:: JAK UPOLOWAĆ JEDZENIE, CZYLI ŁÓW W NIEWIELKIEJ WSI
Zastanawialiście się kiedyś co zrobić gdy lodówka pusta, kasy nie ma, a w brzuchu burczy? Jeżeli tak to świetnie się składa. Mam zamiar napisać wam o trzech prostych sposobach na znalezienie jedzenia na wsi. Sposoby te testowane są przeze mnie na wsi Kuźnia, choć podejrzewam, że inni na innych wsiach też poradziliby sobie podobnymi sposobami. No to let's go.

1: Pierwszy sposób jest stary jak świat - ukraść marchewki komuś z ogródka. Jeśli myślicie, że jest to łatwe i każdy by tak umiał - jesteście w błędzie. Najpierw trzeba przygotować kostium moro, nożyk i lasso. Gdy już wszystko jest przygotowane można wychodzić na łów. Ja opisuje moją drogę od domu do ogródka z wyjątkowo dużymi marchewkami. Najpierw przechodzę przez ulicę, tylko ostrożnie, aby ktoś nie zauważył, i wskakuję na pole minowe tzn. pastwisko dla krów. Pastwisko to jest ogromne, ogrodzone drutem elektrycznym, a pasie się na nim ze 30 krów. Muszę się przez nie przeczołgać, tylko ostrożnie, bo mogę wpaść na minę (krowi "placek") albo na strażnika - krowę. No to czołgam się, omijając miny gdy nagle spostrzegam przed sobą dwie nogi. Podnoszę głowę do góry, a to krowa. Mówiłem już, że trzeba uważać na krowy. Mućka ta, gdy tylko mnie zobaczyła, zaalarmowała donośnym muczeniem towarzyszki, i już po chwili byłem otoczony przez dwa tuziny krów z halabardami. Trzeba walczyć. Spowalniam czas specjalną mocą piszących do LC, którą dostałem od Sir_Nicka w załączniku e-maila i kopię po szyi jedną z krów, która natychmiast wypuszcza z rąk halabardę. Podnoszę broń zemdlonej krowy iiiiiiii... nie, to by było zbyt brutalne, LC mogą czytać nieletni, tacy jak ja. Ważne jest to, że krowy już nie będą mi się naprzykrzać. Czołgam się dalej. Za pastwiskiem dla krów jest zagroda kobyły. Kobyła może zaalarmować właścicieli ogródka o moich zamiarach. Kobyła musi odejść!!! Znaczy się kobyłę trzeba złapać na lasso. Wskakuję do zagrody, kobyła staje na dwóch nogach i wymachuje przednimi kopytami w powietrzu. Chwytam za lasso, kręcę nad głową i zarzucam je na pysk Kobyły. Kobyła zaczyna biegać dookoła mnie, o co jej chodzi? O kubwa, jestem związany! Grzeczna Kobyłka, NIIIEEEEEEEEEEE (ŁOMOT)!!! Jakbyście nie wiedzieli, co się wtedy wydarzyło, to Kobyła nagle zamarzyła o wolności i przeskoczyła przez zagrodę, a ja za nią, twarzą prosto w krowi placek. A to co? Pędzi prosto do marchewkowego ogrodu. Teraz albo nigdy! Przecinam więzy nożykiem, który jakimś cudem (kogo obchodzi jak, ważne że tam był) znalazł się w mojej ręce i po przecięciu liny zatrzymuję się prosto w grządce z marchewkami, podczas gdy Kobyła pędzi dalej. "Pożyczam" z ogródka tyle marchewek, ile mogę udźwignąć i dyskretnie wracam tą samą drogą, którą przyszedłem. Prawda że łatwe, proste i przyjemne?

