Relacja z Rock In Pub - 11.06.2005, Bielsko - Biała, E-Club
Metafora, Dziura, Alatheia, Eclipsis


Niedawno, przemierzając zupełnie beztrosko drogę do szkółki, skierowałem wzrok na pewną ścianę. Wisiał na niej plakat, mówiący tłumom, że koncert w e-clubie się szykuje. W sumie to dwa koncerty, ale nie będę chodził na koncerty zespołu, który się nazywa Zabili Mi Żółwia. Wieść o koncercie będącym w kręgu mych zainteresowań, czyli o występie m.in. Alathei i Dziury, spowodowała u mnie znaczne przyspieszone bicie serca, toteż postanowiłem się na imprezę tą wybrać. Po dogadaniu sie ze znajomymi, wsiadłem do luksusowego autobusu PPKS, gdzie już wesoła gromadka na mnie czekała. W samym Bielsku spotkaliśmy kolejnych znajomych i w liczbie ośmiu osób pod e-club się udaliśmy. Koncert rozpoczynał się o 19, lecz samego początku nie widziałem, gdyż siedzieliśmy przez chwilę w tej bardziej oficjalnej, klubowej, że tak powiem, części e-clubu. Jednak w końcu dotarło do nas, że dźwięki dochodzące spod podłogi, z racji, że dość ciągłe, to odgłosy koncertu pierwszej kapeli.

Na plakatach było napisane, że zagrają najpierw Eclipsis (+ niespodzianka), potem Dziura i Alatheia. Intrygowała mnie ta niespodzianka, jak się okazało potem, podwójna. Ano, niespodzianką od organizatorów była kapela Metafora, a drugą niespodzianką było to, że Eclipsis przeniesiono na sam koniec, dzięki czemu nie musiałem ich po raz drugi oglądać. Zresztą nie wiem, czy grali, bo po Alathei się zmyłem do mej chatki, jako, że obolały byłem niemiłosiernie. Ale po kolei. Gdy już zeszliśmy na dół do kultowej sali koncertowej w e-clubie, Metafora była gdzieś tak w połowie występu. Grali taki przyciężkawy rock/metal w średnich tempach z... wokalistką. Na szczęście, nie była to śpiewaczka a'la gotik darkness, jeno zwykła, raczej niezbyt urodziwa dziewoja, próbująca robić show przez dziwne ruchy do wtóru muzyki. Śpiewała całkiem nienajgorzej, chociaż nie wiem jak wy, ale ja wolę zdarty wokal pokroju Lemmmy'ego, Titusa czy Erica Forresta od nawet niewiadomo jakich wokalistek. Pozytywnie wypadł pałker Metafory, który czasem coś tam fajnego z bębnów wykrzesać potrafił, poprawiając ogólny wydźwięk muzyki swojej kapeli. Wokalistka coś tam mówiła pomiędzy utworami, że to niby jeden jest o kobiecie, co popełniła aborcję, drugi natomiast pozytywny dla gitarmena Metafory, który osiemnastkę w dniu koncertu obchodził i inne bajery w tym stylu. Trochę mi się żal ich zrobiło, gdy w jakimś zwolnieniu cały zespół, łącznie z niewiarygodnie zwieszonym basistą, zaczął klaskać w rytm stopy, ale jakoś publika tego motywu nie podchwyciła. Ogólnie to Metafora wypadła średnio, gdyż wszystkie utwory były niewiarygodnie podobne do siebie i grane według jednego schematu (chociaż czasem w zwolnieniach gitarka brzmiała jak momentami w Traumie), jednak to, że zastępowali Eclipsis, liczę im na duży plus.

