Niedawno, przemierzając zupełnie beztrosko drogę do szkółki, skierowałem
wzrok na pewną ścianę. Wisiał na niej plakat, mówiący tłumom, że koncert w
e-clubie się szykuje. W sumie to dwa koncerty, ale nie będę chodził na koncerty
zespołu, który się nazywa Zabili Mi Żółwia. Wieść o koncercie będącym w kręgu
mych zainteresowań, czyli o występie m.in. Alathei i Dziury, spowodowała u mnie
znaczne przyspieszone bicie serca, toteż postanowiłem się na imprezę tą
wybrać. Po dogadaniu sie ze znajomymi, wsiadłem do luksusowego autobusu PPKS,
gdzie już wesoła gromadka na mnie czekała. W samym Bielsku spotkaliśmy kolejnych
znajomych i w liczbie ośmiu osób pod e-club się udaliśmy. Koncert rozpoczynał
się o 19, lecz samego początku nie widziałem, gdyż siedzieliśmy przez chwilę w
tej bardziej oficjalnej, klubowej, że tak powiem, części e-clubu. Jednak w końcu
dotarło do nas, że dźwięki dochodzące spod podłogi, z racji, że dość ciągłe, to
odgłosy koncertu pierwszej kapeli.
Na plakatach było napisane, że zagrają
najpierw Eclipsis (+ niespodzianka), potem Dziura i Alatheia. Intrygowała mnie
ta niespodzianka, jak się okazało potem, podwójna. Ano, niespodzianką od
organizatorów była kapela Metafora, a drugą niespodzianką było to, że Eclipsis
przeniesiono na sam koniec, dzięki czemu nie musiałem ich po raz drugi oglądać.
Zresztą nie wiem, czy grali, bo po Alathei się zmyłem do mej chatki, jako, że
obolały byłem niemiłosiernie. Ale po kolei. Gdy już zeszliśmy na dół do kultowej
sali koncertowej w e-clubie, Metafora była gdzieś tak w połowie występu. Grali
taki przyciężkawy rock/metal w średnich tempach z... wokalistką. Na szczęście,
nie była to śpiewaczka a'la gotik darkness, jeno zwykła, raczej niezbyt urodziwa
dziewoja, próbująca robić show przez dziwne ruchy do wtóru muzyki. Śpiewała
całkiem nienajgorzej, chociaż nie wiem jak wy, ale ja wolę zdarty wokal pokroju
Lemmmy'ego, Titusa czy Erica Forresta od nawet niewiadomo jakich wokalistek.
Pozytywnie wypadł pałker Metafory, który czasem coś tam fajnego z bębnów
wykrzesać potrafił, poprawiając ogólny wydźwięk muzyki swojej kapeli. Wokalistka
coś tam mówiła pomiędzy utworami, że to niby jeden jest o kobiecie, co popełniła
aborcję, drugi natomiast pozytywny dla gitarmena Metafory, który osiemnastkę w
dniu koncertu obchodził i inne bajery w tym stylu. Trochę mi się żal ich
zrobiło, gdy w jakimś zwolnieniu cały zespół, łącznie z niewiarygodnie
zwieszonym basistą, zaczął klaskać w rytm stopy, ale jakoś publika tego motywu
nie podchwyciła. Ogólnie to Metafora wypadła średnio, gdyż wszystkie utwory były
niewiarygodnie podobne do siebie i grane według jednego schematu (chociaż czasem
w zwolnieniach gitarka brzmiała jak momentami w Traumie), jednak to, że
zastępowali Eclipsis, liczę im na duży plus.
Drugą kapelą była Dziura z
Buczkowic, który to zespół dane mi było widzieć już po raz drugi. Dziura to taka
fajna jajcarska hardrockowa kapela, której nazwa wgniata w glebę. Członkowie
zespołu też mają swój wygląd: gitarzysta z ramoneską ćwiekowaną, a w każdym
razie bogatą w metalowe błyskotki trochę w stylu Roba Halforda i basista będący
co najmniej dwumetrowym potworem, to jest to! Podczas tego występu publika
zaczęła się rozkręcać i parę osób zaczęło pogować pod sceną. Jako, że zaczęła w
nas wzbierać energia, to nie pozostaliśmy długo w miejscu i także ruszliśmy pod
scenę, by się trochę porozwalać. Przez parę minut szaleliśmy do wtóru skocznej
muzyki Dziury, po czym poszliśmy na chwilę odpocząć, gdy szedł jakiś
spokojniejszy kawałek. W pewnym momencie wokalista Dziury zaczął coś opowiadać,
że następny utwór będzie dla ich kumpla, Kołka, który następnego dnia (chyba)
miał się żenić. Dziura zaczęła wtedy serwować fajną skoczną piosenkę, nagrodzoną
żywiołową reakcją publiki. Moi genialni kumple schwycili mnie wtedy, podnieśli i
w tenże sposób przebiegli pod scenę, dzięki czemu zaliczyłem efektowny
powietrzny wjazd w publikę. Chwilę się w powietrzu utrzymałem, a po lądowaniu na
glebie dołączyłem do wesoło skaczącej gromadki i śpiewałem razem z innymi refren
"Kołek, Kołek się żeni". O tak, bejbe! Na koniec gitarzysta chwilę pobawił się
gitarą (gitarzysta w ogóle jaja robił niezłe) i zaczyna się ten legendarny riff!
