| :: FAST FOOD VS. ŻYWNOŚĆ Z KLASĄ | ||
|
Siedzę w pracy z bolącym zębolem. Kompletnie nic nie przychodzi mi do głowy. Wpatruję się w migający kursor, ale w mojej pecynie nic się nie pojawia. A gdy powoli łapię jakiś zarys pomysłu wchodzi mi tu jakiś dżentelnem i usiłuje prowadzić ze mną mądrą konwersację na niebywale wysokim poziomie. Nie umiem rozmawiać z takimi ewenementami. Zważywszy na fakt, że za moment może wejść kolejny agent bez ani jednego zęba starający się żuć gumę mam ochotę pierdyknąć to wszystko, wziąć dupę w troki i iść na hamburgera. Ale jak pomyślę, że babiszon o nadmiernej ilości tłuszczu na ciele obściskuje moje pożywienie spasionymi rękoma, to zastanawiam się czy nie lepiej byłoby iść do restauracji i zamówić coś zdrowego przyrządzonego przez fachowca - inżyniera gastronomii... Ci, którzy mnie znają, wiedzą co Beheritek 69 lubi najbardziej. Najbardziej lubię narzekać. Jeśli choć raz na godzinę nie powiem, że "nic mi się nie chce", lub "śpiący jestem", to padają pytania, czy ja aby się dobrze czuję. Ale chodzi o to, że nie czuję się dobrze. Ja się nie mogę czuć dobrze. Przestanę jeść. Zaprzestanie jedzenia na koszt picia nie przyniosło mi radości. Kaca mi przyniosło. Wygłodniały i smutny jak zbity pies siedzę na skrzyżowaniu. Obracam w dłoniach czapkę z daszkiem i pomrukuję sobie "Meridian" Sirenii. Ale oczywiście jakiś inteligent musi się wybić swoją pomysłowością. Pieniążka mi rzucił do czapki. Czy ja wyglądam na bezdomnego?? Na to pytanie odpowiedź da mi jedynie lustro. Z kałuży oglądam swą zblazowaną twarz i co widzę? Kaprawy, zarośnięty ryj... Usiadłem obok kałuży i rozmyślam. Idę coś zjeść... Poszedłem na lewo do Fast Fooda. W małym budyneczku, wręcz przemiła pani przygotowywuje mi bułczaję. Mięsko, sałatki, ogórki i gdy sięgała po pomidory zalała mnie krew. Ta jednak o dziwo zczaiła, że są na świecie ludzi, którzy nie pałają sympatią do pomidorów, podobnie jak do rządu. Zanim mi podała gorącą apetycznie wyglądającą bułę odstrzeliła piruet i gruchnęła na podłogę wraz z moim posiłkiem. Ulotniłem się. <<< Pierwszy minus Fast Foodów - personel >>> Poszedłem na skrzyżowanie. Tym razem pójdę w prawo i pokieruję się do restauracji. Przechodzę przez ulicę i stoję pod wielkim budynkiem. Uchylam drzwi i o dziwo nie czuję ani grochówki, ani spalonych ziemniaków... Miło, przytulnie i ciepło. Żadnych przeciągów, pełen komfort. Podbiega do mnie jakiś sztywniak. Był tak sztywny, że jakby go podnieść i rzucić, to by poleciał jak oszczep. Podbiega do mnie szeleszcząc wykrochmalonymi skarpetkami. Twierdzi, że to nie jest miejsce dla mnie. Ugryzłem go w nogę i uciekłem. <<< Pierwszy minus Restauracji - sztywniactwo, przesadzona obawa przed ubogimi >>> Wypędził mnie przez mój wygląd... To, że mam koszulkę, na której widać w postaci kolorowej mozaiki cały tydzień pożywiania się. No, może i miał rację. Wyglądam jak łajza. No, jego strata. Teraz Fast Food zarobi, a on nie. I znów człapię po znajomym skrzyżowaniu. Tym razem idę do McDonald'sa. To już taki Fast Food z wyższej półki. Oglądam z zaciekawieniem te