METAL UP YOUR ASS
Historia thrash metalu cz. I
"(...) sformułowanie "Metal Up Your Ass", to był to slogan, który towarzyszył nam od pierwszego dnia działalności. Założyliśmy Metallikę, aby wbijać we wszystkich metal siłą. A wbijać go przez tyłek to najbardziej brutalny sposób."
James Hetfield
Wstęp, w którym autor artykułu tłumaczy przeciętnemu czytelnikowi czym jest thrash metal.
Czym więc jest thrash metal? Najprościej jest powiedzieć, że jedną z odmian metalu. Tyle tylko że definicja nikogo chyba nie zadowala. Rozwińmy więc temat. Thrash metal powstał na początku lat 80. Za jego "ojca" można uważać punk rocka, zaś "matkę" heavy metal. We wczesnych nagraniach thrashowych syntezę tą bardzo wyraźnie widać. Utwory były proste, brutalne, szybkie, ale nie pozbawione melodyki. Do tego jeszcze dochodziła szybka perkusja i wokal, a raczej wrzask, krzyk, a nawet przeróżnego rodzaju piski. Niektórzy wokaliści thrashmetalowi stosują także growling (wide Mille Petroza from Kreator czy Chuck Billy from Testament). Muzyka co prawda ciężko strawna, ale jej fani w latach 80. zasłuchiwali się wręcz z masochistyczną przyjemnością płytami Metalliki, Slayera, Megadeth, Sodom, Kreatora i wielu innych thrashowych kapel. Ale po co ja właściwe Wam to tłumacze. Posłuchajcie lepiej jakiejś płytki jednego z wyżej wymienionych zespołów z lat 80. a zrozumiecie w czym rzecz. Na razie jednak zapraszam do lektury poniższego artykułu.
Rozdział pierwszy, mówiący o tym o czym zwykle mówią rozdziały pierwsze, czyli o tym jak to się wszystko zaczęło.
Newcastle to takie średniej wielkości miasto w Wielkiej Brytanii. Jest tam port, jakaś kopalnia, parę różnych fabryk. Właściwie niczym szczególnym nie wyróżniająca się mieścina. No, chyba że chcecie przedostać się do Danii stacjonującym tam promem lub akurat piszecie artykuł o historii thrash metalu. Wyobraźmy sobie że jesteśmy w Newcatle. Jest roku 1978. Paru kumpli, których hobby jest picie, imprezy i metal, postanawia założyć własny zespół. W ten sposób powstaje Guillotine, szybko "przechrzczone" na Venom. Niestety po niespełna roku kapela rozpada się po tym jak odchodzi z niej gitarzysta Jeffrey Dunn. Szatan jednak czuwa i sprawia, że 1979 r. do Newcastle przyjeżdża Judas Priest. Miejscowi metale, chcąc zobaczyć na własne gały zespół światowego formatu, ciągną na koncert tłumami. Nie muszę chyba wspominać, że jest wśród nich Jeffrey. W czasie wyczekiwania na gwiazdę wieczoru Jeff poznaje niejakiego Clive'a Archera. Obaj stuknęli się piwkiem i doszli do wniosku, że założą własną kapelę.
Po, podobno zajebistym koncercie Roba Halforda i spółki, Jeff i Clive reaktywują Venom i zapraszają do współpracy: Dave'a Rutherforda (gitara), Alana Winstona (bas) i Tony'ego Braya (perka). Jeff oczywiści zajmuje się drugą gitarą, a Clive, choć nie umie śpiewać, wokalem. Po paru próbach z zespołu wylatuje jednak Rutherford, zastąpiony przez Conrada Lanta z lokalnego zespołu Album Graecum. Wszystko układa się jak najlepiej, ale na tydzień przed pierwszym publicznym występem szeregi Venom opuszcza Winston. Nie ma basisty! Za tydzień trzeba zagrać pierwszy koncert. Co robić? Odwołać występ? Nie. To byłoby zupełnie nie w stylu tych gości. Bas na swe barki wrzuca po prostu Lant. Od tego czasu to on pełni z zespole funkcje zarówno basisty jak i wokalisty. Gra na gitarze basowej musiała mu iść całkiem nieźle, ponieważ już wkrótce przylega do niego ksywa "buldozzer bass".
Od pierwszego koncertu zespół szokuje scenicznie. Przed każdym występem na scenę wrzuca się świecę dymną i włącza czerwone światła. Później z dymów, niczym z piekieł, wyłaniają się muzycy i zaczynają zdumiewać fanów, ale tym razem już muzyką.
Choć początkowo Venom, jak większość rozpoczynających swą karierę kapel, gra covery ówczesnych metalowych bogów typu Black Sabbath czy Judas Priest, powoli zaczynają jednak powstawać jego autorskie utwory. Pod koniec kwietnia 1980 r. zespół wchodzi do studia, gdzie utrwala na taśmie swoje trzy numery: "Angel Dust", "Raise The Dead" i "Red Light Fever". We wszystkich biografiach zespołu, jakie znalazłem w Sieci, pisze że na demie śpiewał jeszcze Archer, ale tak się akurat składa, że, w przeciwieństwie do autorów tych artykułów, słyszałem pierwsze demko Venom i dam sobie uciąć wszystkie kończyny że wokalnie udziela się na nim już Conrad. No, chyba że obaj panowie mieli aż tak podobne głosy he, he.
Muzycznie pierwsze demo "Trucizny" (czy "Jadu" jak ktoś woli), doprowadza niejednego, ówczesnego metalowca do palpitacji serca czy nawet zawału. Może i Black Sabbath grało ciężko, ale Venom brzmi przy nim jak siedmiotonowe kowadło przy piórku (wiem, że głupie porównanie, ale nic lepszego nie przyszło mi do głowy). Do tego jeszcze przepity wokal Lanta, którym przez kolejne lata będą inspirować się inni wokaliści (choćby Tom Angelripper z Sodom). Warto także wspomnieć, że w tym okresie muzycy zaczynają także używać pseudonimów. I tak Lant staje się Cronosem, Dann Mantasem, a Bray Abaddonem.
Członkowie Venom kopiują ponoć swoje demo w niezliczonych ilościach i wysyłają do różnych wytwórni, rozgłośni radiowych, czy zwykłych fanów, których liczba stale rośnie. W końcu zespołem zainteresował się Geoff Barton. Dzięki niemu powstaje drugie, tym razem pięcioutworowe, demo grupy.
Rok 1981 jest dla Venom niezwykle pomyślny i wręcz przełomowy. Już w styczniu ukazuje się singiel "In League With Satan"/"Live Like An Angel", a w sierpniu zespół pracuje nad trzecim demem. Tym jednak razem z nowej taśmy demo nic nie wychodzi. Zamiast tego powstaje... debiutancki album grupy. W jaki sposób doszło do tak pomyślnego zdarzenia? Otóż Venom zainteresował się pewien szef wytwórni płytowej i zaproponował zespołowi nagranie debiutu.
Tak powstało "Welcome To Hell", do dziś uważane (także przez piszącego te słowa) za jedną z najwybitniejszych płyt metalowych. Debiut Venom jest jednak przede wszystkim dziełem niezwykle rewolucyjnym na lata swego powstania. Powstała synteza heavy metalu i punk rocka zainspirowała wiele innych kapel do grania w podobny sposób jak czynił to zespół. Po wydaniu "Welcome To Hell" zespół zaczyna nareszcie intensywniej koncertować i występować także za granicami Wielkiej Brytanii. Na koncertach nie obywa się oczywiście bez słynnych świec dymnych. Podczas jednego z występów ktoś, widząc z dala ogień, wzywa nawet na pomoc straż pożarną. Idąc za ciosem muzycy już w 1982 r. wydają "Black Metal", swoją druga płytę. Muzycznie jest to kontynuacja debiutu. Ważniejsze jest jednak to, że tytuł krążka daje nazwę dla wykluwającej wtedy, nowej odmiany metalu. Cronos, Mantas i Abaddon to się dopiero mają fajnie! Nie dość że wszyscy niemal ich czczą, to jeszcze uważają za twórców thrash i black metalu. Też bym tak chciał...
Przenieśmy się jednak teraz zza ocean, do słonecznej Kalifornii, a konkretnie Los Angeles i jego dzielnicy Bay Area. Piękna okolica, luksusowe wille, po ulicach chodzą same seksowne, długonogie, idealnie zbudowane blondynki, których ubrania bardziej prezentują ich wdzięki zamiast je ukrywać. Wszystko to, zdawałoby się, nie może inspirować do tworzenia muzyki tak mrocznej i pesymistycznej jak metal. A jednak! Choć prawie wszyscy w około szaleją na punkcie glam rocka i zespołów pokroju Motley Crue czy Bon Jovi, w tzw. podziemiu siedzi grupa zapaleńców, wiedzących czym jest prawdziwy metal z krwi i kości. Jednym z nich jest początkujący perkusista Lars Ulrich. Mały, chudy, ze swoimi włosami po ramiona wyglądającymi raczej na mało ciekawą dziewczynkę, fizycznie w ogóle nie wygląda na gwiazdę rocka. Do tego jeszcze z dumą nosi tytuł "najgorszego perkusisty świata". Ale czy ktoś kiedyś nie powiedział, że bardziej liczą się chęci niż umiejętności? Jeśli tak to z pewnością miał rację, gdyż w przyszłości Lars stanie się jednym z najlepszych i najbardziej znanych pałkerów jakich ziemia nosiła. Kimże byłby jednak Lars Ulrich bez gitarzysty/wokalisty Jamesa Hetfielda. Ten zaś - wysoki, dobrze zbudowany, typowy twardziel i macho - jest jednak całkowitym przeciwieństwem perkusisty. Aż dziw bierze, że tych dwóch razem jakoś się dogadało i założyło własny zespół - Metallikę. W maju 1981 r. obaj rozpoczynają wspólne próby w domu Jamesa w Norwalk, niedaleko Los Angeles. Wspominając o scenie Bay Area nie można zapomnieć o ludziach, którzy choć nie tworzyli zespołów, bardzo je wspomagali - dziennikarzach, twórcach zinów czy nawet organizatorach koncertów. Najbardziej zasłużonym z nich jest chyba Brian Slagel, wydawca zinu "New Heavy Metal Review" i kultowych dziś składanek "Metal Massacre". Pierwsza z nich ujrzała światło dzienne 14 czerwca 1982 r. Znalazły się na niej kawałki Bitch, Black'N Blue, Steeler, Malice, Ratt, Avatar, Pandemonium (nie mylić z pewnym bardzo popularnym na początku lat 90. polskim zespołem), Cirith Ungol i niejakiej Mettalliki. Tak, tak to nie błąd graficzny. Nazwa bandu Jamesa i Larsa została na pierwszym tłoczeniu płyty trochę przekręcona, co jednak dobrze obrazuje ówczesną popularność zespołu, która jednak już niedługo potem znacznie wzrosła. Na początku 1982 r. skład Metalliki na pewien czas się ustabilizował. Do Larsa i Jamesa doszli basista Ron McGovney i gitarzysta prowadzący Dave Mustaine. Najbliższe miesiące przyniosą grupie wzrost popularności oraz liczby fanów (i fanek). Zespół stał się już wtedy lokalną gwiazdą Los Angeles. Zostawmy jednak na chwilę Ulricha z kolegami i przyjrzyjmy się innym kapelom z Bay Area. Centrum życia towarzyskiego lokalnych metalowców jest słynny klub Woodstock. To tu swoje pierwsze kroki na scenie stawia wiele późniejszych bogów metalu. Częstymi jego gośćmi, na scenie i poza nią, byli min. muzycy Metalliki, Slayera, Legacy (późniejszy Testament), Overkill, Death Angel, Exodus i wielu, wielu innych kapel. Ponoć wśród zespołów i ich fanów panowała wspaniała atmosfera. Tak tamte czasy będzie wspominał gardłowy Death Angel, Mark Osegueda: "Stary, to było niesamowite! Każdy chodził na koncert zaprzyjaźnionego zespołu, w ogóle wspaniale było być wówczas tutaj. Czułeś, że jesteś częścią czegoś wyjątkowego, czegoś naprawdę pięknego. Oczywiście była rywalizacja, ale na gruncie przyjacielskim. Chodziło o to, by po prostu być jak najlepszym." Podobnie ten czas zapamięta wokalista Overkill, Bobby 'Blitz' Ellsworth: "To było wspaniałe, tylko tenisówki i jeansy, dużo piwa, imprez i robienie wielkiego hałasu. Wszyscy