Dziki wrzask dobył się z wielu gardeł, gdyż oto riff z "Paranoid"! Ale Dziura
postanowiła powymiatać i "Paranoida" otrzymaliśmy ze zmienionym tekstem (jakiś
inny zespół ten tekst zmienił, chyba Piersi, ale pewien nie jestem),
traktującym, ogólnie mówiąc, o motorach. Na koniec otrzymaliśmy jedną zwrotką
"War Pigs" z tekstem w stylu "Rozpieprzyłem się na drzewie / Z ust mi cieknie
gęsta krew / A karetka nie przyjedzie / Pękła flaszka ale pech, oł jea!". Po tym
śmiesznym akcencie Dziura ze sceny zeszła, a mi pozostał jeszcze do obejrzenia
jeden zespół - Alatheia.
Tu dokładnie wiedziałem, czego się spodziewać,
bo Alatheię widziałem już wcześniej na żywo. Kapela ze Szczyrku dała tym razem
niezłego czadu. Jeśli ktoś lubi klimaty, ujmując to tak ogólnie, heavy / speed
metalowe, to, o ile mieszka w okolicach Bielska, na Alatheię przejść się w
przyszłości powinien. Wrażenie chłopaki robią: niezła rytmika, dobry wokal oraz
dwóch wiosłowych, którym się chyba nudzi i dlatego postanawiają prześcigać się w
długaśnych, technicznych i melodyjnych solówkach. Same popisówki wiosłowych
Alathei stanowią wystarczający powód, by kapelę ujrzeć na żywo. Jeśli kiedyś
wróci moda na heavy metal, to Alatheia ma szansę znaleźć się w krajowej czołówce
kapel tworzących taką muzykę. Tym samym ja mam szansę stać się kultowym
maniaxem, bo w wakacje zeszłego roku byłem na pierwszym koncercie wschodzącej
gwiazdy. W sumie podczas występu Alathei było wszystkiego pod dostatkiem: pogo,
moshing, podscenowe boje niemal w transie. No i świetna muzyka. Alatheia jednak
nie grała zbyt długo, może ze względu na problemy z nagłośnieniem, które się
akurat pojawiły. Nie zmienia to jednak faktu, że ok. pół godziny przy muzyce
szczyrkowian, do straconych nie należało na pewno.
Około godziny 22.15
razem z dwójką znajomych opuściliśmy e-club, gdyż uznaliśmy, że Eclipsis nie
stanowi obiektu pożądania naszych uszu. Dopiero nazajutrz w moim domciu poczułem
w karku skutki koncertu, ale to normalka i zdążyłem się już dawno temu
przyzwyczaić. Podsumowując: Metafora wypadła średnio, ale nie tragicznie, Dziura
jajcarsko i całkiem fajnie (podczas występu Alathei gitarmen Dziury wpadł pod
scenę z tamburynem i zaproponował, że zagra solówkę na tym właśnie tamburynie,
lecz nie dane było nam jej posłuchać), a Alatheia naprawdę świetnie. Publika
liczyła może nawet ok. 100-150 luda, co jak na e-club jest dość przyzwoitą
liczbą (a na koncercie był też Najbardziej Kultowy Metalowiec Bielska, którego
znać trza), a że publika całkiem aktywnie w koncercie uczestniczyła, to było
całkiem miło. Jak mi się będzie chciało, to będę wam pisał dość regularnie
relacje z e-clubowych koncertów, bo czasem są niezłe (ale cholera, ominął mnie
koncert Hangar 18, Nurofen Menstrual i Under Forge, czego sobie nie wybaczę
nigdy). A tymczasem keep moshing!