:: ZEMSTA CIENI - PROLOG: HWDP
Dzień dobry wszystkim tym, którzy chcieli mnie tutaj widzieć, inni niech wy********ją gdzie pieprz rośnie. To tak, o co chodzi? Tytuł tegoż najwspanialszego, najsuperlowszegohiperśietnowskiego tekstu może znaczyć wiele. Przykładowo: Hitler walczył dla Polski. Ja oczywiście nie mówię, że tak było, no ale pasuje, nie? Może trochę inny przykład, to znaczy z innego świata: Hugo w dolinie pomarańczy. Znam jeszcze jedno rozwinięcie, ale sobie daruję. O co mi jednak chodzi. A no widzita tutaj teraz nowy cykl "My nie piszemy wugle :-)", a tak na serio to ta seria będzie się zwała "Zemsta Cieni". Na pewno nie jest to jakaś wyszukana nazwa, ale jest, i tyle. Dzisiaj oczywiście idzie Prolog, zamierzam napisać gdzieś z piętnaście odcinków. [Jezu... z całym szacunkiem, ale to nie jest kącik AM Opowiadania... - SN] No, to tyle.

Zaczynamy

Zemsta Cieni - Prolog

Orzi wywijał mieczem jakby trzymał go pierwszy raz w życiu. Jego małe ciało skakało w tył i w przód. Dziwne, że jeszcze się trzymał na nogach, przy tak szybkich ruchach było to rzeczą niezwykle trudną. Jego przeciwnik - wysoka postać, której twarzy nie można było poznać, ponieważ była skryta za czarnym kapturem - zachowywał spokój. Najwyraźniej był pewien swoich możliwości i wiedział, że łatwo wygra ten pojedynek. Trzymał miecz w lewej ręce, w ogóle nie przygotowując się do ataku.
- Na pewno mnie pokonasz - zakpił z wroga, uśmiechając się szyderczo.
Orzi przysunął się bliżej i począł jeszcze szybciej i niezdarniej wymachiwać bronią. Nie miał żadnej osłony. Miał na sobie tylko zwykłą, białą koszulę.
- Tak, tak! Ciekawe skąd wiedziałeś? - Próbował zachowywać się spokojnie, jednakże w jego głosie można było wyczuć wielki strach.
- A wiec stawaj do pojedynku!
Zakapturzona postać wzięła miecz do prawej ręki, lecz nim zdołał uderzyć usłyszał z odległości około stu kroków głośny krzyk, dźwięk pochodził z przodu, z północy. Zanim jednak zdołał się zorientować co to, ujrzał strzałę. Po chwili strzała wbiła się w jego czoło.

***

W gęstym liściastym lesie, w okolicach Doliny Szarma jechało dwóch jeźdźców. Jeden z nich na pięknym, wysokim kasztanowym, pięknym ogierze. Drugi natomiast na trochę, jakby przemęczonym białym koniu. Pierwszy był wysoki, szczupły, ubrany w wykonaną ze srebra zbroje. Na ramieniu miał zawieszony kołczan, a w nim kilkanaście strzał. Twarz miał gładką, włosy jasne, niemalże białe. I te uszy! Zaiste, miał duże odstające uszy, zresztą tak samo drugi. Różnił się on od pierwszego tylko tym, że był nieco grubszy. Poza tym byli prawie identyczni. Obydwaj byli elfami.

Jechali szybko, znakomicie prowadząc konie. Nie jeden świetny, ludzki rycerz mógłby brać od nich przykład. To jak wymijali drzewa i krzewy było wręcz niezwykłe. Dziw budziło też to, że konie mogły być tak zwrotne. Wyraźnie gdzieś się spieszyli. Nie widać było na ich twarzach zmęczenia, można było sądzić, ze przebyli dopiero niedługą drogę.

Po piętnastu minutach jazdy przystanęli usłyszawszy głosy. Słychać było człowieka i cienia. Cokolwiek robili razem, nie mogło to być po prostu spotkanie towarzyskie, słychać było gniew w wypowiadanych przez nich słowach, a mówili głośno, ba krzyczeli.

Elfi jeźdźcy podjechali bliżej obcych. Widzieli teraz z góry kraniec Doliny Szarma. Na polanie, o niskiej trawie stali ów nieznajomi. Kiedy zobaczyli, ze cień chce uderzyć mieczem człowieka, elf drugi wypuścił strzałę, którą dosłownie sekundę wcześniej napiął.
W tym samym momencie pierwszy krzyknął:
- Nie! Stachyr nie!

***

Stachyr pojechał do nieznajomego człowieka. Drugi elf pojechał za nim. Gdy dojechali do obcego powiedział, chyba sam do siebie:
- Oby nie, oby nie.
Stachyr zsiadł z konia i zdjął kaptur z głowy cienia, gdy zobaczył bladą twarz i strzałę wbitą w czoło przeraził się i odszedł, nie mógł uwierzyć, że on tego dokonał. Był z siebie dumny. Teraz drugi elf podszedł do trupa, dostrzegł bliznę na prawym policzku i on sam zbladł na twarzy.
- Jest jeszcze gorzej niż myślałem. - Powiedział cicho. - Co ty żeś najlepszego narobił? - wrzasnął na Stachyra.
Drugi elf, zdziwił się tymi słowami.
- Ależ Ababeb, obroniłem tegoż człowieka. - Mówiąc to wskazał na Orziego.
Ababeb rzucił się z rękoma na Stachyra i zaczął okładać go ciosami. Nieznajomy przyglądał się temu z zainteresowaniem. W końcu chudszy elf dał sobie spokój, odszedł od Stachyra i usiadł na boku zamyślony.
- Bardzo dziękuję za uratowanie mi życia. - Zwrócił się do grubszego elfa Orzi, zginając się w pół.
Stachyr puścił to mimo uszu. Myślał o tym, co zrobił. Spojrzał jeszcze raz na twarz zabitego cienia. Teraz on także ujrzał bliznę na prawym policzku.
- Nie! - wrzasnął.

CDN.
Black Dog (dawniej Kyens) [blackdoggy@o2.pl]

No to tak jakoś wyszło. Orzi krzyczał na forum, że go nie ma w żadnych opowiadaniach to się właśnie pojawił :-)

A dlaczego nazwałem Prolog HWDP? Nie wiem :-)
© COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED.