***Relacja z koncertu Gorgoroth (Proxima)***
Carnal Forge + Hate + Devilyn



Mroczny bilecik

Na wstępie uprzedzam, że tekst ten jest strasznie nudny i pełny kwasów. Jeśli czytałeś Drogi Czytelniku moją relację z Blitzkrieg i nie podobała Ci się, to lepiej skończ czytać ten tekst w tym miejscu.
Gorgoroth w Polsce, ja pierdolę! Gdy mój kumpel dowiedział się o koncercie (jakieś 2 miesiące przed) i powiedział mi o tym, szczerze wam powiem - zrobiłem się mokry:). Z początku planowaliśmy z kumplem skołować jakąś konkretną ekipę i ruszyć składem do Krakowa. Ponieważ tam miało być taniej i dodatkowo miał zagrać Carpathian Forest. Jakoś mi się to nie widziało, więc po pewnym czasie zdecydowaliśmy się kupić bilet przed koncertem i ruszyć do warszawskiej Proximy. Wielkie dzięki dla mojej siostry, która będąc na waksach, kupiła bilety w Empiku (pozerski sklep, ale no cóż).
Koncert startował o 16:00. Mieliśmy farta gdyż mój ojciec jechał przed 15 do Wa - wy i podrzucił mnie i kumpla prawie pod sam klub (ciepły, wygodny transport to jest to:)). Mieliśmy jakieś 45 minut czasu wolnego, więc ruszyliśmy do monopolowego. Zaopatrzeni w kilka puszek złocistego napoju poszliśmy pod klub. Ustawiliśmy się na schodach, drzwi od klubu były zamknięte, chociaż wcześniej trochę ludu się wbiło. Niektórzy się niecierpliwili i pytali co się dzieje. Czekając spotkaliśmy kolejnych znajomych. Wszystkich rozbawiły teksty gości, którzy zbierali na bilety. Jeden powiedział do drugiego tak: "wpuszczą cię, ale musisz stać na własnych nogach" (a z tym było ciężko). Jakoś udało się dopchać do wejścia. Ochrona albo była zmęczona, albo przeraził ich tłum, gdyż jeden tylko klepnął mnie po kieszeniach kurtki. Z kumplem szybko pozbyliśmy się zbędnych ciuchów, babka w szatni miał pewnie problem z powieszeniem tego wszystkiego na jednym wieszaku, bo tak sobie zażyczyłem (było tego sporo, dwie kurtki, dwie bluzy i plecak).
W środku rozgrzewał publikę Devilyn w nowym składzie (a gdzie jest Novy?:)). Z materiałem Devilyn jestem na bakier, z pięciu kawałków poznałem tylko jeden. Występ nudny, nic się nie działo, publika jak to bywa na pierwszych kapelach, stała drętwo i podziwiała nowego wokalistę. Przyznaję, że gościu był niezły, wokal miał na pewno oryginalniejszy od Novego. Pamiętam, że basista machał pałą jak opętany, a na swoim instrumencie:) wyprawiał ciekawe rzeczy. Ogólnie nieźle.
Przerwa. Na scenie pojawił się Hellrizer w śmiesznych, brązowych szortach i czarnej koszulce z napisem "satanic metal" (czy coś takiego). Perkusista Hate wydał mi się jakiś wychudzony, miał też puder na mordce i podkrążone oczy (taki niby mroczny makijaż). Z kumplem wepchnęliśmy się pod scenę i z zaciekawieniem obserwowaliśmy jak Helluś zmienia blachy (prawie wszystkie zmienił na swoje), ustawiał mikrofony i w ogóle wszystko cacy dostroił. Zastanawiałem się tylko jak taki wymiatacz jak Hellrizer poradzi sobie na tej mizernej perce (dwa tomy, kocioł, centrala klejona taśmą - syf!). Ciekawie też wyglądał ride ustawiony prawie pionowo. Mniejsza z tym. Na scenę wbił się Adam z głupawą miną i pomalowanymi oczami. Dla jaj krzyknąłem: "Cześć Adaś!", a on świnia nie odpowiedział:(. Kaos też się nie lenił, powiesił plakaty z odwróconym Chrystusem. Jeden gość z publiki (w sumie znam go) krzyknął: "chłopaki kto wam oczy podbił". Później usłyszałem tez: "skąd macie takie ładne plakaty?" i "ogień, kurwa ogień!". Publika zaczęła się niecierpliwić Kaos sprawdził swojego BC Richa, Cyprian trochę poplumkał na basie, Hellrizer zaczął napierdalać niezłe blasty. Zaczęło się, poszło interko w klimatach filmu "Omen" i rzeźnia na całego - za to wielbię Hate (i chyba nie tylko ja, bo publika wpadła w amok). Zostały zagrane dwa kawałki z nowego albumu. W tym genialny "The Scrolls" (czekałem na ten kawałek), który nieźle podziałał na publikę. Adamowi udzielił się entuzjazm publiki i robił śmieszne miny, wywalał jęzor i pluł na lewo i prawo. Technicznie Hate nie zawiódł, wszystkie instrumenty były dobrze słyszalne (kumpel stwierdził, że wokal był za cicho), tylko coś zjebało ten występ. W pewnym momencie Adam mówi: "niestety czas nas goni, koncert jest nieco opóźniony, więc pora na ostatni numer". Publika nieco "zdziwiła" się ("co do kurwy!?"), Adaś aby uspokoić atmosferę powiedział: "ale teraz wam dokopiemy". I rzeczywiście "dokopali", po chwili wszyscy szaleli przy "Postmortem" (jakby ktoś nie wiedział - cover Slayer). No i koniec, chłopaki zeszli ze sceny, mimo długiego i głośnego skandowania nazwy kapeli, bis nie nastąpił. W sumie było jakieś pięć kawałków, z kumplem nie doczekaliśmy się żadnego numeru z "Cain's Way" (w czasie koncertu darliśmy się "Sectarian Murder", ale chuj z tego wyszło). Hellrizer rozbroił perkę i poszedł w pizdu. Występ byłby udany, a nawet zajebisty, gdyby nie czas trwania (ale tego wieczoru z Hate mógł konkurować tylko Gorgoroth).
