KREATOR
"Enemy of God"
Na nowego Kreatora przyszło nam czekać aż cztery lata, gdyż tyle minęło od ukazania się świetnego "Violent Revolution", który skądinąd przywrócił zespołowi Mille Petrozzy popularność po paru niezbyt udanych wydawnictwach. "Enemy of God", wydany na początku bieżącego roku, był przez grupę reklamowany jako muzyczny powrót do korzeni. Miał łączyć w sobie elementy twórczości Niemców znanej z ostatniego krążka oraz te, kojarzące się z legendarną "Pleasure To Kill". Co prawda za to porównanie swojego nowego albumu do drugiej płyty Kreatora, Mille powinien dostać za karę od fanów kilka kopniaków w tyłek, ale i tak "Wróg Boga" broni się doskonale.
Przejdźmy jednak do sedna sprawy czyli recenzji jedenastego (!) krążka zespołu. Pod względem muzycznym album najbardziej przypomina wspomniane już "Violent Revolution". Utwory są ostre i brutalne, ale nie pozbawione tej charakterystycznej kreatorowej melodyki. Właściwie mógłbym powiedzieć, że pod tym względem Petrozza i jego koledzy poszli nawet o krok dalej. Szybkozapadających w pamięć melodii jest tu jeszcze więcej, niż na poprzednim longplayu grupy. Ba, album jest wręcz wypełniony potencjalnymi, metalowymi hitami. Taki np. "Voices of Dead", według mnie, mógłby śmiało rywalizować na listach przebojów z chociażby In Flames i wydaje mi się, że miałby jeszcze duże szanse na zwycięstwo. Ogromnym walorem utworów z płyty może być to, że nieszybko się nudzą, czuć w nich ogromną pasje. Częste zmiany tempa, chwilami zaskakujące riffy, zagrywki, solówki zapewniają im dużą żywotność i nie pozwalają słuchaczowi na choć odrobinę znudzenia. Dla mnie największym zaskoczeniem było chyba intro do "Dying Race Apocalypse". Po raz pierwszy gdy słuchałem tego kawałka myślałem, że Kreator nagrał swoje "Fade To Black" (podobne uczucie miałem kiedyś przy dziewiczym odsłuchu "Replicas of Life" z "Violent Revolution"). Utwór zaczyna się niczym ballada, aż tu nagle po pół minucie wchodzi na prawdę obleśny, chamski riff. Brzmi to tak, jak gdyby Metallica po zagraniu pierwszych dźwięków "Nothing Else Matters" przypomniała sobie nagle, że była kiedyś zespołem thrash metalowym i zaczęła grać jakiś kawałek z, powiedzmy, "Ride the Lighting"... W każdym razie posłuchajcie sami.
Powróćmy może teraz do przytoczonego przez mnie na początku porównania "Enemy of God" do swoich poprzedników. Od razu mogę powiedzieć, co na pewno ucieszy starych fanów zespołu, że wątków znanych ze znienawidzonej przez nich "Endoramy" jest tu znikoma ilość. Jedynie nad wyraz przebojowy "Voices of Dead" przywołuje skojarzenia z tym najbardziej kontrowersyjnym wydawnictwem grupy. Elementów odnoszących się jednak do pierwszych płyt Kreatora jest także niewiele. Na "Pleasure To Kill", po pewnych zmianach, mógłby co najwyżej znaleźć się "Murder Fantasies". Tak jak już wspomniałem, jeśli któryś z fanów spotka kiedyś Mille w na mieście powinien mu za te porównania w prasie dać parę kopniaków. No, tylko nie za mocnych oczywiście, bo jeszcze się Petrozza obrazi i nagra "Endoramę II" he, he. Skoro już jednak wspomniałem o "Murder Fantasies" będę kontynuował jego wątek i wspomnę o tej słynnej solówce, o której już i tak pewnie wszyscy słyszeli. Ale gdyby ktoś nie wiedział o co chodzi już śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż w "Murder Fantasies" gościnnie solo zagrał Michale Amott z Ach Enemy. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, w końcu tego typu rzeczy w świecie metalu zdarzają się dość często, gdyby nie to że wspomina solówa po prostu powala. Oj, nie doceniałem dotąd Michaela. Zagrał taką solówkę, której żaden gitarzysta, nawet z najwyższej półki, by się nie powstydził. Mówię Wam, gościu strzela taką palcówkę, że szczena opada ze zdziwienia, a potem co wrażliwsi mogą mieć poważny ślinotok lub nawet nieskoordynowany wytrysk nasienia. Ogólnie Amott odpieprzył kawał zajebistej roboty i zagrał najciekawszą solówkę w swojej karierze oraz w całej dyskografii Kreatora. Niestety Mille i Sami nie potrafią jej chyba powtórzyć na żywo, i z tego prawdopodobnie powodu "Murder Fantasies" nie jest grany na koncertach. A szkoda, bo zobaczyć jak gra się takie majstersztyk, to byłaby uczta nie tylko dla uszu, ale także oczu.
Osobną kwestie stanowi wokal. Mille postarał się tym razem o dość różnorodne wykorzystanie swojego głosu. Oprócz standardowych wrzasków i krzyków mamy także czysty śpiew. Po jego "dukanio-ryczeniu", jak jego wokal z "Pleasure To Kill" określił kiedyś na łamach KM Mat Kat, nie pozostało śladu. Zamiast tego mamy genialnie wręcz zaśpiewane "Voices of Dead" czy "Under A Total Blackened Sky".
OK, czas zakończyć tą przydługą recenzję. Jeśli jeszcze wahacie się czy warto nabyć "Enemy of God" powiem Wam tylko tyle: według mnie jest to jedna z najciekawszych płyt thrash metalowych ostatnich lat. Dzieło na miarę "Extreme Agression" czy "Endless Pain" to to może i nie jest, choć myślę, że "Enemy of God szybko zostanie także zaliczony do grona klasyków zespołu. Album polecam nie tylko fanom Kreatora, gdyż ci pewnie i tak już go mają, ale także osobom, które wcześniej nie miały z panem Petrozzą i spółką żadnej styczności.
Ocena: +8/10