plakaty i aż ślinka cieknie. Mega Max Big Mac. Spoko, biorę. Siedzę i czekam na moją bułę z frytkami i napojem. Podchodzi kolo o wyglądzie tak atrakcyjnym, że Frankensteinowi by włosy na pozszywanej głowie stanęły. Podaje mi tackę a na niej bułkę wielkości piłeczki do ping - ponga, cztery frytki i jakieś badziewie w papierowym kubeczku. A na plakacie wyglądało to inaczej. I za to facet woła bezczelnie dużo kasy. Uciekłem w cholerę. <<< Drugi minus dla Fast Foodów - dają mało, biorą dużo >>> Mam ochotę na kurczaka, ziemniaczki i pyszną soczystą sałatkę. Specjalnie dla tego trepa - sztywniaka, uczeszę się i założę marynarkę. Wszedłem pewnym krokiem nie garbiąc się i usiadłem przy stoliku. Położyłem nań komórkę i portfel do którego napchałem tyle pociętych kawałków gazet ile się zmieściło. Ten sam sztywniak poszedł do mnie spokojnym krokiem i z perfidnie sztucznym uśmiechem podał kartę dań. Zakrztusiłem się powietrzem jak zobaczyłem ceny, ale postanowiłem wziąć się w garść i zjeść to, po co przyszedłem. Facet przyjął i poszedł. Czekam... Czekam... Pograłem se na komórce. Po kilku minutach wyszedłem krzycząc: "Wrócę jak ten kurczak już się wykluje z jaja". <<< Drugi minus Restauracji - to trochę za długo trwa >>> Sram na to... Ja chcę kurczaka. A ponoć nikt tak nie robi kurczaków jak KFC. No, teraz się nawpieprzam... Już mam dość tego skrzyżowania. Hmmm, ładny budynek. Czuję kurczaki... Przyspieszam kroku a tam banda szczeniaków. Chyba wycieczka jakaś. K***a za moich czasów to się jeździło na wycieczki, żeby zwiedzać zabytkowe budynki, oglądać widoki, a nie przejeżdżać pół Polski by iść do KFC zapchać bęben... <<< Trzeci minus Fast Foodów - często jest tłok i mnóstwo rozwrzeszczanych wyjców >>> Czy ja dziś coś zjem?? Chyba mnie czeka kolejna przeprawa z "oszczepem". Jak coś to go wbiję w ścianę. Odpieprzony jak stróż w Boże Ciało, twardo stąpając po miękkiej wykładzinie składam zamówienie. O dziwo miejsce przeszczepa zajął jakiś inny, całkiem sympatycznie wyglądający facet. Może w końcu ktoś z klasą... Czekam na schaba. Zmieniłem zdanie po tym co zobaczyłem w KFC. Wytrwale czekam... Po chwili wchodzi trzech panów w garniakach z neseserami jak w filmie gangsterskim. Perfidnie siadają obok i zaczynają ględzić o giełdach i innych finansowych pierdołach. Wyciągnęli cygara i zasmrodzili pół pomieszczenia. Kelner też nie był tym zachwycony, ale dostał stówę i stwierdził, że zawsze przecież można przewietrzyć. Nie minęła minuta jak znów ktoś wlazł. Pomieszczenie wielkie a laska siada nieopodal mnie i co chwilę odbiera SMSy i dzwoni jak głupia. Wtem zjawia się jakiś kolo i zaczyna się z nią obściskiwać... Pier**le idę stąd... <<< Trzeci minus restauracji - to miejsce dla nadzianych i chcących robić dobre wrażenie >>> Czy ja przyciągam debili?? Siódmy raz na skrzyżowaniu... Już nawet nie patrzę na znaki i pasy. Tym razem wybieram kuchnię orientalną. Wietnamski bar. Niebo dla nozdrzy. Wspaniałe aromaty. Dwójka zakochanych, jakiś magister - spokój. Podchodzi do mnie piękna azjatka i usiłuje mówić po naszemu. Dogadaliśmy się z i sajgonki miały się niebawem znaleźć na stole. tylko czekam aż usłyszę otwierające się drzwi. To pewne, że się coś stanie. Wchodzą. Widać, że tacy trochę "nie do końca" bo w dresach. O dziwo się nie dorypali do mnie tylko do kelnerki. Niosła bidulka moje sajgonki, ale ich nie doniosła, bo ją popchnęli i jebut, moje danie spadło na magistra. Zaczął się rzucać, a dresiki oczywiście do niego i dalejże robić burdy. Spadam, bo jak panowie w niebieskich czapkach przyjadą, to mnie wywiozą na komendę jako świadka... <<< Czwarty minus Fast Foodów - każdy tu może wleźć i robić burdy >>> No nic. Mam dość. Idę do bankomatu po kasę i pójdę do najlepszej restauracji w mieście. Proszę, jaka kultura. Witają mnie serdecznie, po dywaniku każą iść. Dają kartę dań, podsuwają krzesło, dają kieliszek szampana za darmo. No, to jak rozumiem. Jak zobaczyłem ceny potraw, to mi szampan poszedł nosem. Natychmiast podbiegł kelner i dalejże wycierać, ale go wygoniłem. Nie będzie mnie obcy facet po jajakch głaskał... Co innego obca kobieta :). Już nawet nie chciałem myśleć co się stanie. Wszystko szło wspaniale. Spokojna dobrze ustawiona pod względem technicznym muzyka, gdzie nie spojrzeć wyższe sfery. Moje owoce morza nie wyglądały szczególnie apetycznie, ale w sumie i tak jem to pierwszy raz. Aż nie chciało mi się wierzyć, że w końcu bęben zapcham. Srebrne, domyte i ozdabiane widecje. Już mam wkładać jedzenie do twarzy, a tu mnie łapie kelner za plecy i wyciąga w stronę drzwi. Mówi, że w lokalu podłożono bombę. Staram się wyrwać, by chociaż ręką złapać garść tych smakołyków z talerza, ale gdzie tam. Kelner jak wściekły pies mnie ciągnie za drzwi. Na szczęście udało mi się skubnąć butelkę szampana. Wyszedłem z myślą, że chociaż się napiję czegoś dobrego. Podjechała brygada saperów i oczywiście musieli przebiec właśnie po mnie. Leżę i czuję jak szampan się wylewa. Mam już dość. <<< Czwarty minus Restauracji - im więcej pieniędzy, tym więcej problemów >>> Siedzę załamany na skrzyżowaniu. Nie wiem co robić. Co się tym razem stanie w Fast Foodzie?? Czy mam szansę dziś coś zjeść? Poszedłem na dworzec. Tam jest mały punkt gastronomiczny. I Służba Ochrony Kolei jest, dymów nie będzie... Wychodzę ze sporym kebabem. Też przyznam, że po raz pierwszy będę spożywał to cudo. nie wiem nawet, czego się spodziewać... Idę szybkim krokiem w jakieś ciche miejsce, gdzie nie ma nikogo. Słyszę, że mnie ktoś woła, ale sram na to. Wyskoczył na mnie bezdomny. Dałem mu trochę, bo widzę, że nie jadł dłużej niż ja. Ale menda trochę dostała, wyrwała mi z łap resztę i w nogi. Jak na bezdomnego to szybki dziad... <<< Piąty minus Fast Foodów - są położone w beznadziejnych częściach miasta >>> Zaraz się pochlastam. Chcę jeść... Włóczę się bez celu. Jestem słaby i zmęczony. Z tego wszystkiego nawet w sklepie obuwniczym spytałem o hamburgera. Wyzwali mnie od ćpuna i wyrzucili na ulicę. Szlajam się i widzę jak mój dawny kumpel ze szkoły wchodzi przez wejście dla personelu do jakiegoś budynku. Widać pracuje w... Restauracji u Mariana. Tu moi rodzice się poznali. No nic. Skoro ojciec