Zanim rozłożono sprzęt dla Carnal Forge, trochę czasu upłynęło. Kupiliśmy z kumplem piwko (po jakże żydowskiej cenie - 6 zł), wbiliśmy się na górę, odpoczywaliśmy po Hate, gadaliśmy z nowym znajomym. Przed koncertem stwierdziliśmy, że nazwa "Carnal Forge" nic nam nie mówi, to znacz, że kapela pewnie jest dziadowa:). Ja kojarzyłem jakąś mp'trójkę, taki niby death metal z elementami Machine Head. Zjawiliśmy się na drugim kawałku tego całego Carnal'a i jakoś nie byliśmy zachwyceni tym co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy. Kumpel powiedział: "zobacz na gitarze mają Mittloffa". Rzeczywiście gościu był podobny, ale miał na środku wygolonego łba taki mini warkoczyk (jakie pedalstwo). Jak już wcześniej wspomniałem nie znałem tej kapeli. Powiem wam jedno wizualnie goście prezentowali się przebojowo. Dwóch grubych gitarzystów, nieco chudszy basista, cwelowaty wokalista, a na pałkarza jakoś nie zwróciłem uwagi. Kumpel przyznał mi racje, że ich muza przypominała Machine'ów. Występ nudny, ale niektórym się podobało i skakali "se". Cały ten show był cholernie miarowy, marzyłem o tym by goście z Hate wbili się na scenę, wyjebali tych pasztetów z Carnal'a i zrobili "arisk terror":). Występ był na pewno dłuższy, niż sety Devilyn i Hate, więc poszliśmy sobie na piwko. Po drodze kumpel dojrzał Hellrizera, klepnął go w ramię, a ten przybił mu piątkę (mój kumpel jest perkusistą i Helluś jest jego idolem:)). Pamiętam (bo alkohol źle wpływa na moje szare komórki) też, że gadaliśmy z gościem, którego poznałem na koncercie Vader (gościu wspominał jak się napierdalał z moim kumplem:)). Podsumowując - Carnal Forge olałem ciepłym moczem, nie lubię takich klimatów (w sumie skojarzyło mi się to też z Frontside - więc chyba wszystko jasne).