2: Jak każdy wie, kury dostają dużo jedzenia. Z własnych źródeł wiem, że na pewnym podwórku w menu dla kur będą dziś gotowane ziemniaki. To szansa na szybkie zdobycie dużej ilości jedzenia. Oczywiście nie pójdę w normalnym stroju, muszę się przebrać za kurczaka, i przy okazji wziąć mojego kałasznikowa na plastikowe kuleczki. Plan jest taki - idę za podwórkami przez pola, wchodzę na podwórko z kurzym żarciem (kostium kury sprawi że nikt mnie nie pozna), biorę koryto dla kur (nie wiem jak nazwać ten pojemnik) z ziemniakami pod pachę i jak gdyby nigdy nic wracam do siebie na podwórko. Tyle teorii, a jak było w praktyce? Było tak, wyszedłem przez tył podwórka na pola i szedłem w kierunku upragnionych kartofli. I tak sobie idę, aż nagle zobaczyłem, że okoliczne menele urządziły sobie libację. Trudno było ich zrozumieć, ale chyba szukali zagrychy. Nagle jeden spostrzegł mnie i wszyscy jak jeden mąż zaczęli biec w moją stronę z butelkami po Żołądkowej w rękach. Może pomysł z przebieraniem się za kurczaka nie był wcale taki dobry? Ważne jest to, że zachowałem (w przeciwieństwie do meneli) trzeźwość umysłu i wyjąłem z kostiumu mojego plastikowego kałasza. Menele najwyraźniej jeszcze za dobrze nie widzieli po swoich trunkach, bo na widok odpustowej broni schowali się w krzakach. Teraz mam drogę wolną. Doszedłem. Hmmm... Ziemniaczki, biorę je. Już mam uciekać, gdy za plecami słyszę warczenie. Odwracam głowę i widzę dużego wilczura. Trzeba spierniczać. Jak pomyślałem tak zrobiłem, lecz pies biegł szybciej ode mnie i wydawało się, że mnie złapie. Lecz w ostatnim momencie zobaczyłem meneli, którzy zdążyli już powychodzić z krzaków, w które wskoczyłem ja. Pijacy gdy zobaczyli psa rzucili się za nim w pogoń (Szczecin?) z butelkami w rękach i okrzykiem "Zagrycha!!!" na ustach. Teraz pozostało już tylko wrócić do domu, co uczyniłem bezproblemowo. Zgodzicie się ze mną, że to jest proste?

3: Ostatni ze sposobów jest banalny, a mianowicie wziąć sobie jakieś owoce z drzewa. Najłatwiej jest zerwać mirabelki (takie małe śliwki) z drzewa, krzaczka, czegoś pomiędzy rosnącego w pobliżu kubła na śmieci. Ale kto normalny jadłby owoce z drzewa rosnącego w pobliżu śmietnika? Ja ;). Teraz idę bez żadnych przygotowań - albo się uda, albo nie. No to idę sobie, że niby śmieci wyrzucić i macham sobie beztrosko torbą ze śmieciami. Dobra nasza, jestem na miejscu, teraz tylko pozrywać śliweczki. Zaraz, zaraz, ten warkot jest jakby znajomy. Aaaaaa, to ten pies!!! Myślałem że menele go zjadły! Ale nie, musiał jakoś uciec i teraz szuka zemsty. No to jestem w kropce (albo w przecinku). Oho, coś mi przyszło do głowy. Wskakuję na śmietnik i otwieram klapę. Pies chciał doskoczyć do mnie, ale wpadł do śmietnika. Już można pozrywać owoce. Nagle, niewiadomo skąd wychodzi jakiś stary dziad, chyba nietutejszy, z biało-czerwonym krawatem i minigunem w rękach. "Co będziesz jadł cudze owoce, chłopak?" i zaczyna strzelać. Nie ma czasu tłumaczyć, że te owoce nie należą do nikogo, trzeba działać. Chowam się za śmietnikiem, naboje odbijają się od drugiej strony kosza, najwyraźniej minigun jest na jakieś plastikowe kuleczki czy coś. Słyszę skowyt. To ten wilczur nie może znieść odgłosów odbijających się pocisków. To ostatnia szansa. Otwieram szybko klapę śmietnika. Pies wyskakuje i rzuca się na gościa. Facet najwyraźniej się przestraszył, bo zaczął uciekać, a ja zostałem wreszcie sam z mirabelkami. Koniec.

I tym oto sposobem kończę przedstawienie wam trzech sposobów na zdobycie pożywienia na wsi. Mam nadzieję, że pomogą one wam rozwiązać problemy żywieniowe i wszyscy będą szczęśliwi. Aufwiedersehen.
Orzi [orzi@op.pl]

PS: Na początku tekst miał być całkowicie inny, ale ewoluował w miarę pisania.
PS2: Jeśli jakość tekstu nie jest za dobra, obiecuję poprawę w miarę pisania podobnych ściepów, w końcu to moje pierwsze opowiadanie-ściep.
PS3: Ten tekst zamierzałem napisać już prawie trzy kwartały temu, ale jakoś mi się nie chciało
© COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS