na jedno kolano, drugą nogę wysunął do tyłu i wykonał obrót całym ciałem podcinając nogi Thornowi. Tamten runął jak kłoda na ziemię uderzając się o wystający z ziemi kamień. Syn Wybranego odrzucił daleko swój sztylet i skoczył na przeciwnika lądują ca jego piersiach. Zaczął go okładać pięściami gdzie tylko mógł. Gdy zobaczył, że Black stracił przytomność zszedł z niego i zbliżył się do Przeklętej. Stanął naprzeciwko niej, podał jej rękę i pomógł wstać. Wziął swój sztylet i prowadząc dziewczynę pod rękę wyszedł z namiotu. Zaprowadził ją do swojego namiotu a sam obszedł obóz i usiadł przy pozostałościach ogniska. Zdecydował się je rozpalić ponownie. Był z siebie dumny, że chociaż był młodszy od Blacka to udowodnił swoją wyższość nad nim. Wstał i poszedł nazbierać chrustu na opał.
Przeklęta tymczasem dotarła pod osłoną nocy do swego namiotu, w którym czekała na nią jej przyjaciółka Minora. Była wyższa od Przeklętej i starsza o cztery lata. Za kilka dni miała ukończyć szesnaście lat. Darzyła nieokreślonym jeszcze uczuciem jednego z wychowanków Altramu ale nigdy nie odważyła się nikomu wyjawić kogo. Może wiedział o tym tylko Owain ap Ruah, który był dla nich wszystkich jak kochający ojciec. Nie była zazdrosna ani chciwa cieszyła się z radości przyjaciółki choć zdawała sobie sprawę, że dopóki obie są tutaj razem żaden z chłopców nie spojrzy na nią łaskawszym okiem. Wiedziała równie dobrze, że nigdy nie dorówna jej urodą. Jej ciemna karnacja, okrągła i troszkę pucołowata twarz nie była aż tam mocno pociągająca. Jej ciało, chociaż było starsze, było słabiej ukształtowane. Jej krągłości były mniejsze, na plecy opadały długie, kręcone, rdzawe włosy a Przeklęta się dopiero rozwijała.
- Zostaw uchylone wejście do namiotu i stań w progu. – Powiedziała Minora. – Jak dzisiaj było? Chyba nie najlepiej. Z jednej strony to dobrze, że nasz namiot stoi blisko namiotu Blacka bo usłyszałam szamotaninę i obudziłam się, ale z drugiej strony nigdy nie wiadomo kiedy może się tu zjawić. On jest nieobliczalny.
Wstała i podeszła do przeklętej. Stanęła obok niej i przyjrzała się dokładnie całemu jej ciału. Przeraziła się gdy zobaczyła niezliczoną ilość ran – niektóre były już zasklepione ale większość jeszcze krwawiła. Dotknęła jednej z nich z największą delikatnością z jaką tylko potrafiła. Ale mimo to Przeklęta zasyczała z bólu i spojrzała na nią z bezgraniczną rozpaczą w oczach.
- Usiądź. Muszę Cię opatrzyć.
Chwyciła ją lekko za rękę i zaprowadziła do prowizorycznej ławeczki, zbudowanej z dwóch wystających z ziemi kamieni i na nich położonych kilku desek, przylegającej do jednej ze ścian szałasu. Gdy Przeklęta siadała na ławeczce Minora widziała przez chwilę siniaki na jej pośladkach. Mogła tylko się domyślać, że były to ślady pozostawione przez wstrętne łapy Thorna. W jej oczach pojawiły się nagle łzy współczucia, litości i żalu. Ona i Przeklęta były dla siebie jak siostry. Chociaż w Altramie było jeszcze kilka innych dziewcząt one wolały trzymać się razem i zawsze mogły na siebie liczyć.
Minora schyliła się ze skórzanego woreczka wyjęła jakieś tylko sobie znane zioła, proszki, miseczkę i jakiś flakonik z nieznaną Przeklętej cieczą. Nalała do przygotowanej miseczki, starła zioła i do niej je wsypała, po czym wszystko wymieszała. Na końcu dodała tajemniczego proszku. Z woreczka wyjęła jeszcze kilka dużych liści, zamoczyła je w nowo utworzonej miksturze i skierowała się z miseczką w stronę przyjaciółki.
C.D.N.
Konrad Staszewski
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^ ||