Teraz pozostało oczekiwanie na gwóźdź programu. Nie pamiętam co się działo w czasie przygotowywania sprzętu dla Gorgoroth, ale pod sceną robiło się coraz ciaśniej. Nagle na deskach pojawili się zacni panowie z Norwegii (wyglądali imponująco) w składzie Infernus (gitara), King of Hell (bas), Kvitrafn (perkusja), Gaahl (wokal) i jeszcze jeden gitarzysta z kręconymi włosami (którego nie kojarzę). Norwedzy ubrani jak trzeba, pieszczochy z pięciocalowymi gwoździami, piękny, trupi makijaż - ach! coś zachwycającego:). Widziałem fotki Gorgoroth, ale zobaczyć coś takiego na żywo to co innego. Wokalista wszedł z wywalonymi gałami i posępną miną, mierzył wzrokiem publikę, pokazywał koziołki i walnął coś w stylu: "welcome Poland". Wśród publiki rozpętało się piekło. Warto w tym miejscu wspomnieć, że ekipa na koncercie (około 400 osób) była dość konkretna. Większość zapierniczała w koszulkach black'owych kapel, było trochę vaderowców i kilku kredków (tych na szczęście było najmniej). Co ciekawe na koncercie było wielu Nsbm'owców, nakręcali kotły i pomiędzy kawałkami darli się "źipl hajl":). Ja zdzierałem gardło skrzecząc "Revelation of Doom", ale nie wyprosiłem tego kawałka:(. W czasie setu można było usłyszeć "Heavens Fall/Under The Pagan Megalith/Unchain my Heart!!!/Possessed (By Satan)/Destroyer/Profetens Apenbaring (heeej!:))", a reszty nie pamiętam:). Przypominam sobie, że wstąpił we mnie Szatan i w ogóle czułem się zajebiście:). W pewnym momencie pomogłem kumplowi wbić się na publikę pod sceną. Kumpel przybił piątkę nieco zaskoczonemu Gaahl'owi. Występ trwał około 45 minut, zagrano jakieś 8 kawałków. Gutkowie z Gorgoroth może i mieli ładnie pomalowane gębki, ale coś oszczędzali swe główki (zbytnio nie mieszali betonu, bu!). Brzmienie było takie sobie, chwilami trochę się zlewało, ale Gaahl'a było słychać dobrze - gościu świetnie darł japę, a i czystym wokalem potrafił ładnie zawyć (co chwila rzucał "Szejtanami":)). Nagle zonk, perkusista wstał, gitarzyści schowali się za kulisy i koniec. Przez chwilę myślałem, że sobie przerwę robią, ale to był najprawdziwszy koniec!!! Część publiki była zmieszana (albo raczej mocno wkurwiona!) i rzucała mięchem pod adresem Gorgoroth. Nie pomogło nawet długie wywoływanie Norwegów (Gor - go - roth, Gor - go - roth, Gor - go - roth!!!). Cóż mogę powiedzieć, występ był dobry, chociaż spodziewałem się nieco więcej. Może śpieszyło im się do Krakowa?
Za to publice nie śpieszyło się z opuszczeniem klubu, w sumie było wcześnie (około 20:15). Wyszliśmy z Proximy i zebraliśmy się kupką, trochę pogadaliśmy i dokończyliśmy resztki piwa. Teraz aby was do reszty zanudzić, opowiem trochę o tym co się działo później. Ruszyliśmy jako mroczna horda złożona z siedmiu chłopa i dwóch niewiast, przed siebie. Przypomniałem sobie, że miałem zerwać plakat koncertu Gorgoroth z płotu (na pamiątkę). Reszta z przykładem moim i kumpla zrobiła podobnie. Wszyscy szarpali się z papierem, a oderwać trzeba było umieć - należało złapać kilka warstw, aby nie porwać cennej pamiątki:). Śmiesznie to musiało wyglądać, jak banda złych metalowców profanowała płot w pobliżu Proximy. Później dotarliśmy na górkę (Pola Mokotowskie), był śnieg, a ktoś znalazł jakieś sanki (nie mam pojęcia skąd się tam wzięły). Wszyscy byliśmy pełnoletni, a bawiliśmy się jak dzieci. Po zimowych igrzyskach:), ruszyliśmy w poszukiwaniu najbliższego monopolowego (metalowcom zawsze mało:)), który wcale nie był tak blisko:). Pamiętam, że po drodze rozmawialiśmy (jak to metalowcy) o muzyce. Jeden mój nowy kumpel operował taką wiedza, że byłem pod wrażeniem. Ten sam gość dokonał bezlitosnej profanacji plakatu koncertu Metallici wiszącego na słupie (cóż to był za piękny widok). Po nabyciu kolejnych puszek, zaczęliśmy się powoli rozchodzić. W metrze sialiśmy terror. Kumpel krzyknął: "Szatan", a ja odpowiedziałem śmiesznym tonem: "Gdzie?". Siedzące w pobliżu babcie były zbulwersowane, a jeden studencina śmiał się. Pożegnaliśmy się z czarną bracią, my z kumplem mieliśmy najdalej do domu, gdyż jesteśmy spoza Warszawy. Fartem po kilku przesiadkach, trafiliśmy na Marymont i wsiedliśmy w ostatni autobus do domu...
Podsumowując. Uznaję koncert za dobry - dzięki nieco krótkim, ale treściwym występom Hate i Gorgoroth. Później też było wesoło. Miło jest pobyć w licznym towarzystwie czarnych braci i sióstr:), a poza tym nikt nie ośmielił się nam wchodzić w drogę. To tyle, żegnam, do następnego koncertu!

PS. Przed wyjściem z klubu widziałem Anję Orthodox (oh jeh!). Miałem ochotę podejść i coś zrobić... na pewno nie po to, aby wziąć autograf. Pamiętam jak kiedyś (przypadkiem:)) oglądałem "Rozmowy w Toku" i cała ta Anja wypowiadała się o Burzum!
PS2. Podczas pisania słuchałem Maniac Butcher, Nokturnal Mortum, Impaled Nazarene, Nargaroth (gorąco polecam) i Infernal War.





Š
SLA-I-AN 01.02.2004 (Open the Gates!!!).