się znali." Na początku 1983 r. Metallica, po sukcesie ich dema "No Life 'Till Leather", wyprowadza się z Los Angeles do San Francisco. Za bardzo jednak za nią nikt nie płacze, gdyż już w tym czasie palmę pierwszeństwa stara się odebrać jej wiele innych grup, które zaczynają zyskiwać swoich wiernych fanów. Swoje pierwsze dema wydają min. Nasty Savage czy Exodus. Utwór Slayera "Agressive Perfector" zostaje zamieszczony na składance "Metal Massacre III". Powstaje wiele innych wartościowych zespołów w tym Megadeth, założone przez wyrzuconego z Metalliki Dave'a Mustaine'a. Rok 1983 jest jednak ważny dla thrashu z innych powodów. W jego drugiej połowie ukazują się bowiem dwa debiuty płytowe, które zwiastują nową epokę w metalu. Najpierw w lipcu światło dzienne ujrzało "Kill'Em All" Metalliki, nagrane już z Cliffem Burtonem i Kirkiem Hammettem zamiast Rona oraz Dave'a, zaś w grudniu "Show No Mercy" Slayera. Oba albumy zdefiniowały kalifornijski thrash metal. Zarówno Metallica, jak i Slayer, grają na nich szybko, brutalnie, ale zarazem melodyjnie. Tu przede wszystkim liczą się emocje, nie zdolności techniczne muzyków czy brzmienie. Ba, oba wydawnictwa brzmią wręcz, jak na dzisiejsze standardy, koszmarnie. Pomimo tego to właśnie one często są wymieniane przez fanów jako jedne z najlepszych osiągnięć zespołów. Cóż z tego, że na "...And Justice For All" Ulrich i spółka grają techniczne jak nigdy przedtem i potem, zaś "St.Anger" zaskakuje brzmieniem, jeśli w tym wszystkim nie ma już tych emocji, młodzieńczego buntu muzyków.
Pisząc o thrash metalu nie sposób nie wspomnieć o jego niemieckiej gałęzi. Teraz więc ponownie przenosimy się Europy, tym razem jednak do RFN. Co te miasta przemysłowe mają, że wydają takich dobrych muzyków metalowych. Nie mówię tu tylko o angielskich Birmingham, gdzie powstało Black Sabbath, czy Newcastle, prawdziwej kolebce thrashu. Za prawdziwą wylęgarnią dobrych kapel można bowiem uznać Zagłębie Ruhry z miastami Essen i Gelsenkirchen. W tym pierwszym w 1982 roku powstaje Kreator, zaś w położonym niedaleko niego Gelsenkirchen, trzy lata wcześniej Sodom. Te dwie kapele niepodzielnie będą królować na niemieckiej scenie thrashmetalowej od początku lat 80. do dziś. Każdy zespół musi mieć swojego lidera. W przypadku Kreator i Sodom są to kolejno Mille Petroza i Tom Angelripper (właśc. Thomas Such). Obaj, zainspirowani podobnymi formacjami: Judas Priest, Metalliką i Venom, kompletują składy swoich kapel i tworzą swój repertuar. Posłuchajmy jednak jak początki swoich karier wspominają najbardziej zainteresowani: Tom Angelripper: "...Założyłem Sodom już w 1979 roku, był tylko mały problem: nie mieliśmy sprzętu i nie potrafiliśmy grać! Dopiero trzy lata później byliśmy gotowi do rejestracji pierwszych amatorskich nagrań. Pamiętam te bezlitosne recenzje w muzycznej prasie jakie otrzymywało nasze demo "Witching Metal". Ludzie pisali, że to najgorsza taśma wszechczasów. Upłynęło kilka lat i nagle stała się absolutnie kultowa." Mille Petroza podobnie wspomina dziewicze lata Kreator: "Na początku nie braliśmy tego wszystkiego zbyt poważnie, graliśmy świetnie się przy tym bawiąc, często zmieniając nazwy, najpierw był Tyrant (od jednego z utworów Juas Priest), potem Tormentor (od kawałka Slayera). "Ostatecznie, jak wiemy, wybór padł na Kreator. Pod tym szyldem też zespół nagrał w 1984 r. dwa dema: "Blitzkrieg" i "End of the World". W tym też czasie swoje pierwsze wydawnictwa wydaje także Sodom. Przynoszą one obu grupą niemałą popularność wśród niemieckich maniaków i podpisanie kontraktów płytowych z wytwórniami. O tym jednak w części drugiej...