VADER
"The Beast"
Kolejny rok i kolejna płyta Vader. Można by pomyśleć, że Peter jest cholernie płodnym muzykiem, chodzi tu jednak chyba bardziej o wypełnianie kontraktów oraz zobowiązań względem wytwórni niż faktyczny popęd twórczy. Skąd u mnie takie negatywne i ironiczne podejście do naszego "death metalowego towaru eksportowego"? Posłuchałem "The Beast", ostatniego albumu zespołu.
Vader, co trzeba mu przyznać, był kiedyś jedną z najciekawszych formacji death metalowych w Polsce, a może i nawet na świecie. Co zostało z jego świetności? Poza albumami z 1. połowy lat 90. chyba nic szczególnego. Wybili się, zdobyli faktycznie popularność poza granicami naszego kraju, co udało się jak na razie jeszcze tylko Behemoth. Co jednak z tego, gdy zespół zaczął najzwyczajniej odcinać kupony od swojej sławy i nagrywać takie np. "The Beast". Ale do rzeczy, gdyż na razie tylko narzekam, a nie piszę dlaczego. Odpowiedź jest jednak bardzo prosta. "Bestia" jest bowiem nudna. I to nawet bardzo. Zespół miał zresztą duże problemy z jej nagraniem. Jak zapewne wszyscy już wiecie Docent, w skutek kontuzji, nie mógł zagrać na płycie i został zastąpiony przez perkusistę Vesanii - Daraya. O tym czy był to dobry wybór pomówimy za chwilę. Warto się jednak zastanowić czy wypadek Docanie był znakiem z Piekieł, że Vader nie powinien teraz nagrywać albumu. Jeśli tak to Lucyfer dobrze radził Peterowi i spółce. O kryzys twórczy podejrzewałem lidera Vader już od dawna, ale na nowej płycie ujawnił się on w pełnej okazałości. Myślałem, że zespół pójdzie drogą wyznaczoną przez kawałek "We Wait" z EP'ki "Blood", w stronę muzyki może i bardziej melodyjnej i komercyjnej, ale w końcu lepsze to niż stanie w kółko w miejscu. Peter stracił już chyba na dobre swoją naturę ryzykanta. Napisał bowiem materiał niezwykle zachowawczy i przewidywalny. Właściwie podczas słuchania albumu nie opuszcza nas uczucie deja vu. Najlepszym przykładem może być "The Sea Come In At Last", które pod względem budowy przypomina "Carnal". W innych kompozycjach natomiast aż roi się od riffów znanych z utworów, pochodzących z poprzednich krążków grupy. Mam wrażenie jakoby nowe kawałki były pisane na siłę i bardzo ostrożnie. Peter "zaszalał" tylko przy "Dark Transmission" i "Choice", sprytnie wybranych na single. Są, co prawda, najciekawszymi i najlepszymi numerami na "The Beast", ale w ogóle nie reprezentują całości płyty, więc wybierając ja na kawałki promujące album, zespół chciał najprawdopodobniej zachęcić do jego kupna jak największą ilość osób. Ale cóż takie jak widać są już prawa i wymagania rynku. Jakie zaś są te dwie perełki? Ano bardzo, szczególne na tle innych numerów, ciekawe. Bardzo przebojowy i melodyjny "Dark Transmission" zdaje się być kontynuacją stylu zapoczątkowanego we wspomnianym już "We Wait". Myślałem, że szósty longplay Vader będzie cały utrzymany w takich właśnie klimatach... "Choice" zaś to prawdziwy killer, którym Olsztynianie kopią nam tyłki jak nie robili tego od czasu "Litany". W dodatku wszystko zaczyna się tak niewinnie - od akustycznego intro. Takiego bajeru nie było jeszcze nigdy na płycie Vader. Jakiś postęp więc jest...
Osobną kwestię stanowią muzycy i ich granie na płycie. Tu jest już o wiele lepiej. Najbardziej popisał się tym razem Mauser. Nagrał na prawdę wyśmienite solówki, niektóre nawet bardzo melodyjne i zaskakujące jak dla tego zespołu (np. sola w "Choice" czy "Firebringer"). Może Peter nareszcie po 7 latach pozwoli Maurycemu na większy wkład w komponowanie materiału zespołu. Sam zaś Piotr zaskakuje, fakt, chwilami swoim wokalem. W "The Sea Come In At Last" chwilami przestaje growlować i zaczyna czysto śpiewać. Co do Novy'ego zaś to przyznam, że się zawiodłem. Po tym co nawywijał on parę lat temu na "Zos Kia Cultus" Behemoth spodziewałem się po nim czegoś więcej. A tu ani żadnych solówek na basie, ani ciekawych zagrywek... Właściwie bas, tradycyjnie dla wydawnictw Vader, jest przez większość czasu starannie zagłuszany przez gitary. Tylko chwilami trochę się przebija (zwolnienie w "Choice"). Na koniec zostawiłem ostatni nabytek zespołu - Daraya. Miał on na pewno trudne zadanie do wykonania - zastąpić Doca, który grał z grupą od prawie od początku i zagrał na wszystkich jej płytach. Daray, co mu się, według mnie, chwali, nie stara się nawet naśladować swojego poprzednika. Ma swój styl gry, w którym czuje się, co zrozumiałe, najlepiej. Niektórzy mogą narzekać że to już nie to samo, że brakuje już tej motoryki, blastów, ale ja widzę w zmianie na stanowisku perkusisty wiele zalet. Przede wszystkim trochę świeżości w sekcji rytmicznej grupy na pewno się przyda. Poza tym Daray zaskoczył mnie swoim stylem, a zwłaszcza grą na blachach. Chwilami wygrywa na nich ciekawe melodie. Warto tego posłuchać. Na pewno jest przed nim duża kariera i ciekawe perspektywy. Jeśli nawet nie w Vader, choć jak na razie został już uznany za stałego członka zespołu, to w jego macierzystej Vesanii.
Czas na podsumowanie... Z przykrością piszę te słowa, ale moim zdaniem "The Beast" jest najsłabszą pozycją w dyskografii Vader. Poza dwoma fajnymi numerami reszta kawałków jest nad wyraz nieciekawa. I wiecie co? Po tym rozczarowaniu nie czekam już nawet z taką niecierpliwością na nowy mini album zespołu, który ma ukazać się we wrześniu. I tak ten zespół już mnie raczej nigdy nie zaskoczy. A może jest już czas, by Vader się wycofał i oddał pole młodszym kapelom?
Ocena: 4/10