Drugą kapelą była Dziura z Buczkowic, który to zespół dane mi było widzieć już po raz drugi. Dziura to taka fajna jajcarska hardrockowa kapela, której nazwa wgniata w glebę. Członkowie zespołu też mają swój wygląd: gitarzysta z ramoneską ćwiekowaną, a w każdym razie bogatą w metalowe błyskotki trochę w stylu Roba Halforda i basista będący co najmniej dwumetrowym potworem, to jest to! Podczas tego występu publika zaczęła się rozkręcać i parę osób zaczęło pogować pod sceną. Jako, że zaczęła w nas wzbierać energia, to nie pozostaliśmy długo w miejscu i także ruszliśmy pod scenę, by się trochę porozwalać. Przez parę minut szaleliśmy do wtóru skocznej muzyki Dziury, po czym poszliśmy na chwilę odpocząć, gdy szedł jakiś spokojniejszy kawałek. W pewnym momencie wokalista Dziury zaczął coś opowiadać, że następny utwór będzie dla ich kumpla, Kołka, który następnego dnia (chyba) miał się żenić. Dziura zaczęła wtedy serwować fajną skoczną piosenkę, nagrodzoną żywiołową reakcją publiki. Moi genialni kumple schwycili mnie wtedy, podnieśli i w tenże sposób przebiegli pod scenę, dzięki czemu zaliczyłem efektowny powietrzny wjazd w publikę. Chwilę się w powietrzu utrzymałem, a po lądowaniu na glebie dołączyłem do wesoło skaczącej gromadki i śpiewałem razem z innymi refren "Kołek, Kołek się żeni". O tak, bejbe! Na koniec gitarzysta chwilę pobawił się gitarą (gitarzysta w ogóle jaja robił niezłe) i zaczyna się ten legendarny riff! Dziki wrzask dobył się z wielu gardeł, gdyż oto riff z "Paranoid"! Ale Dziura postanowiła powymiatać i "Paranoida" otrzymaliśmy ze zmienionym tekstem (jakiś inny zespół ten tekst zmienił, chyba Piersi, ale pewien nie jestem), traktującym, ogólnie mówiąc, o motorach. Na koniec otrzymaliśmy jedną zwrotką "War Pigs" z tekstem w stylu "Rozpieprzyłem się na drzewie / Z ust mi cieknie gęsta krew / A karetka nie przyjedzie / Pękła flaszka ale pech, oł jea!". Po tym śmiesznym akcencie Dziura ze sceny zeszła, a mi pozostał jeszcze do obejrzenia jeden zespół - Alatheia.

Tu dokładnie wiedziałem, czego się spodziewać, bo Alatheię widziałem już wcześniej na żywo. Kapela ze Szczyrku dała tym razem niezłego czadu. Jeśli ktoś lubi klimaty, ujmując to tak ogólnie, heavy / speed metalowe, to, o ile mieszka w okolicach Bielska, na Alatheię przejść się w przyszłości powinien. Wrażenie chłopaki robią: niezła rytmika, dobry wokal oraz dwóch wiosłowych, którym się chyba nudzi i dlatego postanawiają prześcigać się w długaśnych, technicznych i melodyjnych solówkach. Same popisówki wiosłowych Alathei stanowią wystarczający powód, by kapelę ujrzeć na żywo. Jeśli kiedyś wróci moda na heavy metal, to Alatheia ma szansę znaleźć się w krajowej czołówce kapel tworzących taką muzykę. Tym samym ja mam szansę stać się kultowym maniaxem, bo w wakacje zeszłego roku byłem na pierwszym koncercie wschodzącej gwiazdy. W sumie podczas występu Alathei było wszystkiego pod dostatkiem: pogo, moshing, podscenowe boje niemal w transie. No i świetna muzyka. Alatheia jednak nie grała zbyt długo, może ze względu na problemy z nagłośnieniem, które się akurat pojawiły. Nie zmienia to jednak faktu, że ok. pół godziny przy muzyce szczyrkowian, do straconych nie należało na pewno.

Około godziny 22.15 razem z dwójką znajomych opuściliśmy e-club, gdyż uznaliśmy, że Eclipsis nie stanowi obiektu pożądania naszych uszu. Dopiero nazajutrz w moim domciu poczułem w karku skutki koncertu, ale to normalka i zdążyłem się już dawno temu przyzwyczaić. Podsumowując: Metafora wypadła średnio, ale nie tragicznie, Dziura jajcarsko i całkiem fajnie (podczas występu Alathei gitarmen Dziury wpadł pod scenę z tamburynem i zaproponował, że zagra solówkę na tym właśnie tamburynie, lecz nie dane było nam jej posłuchać), a Alatheia naprawdę świetnie. Publika liczyła może nawet ok. 100-150 luda, co jak na e-club jest dość przyzwoitą liczbą (a na koncercie był też Najbardziej Kultowy Metalowiec Bielska, którego znać trza), a że publika całkiem aktywnie w koncercie uczestniczyła, to było całkiem miło. Jak mi się będzie chciało, to będę wam pisał dość regularnie relacje z e-clubowych koncertów, bo czasem są niezłe (ale cholera, ominął mnie koncert Hangar 18, Nurofen Menstrual i Under Forge, czego sobie nie wybaczę nigdy). A tymczasem keep moshing!


© MORT