MEGADETH
"Rude Awakening"


W 2002 r. Dave Mustaine, po poważnej kontuzji ręki, postanowił wycofać się na trochę ze światka muzycznego i odejść z Megadeth, przyczyniając się tym samym do jego rozwiązania. Żeby jednak pocieszyć zrozpaczonych fanów (lub, jak wolą bardziej cyniczni, wypełnić warunki kontraktu) postanowił wydać podwójny album koncertowy "Rude Awakening" z zapisem występów z trasy promującej "The World Needs a Hero" w Phoenix i Tucson. Niestety słuchając go wielbiciele grupy mogli wpaść w jeszcze większą depresje, spowodowaną rozpadem zespołu. Niejeden pewnie załamał się świadomością, że tak doskonały pod względem koncertowym zespół przestał istnieć...

Przedtem właściwie nie miałem możliwości usłyszenia Megadeth na żywo. Na żadnym ich koncercie nie byłem (zresztą byli u nas tylko 2 razy!), nie słyszałem bootlegów. "Rude..." zdobyłem zaś w całkowicie przypadkowy sposób. Nie wiedziałem nawet o jego istnieniu. Ale do rzeczy... Pewnego słonecznego dnia wstąpiłem do pobliskiego sklepiku muzycznego. Nie zamierzałem właściwie niczego kupować. Chciałem tak tylko rzucić okiem na półki z kasetami. Wtedy właśnie zobaczyłem ją (a właściwie je, bo jak już wspominałem "Rude..." jest albumem podwójnym). Leżała i wprost krzyczała w moją stronę: "Weź mnie!". Komu jak komu, ale albumom koncertowym Megadeth się w końcu nie odmawia! W każdym razie już po chwili wychodziłem ze sklepu wyposażony w dwie kasetki, będące, jak na początku myślałem, składanką w stylu "The Best of Megadeth". Dopiero gdy dotarłem do domu, puściłem pierwszą kasetę, usłyszałem odgłosy publiki i pierwsze dźwięki "Dread And The Fugitive Mind" zrozumiałem jakiego zajebistego zakupu dokonałem.

Wspomniany otwieracz, znany mi już z "The World Needs A Hero", od razu mnie powalił. Brzmi o wiele ciężej niż w wersji oryginalnej, zaś solówka w środku utworu wgniata w ziemię. Zresztą większość numerów Megadeth na żywo brzmi o piekło (albo raczej niebo, gdyż z tego co słyszałem Mustaine jest człowiekiem dość pobożnym) lepiej niż w wersjach znanych z albumów. Warto wymienić tu zagrane szybciej niż w oryginale "Angry Again" czy trzy kawałki kończące koncert: "Symphony of Destruction", "Peace Sells" oraz "Holy Wars". W trakcie dwóch pierwszych Mustaine odsuwa się w chwilami od mikrofonu i oddaje głos publice. Moje ulubione zaś "Holy Wars" wprost zwala z ziemi. Choćby dla tego numeru warto mieć tę koncertówkę. Utwór brzmi tu jeszcze brutalniej niż na "Rust In Peace". Zaś solówka Mustaine'a na końcu kompozycji wprowadzi chyba niejednego fana metalu w ekstazę. Inną magiczną chwilą na "Rude..." jest zagranie "A Tout Le Monde" i jego refren odśpiewany przez publiczność. Słuchając tego, aż widzi się tysiące zapalniczek uniesionych w górę i fanów śpiewających tylko przy akompaniamencie gitary i lekkich uderzeń perkusji.

Muzycy nie tylko jednak niezwykle skrupulatnie i z ogromną, wyczuwalną pasją zagrali cały set, ale także postanowili trochę poimprowizować. W wydłużonym do ponad ośmiu minut (oryginał ma ok. czterech) "She-Wolf" mamy istne instrumentalne szaleństwo. Najpierw Mustaine i Al Pitrelli strzelają takie solówki, że aż szczęka opada i każdy zastanawia się jak można grać tak precyzyjnie, szybko i do tego jeszcze melodyjnie. Później zaś Jimmy DeGrasso udowadnia wszystkim niedowiarkom, że Nick Menza nie dorasta mu do pięt, a on sam może być śmiało zaliczany do grona najlepszych perkusistów świata.

W mojej recenzji "Decade of Agression" Slayera narzekałem, na brak w setliście tamtego koncertu kilku sztandarowych numerów grupy. Czy taka sytuacja zaistniała także na "Rude...". Niestety tak. Mnie brakuje tu przede wszystkim coveru Sex Pistols "Anarchy In U.K", granego bardzo często przez grupę na koncertach. Dziwi więc jego brak. Może chodziło o prawa autorskie? Poza tym dziwnie wygląda brak numerów z "Risk". Co prawda nie był to zbytnio udany album zespołu, ale w końcu choć jeden, symboliczny utwór z niego powinien się na "Rude..." znaleźć.

Cóż mogę jeszcze powiedzieć? Najlepiej nic tylko skończę pisanie tej recenzji i ponownie puszczę sobie "Rude...", by jeszcze raz uczestniczyć w tak wyśmienitym spektaklu muzycznym. Ci którzy nie mają jeszcze recenzowanego albumu, niech szybko go nabędą, a na pewno nie pożałują. Tym natomiast, którzy mają już w swojej płytotece "Rude...", polecam DVD o tym samym tytule. Jest równie wspaniałe!

Ocena: 9/10


© Anger