MYSTIC FESTIVAL
Stadion Śląski w Chorzowie, 29 maja 2005 r.
Na naszym polskim podwórku powoli zaczynają być organizowane coraz bardziej profesjonalne festiwale metalowe. Dotychczas liczyła się właściwie tylko Metalmania. Mystic Festival, owszem był, ale, może oprócz tego sprzed dwóch lat, kiedy jego gwiazdą także było Iron Maiden, nigdy niczym specjalnym się nie wyróżniał. W tym roku organizatorzy, korzystając z okazji stadionowej trasy koncertowej Iron Maiden, postanowili że festiwal odbędzie się na Stadionie Śląskim. Ambitnie, nie powiem. Ważne jednak że ich plan wypalił, a tegoroczny Mystic wyprzedził Metalmanię 2005 o kilka długości.
Skład festiwalu od początku zapowiadał się bardzo obiecująco. Obok Żelaznej Dziewicy przed polską publicznością miały zagrać takie sławy metalu jak: Kreator, Primal Fear, Nightwish czy nasz rodzimy Behemoth. Oprócz tego szanse na zaprezentowanie się szerszej publiczności miał także Frontside i debiutujący dopiero Dragonforce.
29 maja, po trzech miesiącach oczekiwań, nareszcie mogłem wyruszyć na festiwal. Po średnio przyjemnej podróży zatłoczonym do granic możliwości środkiem lokomocji naszego PKP dotarłem do Katowic, a stamtąd tramwajem do Chorzowa. Pod stadionem stawiłem się ostatecznie około godz. 14. Po sprawnie przeprowadzonej kontroli wszedłem (lub jak wolą inni weszłem) na płytę stadionu. Zgodnie z rozpiską ok. 14.30 pierwszy zaczął grać Dragonforce. Nie spodziewałem się po nich niczego wielkiego. Ot, debiutująca w wytwórni Harrisa kapelka powermetalowa - myślałem. I w tym momencie bije się w pierś. Zespół od razu porwał publikę, w czym niemałą zasługę miał wokalista, który szybko nawiązał z nią wspaniały wręcz kontakt, namawiał do wspólnego klaskania, skakania i nucenia metalowych hymnów grupy. Choć nie były to może moje klimaty, zespół zrobił na mnie jak najlepsze wrażenie. Do tego jeszcze nie sposób nie wspomnieć o brzmieniu, które jak na pierwszy występ było wręcz fantastyczne. Pamiętacie zeszłoroczny, zmarnowany przez sound koncert Vader przed Metalliką? Przy Dragonforce nie było o tym mowy. Respect dla organizatorów za takie podejście dla supportu.
Już jakieś 15 min. później na scenie pojawił się Frontside. Grupa ta wiele ostatnio przeszła. Zmiana na stanowisku wokalisty to w końcu nie przelewki. Auman jednak, jak się okazało, godnie zastępuje Astka. Ba, jest wręcz świetnym frontmanem i na pewno bardziej charyzmatycznym od swego poprzednika. Grupa zabrzmiała potężnie. Muzycy zaserwowali nam głównie kawałki ze swojej ostatniej płyty - "Zmierzch Bogów". Mnie osobiście najbardziej powalił wieńczący występ numer "Apokalipsa Trwa", który porwał rasę (a przynajmniej jej trochę młodszą część) do pierwszego, prawdziwego tego dnia pogo.
Po Frontside nastąpił czas na koncert Primal Fear. Niemcy promują właśnie swój ostatni krążek - "Devil's Ground". Swoje show rozpoczęli od monumentalnego symfonicznego intra. Później zaś poleciały numery z ostatniego albumu zespołu i parę klasyków. Na mnie najlepsze wrażenie zrobił kończący występ "Metal Is Forever". Ralf Scheepers śpiewając jego refren udowodnił chyba wszystkim (a na pewno mnie), że na metalowym poletku spokojnie może być stawiany na równi z Robem Halfordem czy Timem Owensem.
Po niemieckiej legendzie heavy metalu nastąpiła dłuższa przerwa na przygotowanie sceny na występ Behemoth. Horda Nergala była chyba ostatnią ekipą jaką spodziewałem się zobaczyć na Mystic, gdyż Adaś jeszcze trzy miesiące temu na łamach jednego z polskich czasopism muzycznych stwierdził, że nie lubi grać na dużych festiwalach i nigdy nie dopuści by Behemoth zagrał na imprezie typu np. Przystanku Woodstock. Mystic może i z Woodstock równać się nie może, ale przecież nie od dziś jednak wiadomo, że Wielki Papier już dawno opętał Nergala, a jego zmienność poglądów stała się wręcz przysłowiowa. Może się jednak czepiam, gdyż zespół zabrzmiał naprawdę profesjonalnie i, jak przystało na "młot na Boga i chrześcijan", gdyż tak Nergal zwykł nazywać swoją kapelę, zgniótł wszystkich którzy powątpiewali w potęgę Behemoth. Muzycy zagrali głównie numery z ostatnich płyt. Niestety publiki, pomimo próśb Nergala o "napier***", nie porwali. Tylko przy hiciarskim "As Above So Below" rozpętało się gdzieniegdzie małe pogo. Cóż widać publiczność nie do końca ta. A może po prostu większość osób oszczędzało już siły przed koncertem Kreatora?