i mama tu jadali, to to musi coś znaczyć. Zamówiłem sobie danie szefa kuchni. Panierowany indyk, ziemniaczki i sos. Zdziwiło mnie, że Karol nie jest kelnerem. Fakt, zbyt rozgarnięty to on nigdy nie był. Wydawało mi się tylko, że go przez chwilę widziałem w kuchni, bo drzwi nie zamknęli. Ale on to co najwyżej może być sprzątaczką. O, uwaga. Niosą moje danie. Biorę widelec. Kątem oka widzę, że Karolek stoi w drzwiach i się przygląda. Pytam co słychać, a ten jełop zaczyna biec w moją stronę i drze mordę: "A pamiętasz jak w ósmej klasie na klasówce z biologii nie chciałeś mi powiedzieć nic o jajeczkowaniu?? To teraz masz sos z jajek". Kelnerzy go złapali i odprowadzili do kuchni... Więc się zabieram do jedzenia, ale coś mi nie gra... jakiś dziwny ten... sos... Za szybko spływa po indyku... Jest rzadki jak... O ku**a... Puściłem bełciora, a było to nie lada wyzwanie, bo miałem pusty brzuch... W***wiłem się niebotycznie, trzasnąłem drzwiami obrotowymi i poszedłem w cholerę. <<< Piąty minus Restauracji - nie do końca wiesz co właściwie Ci przynieśli >>> Znajome skrzyżowanie wygląda inaczej. Oświetlone lampami... Burczy mi w brzuchu... Jestem wku****ny jak sto pięćdziesiąt siedem. Czuję się jak Frodo - głodny i zmęczony, ale będę walczył... Lata mi to, czy tym razem wejdą dresy, lata mi czy jest bomba, sram na spoconych giełdowiczów i indyki z sosem organicznym. Nieważne, że Fast Food. Wchodzę, a tu babka jakaś taka rumiana. Hmmm, znam ja takie rumieńce - chce jej się i tyle, a musi tu stać. Spoko, niech se ma chcicę, ja chcę jeść. Czekam na tego hot doga i czekam... Posram się, ale coś dziś zjem... W końcu. Jakoś tak ta laska inaczej wygląda... Rumieniec jej zniknął. Eh, niech da mi to żarcie. Nadgrzyzłem bułkę. Widać już "serce" hot doga. Laska się na mnie dziwnie patrzy, więc zrobię jej mały sex telefon. Zaczynam powoli zlizywać sałatki i majonezy, a ona wzroku ze mnie nie spuszcza. Muszę przyznać, że też się rozgrzałem :). Ale wszystko ma swój koniec. Wyczułem w twarzy coś dziwnego. Odłożyłem bułkę i to co wyciągnąłem z między zębów było odpowiedzią na wszystkie zagadki. Laska się zgasiła i zaczęła udawać, że coś robi. Miałem dość. I gdyby nie fakt, że pewnie Puchata by wyczuła, że mi z twarzy jedzie picką to bym dokończył tego hot doga... <<< Szósty minus Fast Foodów - pracują tam czasem niewyżyte laski >>> Nie będę siedział sam na skrzyżowaniu. Skończyło się k***a mać. Koniec. Ja tylko chcę coś zjeść. Pójdę i zabiorę komuś żarcie... O, proszę, nasz stary znajomy. Oszczep. Jakiś kolo se pożera kurczaka. Zabiorę mu i ucieknę. Tylko jak? Razem z talerzem. Nie, no trochę trza mu zostawić. Podejdę, że ot tak se niby idę [haps], W NOGI! Siedzę na skrzyżowaniu. Jem kurczaka. Dobry. Kości też dobre. No co, głodny jestem. Jednak jestem z siebie dumny. Jadam w restauracji, a nie w jakimś nędznym Fast Foodzie :). Beherit 69
[nightmare11@wp.pl]
p.s. Pisząc ten text słuchałem: Behemotha - "Demigod", Vadera - "Litany" i Immotrala - "At The Heart Of Winter. | ||
| © COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED. | ||