***Relacja z koncertu Vedonist (Progresja)***
Newbreed + Serpentia + Epitafium + Naumachia



Mroczny bilecik

Od jakiegoś czasu działa klub Progresja, odbywają się tam różne imprezy i tanie (no w miarę tanie) koncerty. Kumpel przypadkiem wyczytał na stronie Rockmetal, że za trzy dni zagra tam kilka death’ owych kapel (to podobno był początek trasy koncertowej 3 kapel).
8 kwietnia (dzień ostatniej wieczerzy:)) – dzień koncertu był niezbyt ciekawy ze względu na pogodę. Cały dzień lało, a ja z dwoma kumplami mieliśmy kawał drogi do klubu. W końcu jakoś trafiliśmy pod Progresję, skonsumowaliśmy kilka butelek Pyśa (w końcu na takim koncercie nie wypada być trzeźwym do końca...). Słychać było, że w środku coś się dzieje – rozstawiano i testowano sprzęt. Według ogłoszeń na koncercie miały zgrać jeszcze dwie kapele, a „otwarcie bram” miało nastąpić o 17.00. Wewnątrz ku mojemu zdziwieniu ujrzałem... pustkę. Tylko kilku gości kręciło się pod sceną (okazało się, że byli to muzycy). Organizator wyglądał na zaniepokojonego, pewnie zastanawiał się czy nie odwołać koncertu. Trochę się pokręciliśmy. Pogadaliśmy z kim się dało. Kumpel wbił się na scenę (za pozwoleniem jednego z muzyków:)) i przetestował zestaw perkusyjny. A propos sceny, był ona bardzo mała, niska i bez żadnych barierek. W ogóle cała ta atmosfer i wizualny efekt sprawił, ze czułem się jak na jakiejś garażowej próbie. Czas płynął, zjawiło się trochę czarnych braci i sióstr (do końca zebrało się jakieś sto osób – dużo nie ?). W międzyczasie dowiedziałem się, że jedyna dobrze znana mi kapela – Serpentia nie zagra z powodu choroby perkusisty...
Jako pierwsza zagrała kapela o mrocznej nazwie Epitafium (nazwa była niezwykle adekwatna do muzyki i wizerunku kapeli). Gitarę obsługiwał jakiś rege - człek z dredami, na basie grał nieśmiały mentolowiec, perkusista wyglądał niepozornie (a grał miernie). Szczytem wszystkiego był wokalista, który wcześniej kręcił się koło sceny. Gości w szerokich dżinsach, niezbyt uzdolniony wokalnie, a ruszał się... fantazyjnie. Publika była raczej obojętna i wyjątkowo drętwa. Epitafium zagrało ze 4 kawałki. Nie bardzo wiem co oni robili na tym koncercie. Muzykę jaką grali ci goście należy umieścić w szufladce z napisem „beznadziejny hardkoro - podobny metal”. Śmiech wzbudził pan skejt - wokalista, który w jednym z kawałków wydawał dźwięki w stylu „bababbuuabababuuubaaa” (kilku gości śmiało się i wspierało wokalistę:)). W czasie zapowiedzi ostatniego kawałka, kilka osób zaczęło klaskać. Ogólnie – miernie. Unikajcie płyt i koncertów tego całego Epitafium.
Później długa przerwa. Przygotowywano scenę dla następnej kapeli (Naumachia – oryginalna ta nazwa), która wizualnie prezentowała się lepiej niż pierwsza horda:). Ciekawie rozwiązano problem braku stojaka dla klawiszy – zrobiono go z pustych beczek po piwie. Rozejrzałem się i stwierdziłem, że klub się trochę wypełnił osobnikami różnego pochodzenia. Co ciekawe spory procent publiki stanowiła płeć piękna. Wzbudziło to mą ogromną radość;). Kapela zaczęła grać, mimo narzekania wokalisty – gitarzysty, który twierdził, że nie słyszy siebie w odsłuchu. Chłopki zaczęli grać, nawet pamiętam tytuł pierwszego kawałka – „Domini Sathani” (jakże ambitne). Kapela się starała i zachęcała do zabawy w kółeczku pod sceną. Kapela grała death/black metal w stylu Thy Disease. Zbytnio mnie to nie poruszyło, ale publika doceniła starania chłopaków i coś się działo. W sumie może być.
Kolejna przerwa, dość długo majstrowano przy perkusji – domyślałem się, że teraz można się spodziewać czegoś konkretnego. I rzeczywiście, Newbreed dali czadu. Kapela grała ambitny death metal z ciekawymi zagrywkami a’ la Slayer. Wokalisto – gitarzysta miał dobry kontakt z publiką, a w czasie przerw zachęcał do kupienia płytki swej kapeli – za jedyne 5 zyla (żałowaliśmy z kumplem, że wszystko przepiliśmy...). Chłopaki zagrali z 6 kawałków, w tym covery Type O Negative i Slayer (Seasons in the Abyss). Autorskie numery Newbreed były niczego sobie, a jeden (ze starszego albumu) to istny killer koncertowy (niestety nie pamiętam tytułów). Pomysł zagrania numeru z repertuaru Slayer był trafny, publika była zachwycona, aż żal było się rozstawać z kapelą. Naprawdę bardzo dobry występ (polecam zapoznanie się z muzyką Newbreed!!!).
Ostatnia kapela – Vedonist ledwie się zmieściła na scenie. Do perkusji dostawiono drugą centralę, a wokalista (który z gęby przypominał Sylwestra Stalone:)) mało nie spadł ze sceny razem ze stojakiem. Podobno Vedonist był gwoździem programu, ale ja wcześniej nic o nich nie słyszałem. Muzyka w sumie może być, death metal chwilami przypominający Six Feet Under, Vader i te okolice. Byłem już znudzony tym koncertem, ale reszcie publiki podobało się. Perkusista kapeli przypominał Krzysia Zalewskiego, a przed koncertem podrywał panienki – to może go zdekoncentrowało, gdyż grał tak sobie. W czasie setu kumpel pobiegł do perkusisty z radą, aby zrobili coś z nagłośnieniem centralek. Chyba przesunęli mikrofony i pomogło. Występ przedłużał się, na koniec ktoś z publiki zażyczył sobie kawałek Metallici „Master of Puppets”. Jakiś gość skomentował to słowami „metalika to dla cipek”. Vedonist zaczęli grać, ale jednemu gitarzyście poszła struna i siusiak z tego wyszło – koniec koncertu. Chłopaki przeprosili, pożegnali się i zeszli ze sceny. Występ dobry, ale moim zdaniem tego dnia przy Newbreed wszyscy wymiękli!
Koncert ogólnie znośny. Można się przyczepić do organizacji (to rozstawianie sprzętu), ale czego można było się spodziewać za 7 złotych.

PS. Sorry za błędy, liczne braki tytułowe;) i ogólne zanudzanie (w sumie zastanawiałem się czy warto to wysyłać, ale...).
PS2. Później pogrzebałem w necie – okazuje się, że każda kapela ma swą stronkę. Jak kogoś to interesuje – to niech szuka (ja nawet zgrałem 2 dostępne mp’ trójki Vedonist – całkiem zjadliwe).
PS3. Na stronie Progresji są fotki z tej trasy.





Š
SLA-|-AN (np. Khold) 10/11.04.2004.