Poradnik pogującego

Łukasz G3T Stelmach, g3t@muzyka-am.prv.pl

--------------------------------------------------------------------

Pogo to szalony grupowy taniec, polegający na jednoczesnym podskakiwaniu, popychaniu się nawzajem i ogólnym nieskoordynowanym szaleństwie. :) Rozpowszechniony dzięki punkowym kapelom, powszechnie celebrowany jest do dziś. I dobrze, gdyż jest to w miarę bezpieczny i ekscytujący sposób zabawy na koncertach (naturalnie mam na myśli szeroko pojęte koncerty rockowe).

 

Spotkałem się jednak z wieloma opiniami, iż pogo jest niebezpieczne, wygląda strasznie, itp. Wielu młodych metalowców nie wie, jak się w owym młynie zachować, co robić, czego nie robić, itd. Dla nich też kierowany jest ten tekst. Jednak czytelników o nieco słabszych nerwach proszę o kliknięcie w lewym górnym rogu przycisku 'Wstecz'... :)

 

Pierwsza i najważniejsza zasada: nie musicie się niczego obawiać! Wiem, że tłum szalejących ludzi może nie wygląda zbyt przyjaźnie, ale wbrew pozorom nie ma się czego bać.

 

Zwykle pogo rozkręca się przy okazji szybszych utworów, choć nie jest to zasada - czasem z braku laku (można to trochę porównać do 'głodu' narkotycznego) zdarza się je zobaczyć nawet na kawałkach wolniejszych. Jednak najlepszymi utworami do zabawy są te szybsze, gdyż umożliwiają one pewną synchronizację - tj. można wsłuchiwać się w muzykę i pląsać w jej rytm. I - jeśli muzyka zwalnia - wtedy też lepiej przestać i odpocząć, gdyż (zapewne już samotne w tym przypadku) pogowanie przy dźwiękach balladowych wygląda dość żałośnie. Pogo jest zjawiskiem dość spontanicznym i zwykle powstaje, gdy jakaś grupka widzów rozpoczyna wzajemne (acz przyjacielskie) przepychanki. Po jakimś czasie dołączają się kolejni uczestnicy. Każdy robi to na swój sposób - jedni z rozbiegu wbijają się w tłum, inni czynią to skacząc i stopniowo przybliżając się do pogujących, a inni w jeszcze inny sposób - jak komu wygodniej i bezpieczniej.

 

Ważna uwaga - o ile strój nie jest tu najważniejszy, a glany wcale niewymagane, to mimo wszystko kiepskim pomysłem jest wkręcić się w wir w 'kościołowej' koszuli i sandałach. Szczególnie na obuwie trzeba tu uważać, gdyż jest ono szczególnie narażone na podeptanie. Jeśli już jesteśmy przy szkodach, warto nadmienić, iż pomimo pozornej brutalności tejże formy rozrywki, rzadko zdarzają się tutaj jakieś poważniejsze kontuzje. Zwykle najpoważniejszą sprawą jest parę siniaków i boląca łopatka/bark/noga, itp. Dość często może się zdarzyć, iż ktoś z tłumu pogujących - jak wolny elektron - odbijając się od innych, straci równowagę i odleci gdzieś, upadając. I teraz, w zależności od położenia: jeśli upadnie się jeszcze w młynie, natychmiastowo jest się podnoszonym. I to natychmiast, gdyż osoba leżąca narażona jest na poważny uraz. Pamiętajcie - ktoś upadnie - podnosić! (Jeśli to wy upadniecie, to was podniosą - więc nie ma zagrożenia stratowania czy zdeptania.) Jeśli natomiast ktoś wypadnie poza tłum tańczących, zwykle wpada na stojących nieopodal życzliwych ludzi, którzy wspaniałomyślnie wepchną naszego wolnego elektrona :) z powrotem w cyklon. Zawsze jest też szansa, iż zdołamy podnieść się sami, a wierzcie mi, że osoba pogująca parę minut jest w stanie szybciej się podnieść i pobiec bawić dalej niż upaść.

 

OK, mamy koncert, jest szybki utwór, rozkręca się pogo. Wchodzicie doń i zostajecie powitani solidnym popchnięciem, prosto w samo oko cyklonu. Jest to jeden z tych momentów, kiedy zbyt wiele się nie myśli, gdyż cała moc umysłu idzie w błyskawiczne rozpoznanie terenu w promieniu paru centymetrów, zajęcie dogodnej pozycji i w zależności od sytuacji napięcie mięśni, by: a) odepchnąć najbliższa osobę, b) przyjąć pozycję i niczym kamikadze przyszykować się do odepchnięcia przez kogoś innego, c) szybkie przejście w inne miejsce i zajęcie innego - bardziej dogodnego - terenu. Naturalnie wykonuje się to wszystko w ułamkach sekund, gdyż sytuacja zmienia się momentalnie. Generalnie chodzi o to by dać upust emocjom - toteż można dowolnie improwizować - nawet jeśli będziecie robić z siebie idiotę, to nie martwcie się - nikt nie zauważy.

