VENOM "RESURRECTION" 

Czym jest Venom i jakie są jego zasługi dla rozwoju metalu pisac chyba nie trzeba. Pierwsze trzy płyty grupy to dziś absolutna klasyka, nie podlegający żadnym wątpliwościom kult. Wraz z wydaniem czwartej płyty studyjnej "Possesed" w obozie Venom działo się różnie, zmieniał się skład, ktoś odchodził, ktoś przychodził, a kto inny wracał. Ostatni album grupy powstał w roku 2000 i jest nim właśnie recenzowany przeze mnie "Resurrection". Z oryginalnego, "złotego" składu zostali w nim Cronos (wokal) i Mantas (gitara), za bębnami zasiadł natomiast niejaki Annton. Niestety skład ten nie utrzymał się i obecnie jedynym ze "starej" gwardii jest Cronos.
Chyba każdy wie, jak brzmiały wspomniane przeze mnie, pierwsze płyt Jadu. Mrok, gniew, szaleństwo i totalny czad, to określenia które najlepiej charakteryzują wczesną twórczość ekipy z Newcastle, za to zyskali uwielbienie milionów fanów. Ci właśnie, którzy są z grupą od początku, zawiodą się (i pewnie już się zawiedli) na tej płycie boleśnie. Dzieło to bowiem różni się znacznie od takich wydawnictw jak "Black Metal". Muzyka zawarta na "Resurrection" to ciężkie, miażdżące riffy, często gwałtownie przyspieszające. To jednak jeszcze nie jest dla starych wyjadaczy najgorsze, inną cechą tej płyty jest perfekcyjna produkcja, czyste brzmienie, bez mrocznego i pseudostrasznego klimatu. Dla mnie nie jest to może wielka wada, ale ci którzy chcieliby powrotu do korzeni grupy raczej nie mają tu czego szukać. Nie sprawia to jednak, że płyty nie słucha się z satysfakcją i przyjemnością, znaleźć można tu naprawdę dobre riffy, świetne solówki i przede wszystkim popis genialnego moim zdaniem wokalu Cronosa, który sam powiedział o tej płycie, że jest 'kurewsko ciężka'. Podczas obcowania z "Resurrection" nie można się jednak pozbyć wrażenia, że to wszystko brzmi za dobrze, jakby chłodny profesjonalizm przesłonił prawdziwe emocję, pasję włożoną w muzykę. Pewnie wiele zespołom, nawet początkującym nie śniło się nagranie tak perfekcyjnej pod względem brzmienia płyty i z pocałowaniem w rękę przyjęłyby propozycję podpisania jej własną nazwą, ale jak na Venom to wszystko zbyt dobrze wyszło. Za dobry wokal, za dobra produkcja, za dobre wszystko. Wczesny Venom charakteryzowało właśnie to, że nie wszystko mieli doskonałe i to stanowiło o ich sile, a tu nawet okładka jest tak świetna, że lepszej ze świecą szukać. Ale niestety płyta w kilku momentach wydaje się za długa, przesadzona. Czasami po sobie następują nawet 3 utwory o takim samym tempie, nawet podobnym riffie, tak że różnica między nimi jest minimalna. Jeśli już Cronos i spółka chcieli zafundować fanom większą dawkę muzyki mogli to zrobić w sposób nieco bardziej urozmaicony. Z drugiej strony dzięki temu płyta zyskuje na równości, nie ma tu tak naprawdę słabych utworów, a wyróżniają się: tytułowy (ze genialnym przyspieszeniem na początku), "Pain" i "Leviathan", choć przebojowy refren w tym ostatnim może przyprawić co większych ortodoksów o ciarki :). 
Podsumujmy więc. Trochę napsioczyłem na tą płytę, lecz z każdym następnym słuchaniem stwierdzam, że to naprawdę dobry album.
Wytknąłem mu parę wad, jednak tak naprawdę nie dotyczą one jakości muzyki, odnoszą się raczej do postawy zespołu wobec fanów i samych siebie. Tak naprawdę to płyta jest z pewnością godna polecenia, bo to równy, solidny materiał. Krążek spodoba się niewątpliwie tym, którzy lubią połączenie klasycznych heavy metalowych brzmień z thrashem, jednak starzy fani jak już napisałem mogą czuć się nieco rozczarowani. Ocena bardzo dobra, lecz gdyby Venom spojrzał w swoją przeszłość i zawarł w swojej muzyce, to za co uwielbiają ich metalowcy na całym świecie, byłaby nawet dziewiątka, a może i więcej? 

1.Resurrection
2.Vengeance
3.War Against Christ
4.All There is Fear
5.Pain
6.Pandemonium
7.Loaded
8.Firelight
9.Black Flame (of Satan)
10.Control Freak
11.Disbeliever
12.Man, Myth & Magic
13.Thirteen
14.Leviathan
Ocena:

8/10

Bad Guy (np. Kat "Łza dla cieniów minionych", Venom "In League with Satan")