Przyznam że kapelą, na która najbardziej wyczekiwałem, było nie Iron Maiden, ale właśnie Kreator. Wprost nie mogłem doczekać się koncertu Niemców. Z zainteresowaniem obserwowałem przygotowania do show (najbardziej rozwalił mnie Ventor testujący swoją perkusję z... petem w gębie). Moje wyczekiwania nareszcie się jednak zakończyły. Z głośników poleciało intro znane z "Pleasure To Kill". Scena zaś utonęła w czerwonych i niebieskich dymach. Mówię Wam: zajebisty widok! W końcu pojawili się także kreatorzy z Mille Petrozą na czele. Zaczęli od tytułowego numeru ze swojej ostatniej płyty - "Enemy of God". Od początku porwali Wiernych. Nareszcie było porządne pogo, pierwsze przypadki pływania. Brzmienie było powalające (chyba tylko Ironi mieli tego dnia lepszy sound). Z nowego krążka poleciały jeszcze "Immposible Brutality" oraz "Suicide Terrorist". Resztę setlisty zapełniły znane wszystkim klasyki zespołu: "People of the Lie", "Coma of Souls", "Extreme Aggression", "Violent Revolution", "Terrible Certainty", "Phobia" czy "Betrayer" chóralnie odśpiewane przez metalową część widzów (fani Nightwish do tej grupy się nie zaliczają, ale o tym później). Zabrakło tylko mojego ulubionego "Tormentora", ale cóż, nie można mieć wszystkiego. A tak przynajmniej jest po co czekać na następna wizytę Mille i kolegów w naszym kraju, na którą po ich występie na Mystic apetyt tylko mi urósł.
Następny miał być Nightwish. Nie przepadam za nimi i całkowicie nie rozumiem fenomenu tego zespołu, a jego występ bynajmniej mi w tym nie pomógł. Fakt, zespół ma ogromne rzesze fanów, podczas koncertu poza stadionem pozostali tylko nieliczni. Ja jednak nie kumam ich muzyki, bardziej przypominającej chyba operowe arie (głównie za sprawą elementów muzyki symfonicznej i wokalistki) niż metal. Wielbiciele Nightwish zaś prawdopodobnie nie zaliczają się do metalowców, gdyż w czasie całego "show" nie zaobserwowałem żadnego pogo, tylko, zupełnie jak na koncercie jakiejś gwiazdy pop, podskakiwanie, klaskanie. Wyprzedzając wszystkie groźby fanów Tarji i jej kolesi pod moim adresem w związku z powyższym porównaniem, chciałbym tylko zauważyć, że ich ulubiony zespół parę lat temu brał udział w eliminacjach do Eurowizji(!).
Nareszcie jednak (przynajmniej dla mnie) Nightwish przestał grać i nastąpiła blisko godzinna przerwa na przygotowanie sceny na Iron Maiden. Koncert Żelaznej Dziewicy rozpoczął się z małym opóźnieniem, ale naprawdę warto było czekać. Zaczęli od odtworzonego z płyty intra "The Ides Of March", które świetnie współgrało z grą świateł. Zaraz po nim na scenę wskoczyli Ironi. Zaczęli od "Die With Your Boots On". Od razu powalił mnie ruch na scenie. Steve, Janick, Adrian, Dave, a zawłaszcza ulubieniec tłumu - Bruce, biegali po scenie stąd i z powrotem. Mogłoby wydawać się, że wywoła to niezwykły chaos, ale nie! Wszystko wyglądało na wspaniale zaplanowane i wyreżyserowane! Dickinson na początku wyjaśnił, że w czasie tej trasy grają utwory tylko z pierwszych czterech płyt, co spotkało się z dużym aplauzem widowni (i niekoniecznie moim bo oznaczało to że nie usłyszę "Wicher Mana"). Jakby na potwierdzenie jego słów poleciał "The Trooper". Oczywiście Bruce oprócz śpiewania biegał po scenie w stroju lotnika i wymachiwał brytyjska flagą. Następnie frontman Iron Maiden zapowiedział kawałek, jak sam to określi, "dawno niegrany" - "Phantom Of The Opera". Zespół w świetnym sposób przypomniał wszystkim ten swój, trochę zapomniany dziś, szlagier. Grupa nadal nie szczędziła jednak fanom wrażeń w postaci swoich największych hitów: "Remember Tomorrow", chóralnie odśpiewanego "Run To The Hills" czy "Hallowed Be Thy Name". Nareszcie zespół zagrał także ulubiony utwór słuchaczy Radia Maryja - "Number Of The Beast". Cały stadion śpiewał z Brucem słynny refren: "666 is number of the beast". Podczas tego numeru muzycy postanowili rozgrzać dodatkowo męską część publiczności i zaprosili na scenę seksowne modelki przebrane za diabełki. Na koniec, jak się początkowo wydawało, Ironi zagrali tytułowy numer ze swej pierwszej płyty, zatytułowanej oczywiście "Iron Maiden". Wszyscy myśleli że to już koniec, ale jednak nie! Muzycy wyszli jeszcze na bisy z "Running Free" na czele.
Koncert Iron Maiden był zdecydowanie najlepszym występem tego dnia. Ja już teraz czekam na ich kolejną wizytę w Polsce (podobnie zresztą jak na Kreatora). Cały zaś tegoroczny Mystic Festival może śmiało pretendować do miana najważniejszego wydarzenia muzycznego w naszym kraju. Muszę w tym miejscu wspomnieć o organizacji festiwalu. W przeciwieństwie do poprzednich jego edycji ta była zupełnie w pełni profesjonalna. Nie zauważyłem żadnych niedociągnięć. No, chyba że miałbym czepiać się cen napojów i jedzenia na stadionie. Pięć złotych na 0,25 l Coca-Coli to chyba przesada! Poza tym jednak oceniam wszystko na plus i kibicuje Michałowi Wardzale w organizacji dalszych edycji festiwalu.