 

O ile w tymże szalonym tańcu z nogami wiadomo co robić (mianowicie należy podskakiwać, przemieszczać się i uważać na własne stopy - aczkolwiek uważajcie, by czasem noga nie 'została gdzieś w drugim końcu sali tudzież nie 'wkręciła' wam się gdzieś w tłum), to już z górnym kończynami rzecz wcale nie jest taka oczywista. Ręce, obok głowy, są częścią ciała, na którą trzeba szczególnie uważać - mogą się 'wkręcić' w tłum pogujących, jak nogi (grożąc wtedy zwichnięciem), mogą też uderzyć o kogoś (a wtedy można się liczyć np. z wybiciem palca) lub w kogoś (bywa, że kończy się to poważnymi obrażeniami) :) Dlatego też, nawet jeśli popychamy kogoś, lepiej nie wyciągać rąk zbyt daleko. Chyba najbezpieczniejszą opcją jest wpychanie się z łokciami (dosłowie!) i zaciśniętymi pięściami - nie ryzykuje się wtedy kontuzji palców, a lekko wystawione łokcie pełnią rolę przeszkody i ochrony. A ze zgiętych ramion  bardzo łatwo przejść w pozycję 'ofensywną' z ramionami gotowymi do pchnięcia. 

 

Warto uważać na osobników lubujących się jedynie w 'przerzucaniu' pogujących (ciężko mi to nazwać jakoś inaczej). Otóż stoi taki osobnik (nierzadko nie biorąc udziału w pogo) i co jakiś czas łapie najbliższa osobę za łachy i rzuca nią w jakimś kierunku. O ile niektórzy są niegroźni, a doznania po takim rzucie niepowtarzalne, :) to inni bywają niebezpieczni, szczególnie będąc pod wpływem napoju wyskokowego (i zwykle niejednego). Bywają też osobnicy wymachujący podczas pogowania piąchami, nogami, skaczący (dosłownie) w tłum, wbiegający w wir niczym rozjuszony byk... ale w tłumie ludzi nie są groźni, a dzięki nim nieźle podskakuje adrenalina... :) Osobiście polecam patrzeć ludziom w oczy w czasie szaleństw pod sceną - niekiedy jest okazja zobaczyć prawdziwe szaleństwo i żądzę krwi! :)

 

Cóż, to tyle. Teraz, gdy tekst jest już skończony, myślę, że raczej się nikomu nie przyda. Wierzcie lub nie, ale kiedy już wejdziecie w pogo, zapomnicie o wszystkim, co tu przeczytaliście i mimowolnie rzucicie się w wir szaleństwa. :) I to po swojemu. Potraktujcie więc ten tekst jako mały poradnik, byście wiedzieli w co się pakujecie. :)

 

I na koniec, czego słuchałem. A powiem Wam, że ostatnio nie słucham niczego innego. Dodam tez, że wszystkie moje ostatnie arty (bez now-playów) powstawały przy akompaniamencie tej cudnej muzyki:

1. Ludwig van Beethoven - Fur Elise (3:01)
2. Wolfgang Amadeus Mozart - A Little Night Music (7:53)
3. Antonio Vivaldi - The Four Seasons (10:55)
4. Johann Strauss - The Blue Danube, op. 314 (10:01)
5. Pyotr Tchaikovsky - Swan Lake, Waltz from Act I (7:24)
6. Georg Friedrich Handel - Fireworks Music Suite (9:53)
7. Felix Mendelssohn- Bartholydy - Wedding March (4:51)
8. Richard Wagner - Lohengrin, Prelude to Act III (3:38)
9. Richard Strauss - Also sprach Zarathustra (1:45)
10. Ludwig van Bethoven - Symphony no.5  (7:22)
11. Wolfgang Amadeus Mozart - Symphony no. 40 (7:50)
12. Giuseppe Verdi - La Traviata, Overture (3:48)
13. Johann Sebastian Bach - Toccata and Fugue (8:27)
14. Ludwig van Beethoven - Symphony no. 9 (23:38)

Polecam! 

 

© 2005