:: DNI ZIEMI SIANOWSKIEJ
Dni Ziemi Sianowskiej to nasze święto. Właśnie wtedy jest okazja do skumulowania sianowskiej populacji w jednym miejscu i upicie się jak kombajn. Organizatorzy dla podwyższenia jakości imprezy załatwiają kapelę, serwują popis sztucznych ogni, ale głównym celem tych obchodów jest sześć pierwszych liter mojego nazwiska. Zwykle imprezy te kończyły się dla mnie dłuuugo przed oficjalnym zakończeniem. W tym roku było ździebko inaczej.

Na stadionie Victorii - tegorocznego miejsca imprezy - pojawiłem się koło dziewiątej wieczorem. Zabawa wyglądała, tak jak zawsze - smętnie. Na scenie tania imitacja ABBY próbowała rozkręcić publikę, ale skutki tego przedsięwzięcia były marne - ludzie za mało jeszcze wypili. Ja zresztą też i właśnie dlatego postanowiłem ten fakt zmienić. Po zaopatrzeniu się w kilka puszek wróciłem pod scenę i wsłuchiwałem się w "Thank you for the music". O dziwo, po pozbyciu się połowy zawartości pierwszej puszekczki zaczęło mi się to podobać. Wszystko inne też. Pół godziny później ustanie na jednej nodze przez piętnaście sekund było dla mnie zadaniem o tyle niemożliwym do wykonania, że stanie na obydwu nogach było dostatecznie trudne.

A że moja pamięć może konkurować z tą komputerową, pamiętałem prawie wszystko. Chociaż prawie odgrywa tutaj kluczową rolę. Robiłem wszystkiego po trochu - tańczyłem (chociaż słowo "tańczyłem" zostało tutaj naciągnięte do granic wytrzymałości, bardziej pasowałoby tutaj skakaniem i uderzaniem rękoma w powietrze) przy biesiadnych piosenkach na... no, niech będzie parkiecie, zrobiłem się bardziej komunikatywny, poznałem parę osób, odświeżyłem kilka znajomości, upchałem w telefonie kilka nowych numerów, i wszystko to robiłem z wielką dawką pozytywnego humoru, co nie zdarza mi się często. Tak około pierwszej w nocy żołądki imprezowiczów zaczęły się buntować, czego obserwację można było dokonać w pobliskich krzakach, przy zajętych toi-toiach i generalnie w miejscach mało okupowanych. Z dumą mogę przyznać, że mój żołądek przetrawił wszystko, co mu zaoferowałem. W moim przypadku nie było zwrotów, czego nie mogę powiedzieć o kumplu - haftował tak mocno, że oczy prawie wyskoczyły mu z orbit.

Problemy z komunikacją międzyludzką zaczęły się mniej więcej w tym samym momencie (poczucie czasu straciłem już o wiele wcześniej...). W porównaniu z ww. kumplem ja byłem komunikatywny jak jasna cholera. Nie mogłem tylko okiełznać języka, paru niewyraźnych bełkotów i tyle. Kumpel owszem, mówił bardzo wyraźnie, ale logika jego zdań dla wszystkich wkoło była nie do załapania. Dla niego zapewne też nie.

Po drugiej zaczęły się eskorty znajomych do domu. Gdy odprowadziliśmy pierwszą koleżankę, powrót okazał się o wiele trudniejszy, niż spacer po zaminowanej łące. I to nie tylko dla mnie. Druga i ostatnia eskorta odbyła się przez kumpla - zmył się wcześniej do domu z dziewczyną, dla której skumanie ironii czy aluzji jest takie trudne, jak dla Gołoty ustanie na ringu jednej rundy.

Niedużo przed czwartą nad ranem próbowałem się zastanawiać nad dalszym sensem tej biby. Ludzi coraz mniej, na parkiecie same wapniaki, żadnej potencjalnej kandydatki na żonę, a jedyne, co czułem, to arcyzmęczenie. Siedząc obok kumpla starałem się dokonać niesamowicie trudnej rekonstrukcji ostatnich dwóch godzin. Upiłem się, tak. Powiadomiłem telefonicznie rodziców, że chyba raczej na pewno prawdopodobnie wydaje mi się że bodajże nie wrócę wcześnie, tak. Odprowadziłem koleżankę i potem kumpla, tak. Było to łatwe - zdecydowanie nie. Znajomemu ktoś skosił telefon - tak. Kumpel z opróżnionym żołądkiem odbił ww. superkumatą dziewczynę innemu chłopakowi, tak, to też było. Przez chwilę nawiązałem konwersację z ów dziewczyną, która nie mogła zrozumieć, dlaczego zachowuję się w stosunku do niej tak chamsko, tak (odpowiedzi nie otrzymała do dnia dzisiejszego). Dowiedziałem się, że moja kumpelka z podstawówki i gimnazjum wkrótce znajdzie się szczęśliwą posiadaczką dziecka, owszem. Zapisałem sobie kilka nowych numerów, taak. Ale za Świętego Gralla nie mogę zrozumieć, jakim niebiańskim cudem zdrowy i bez większych przeszkód doszedłem do domu. Musiałem przejść całe walone miasto, ale udało się. Było ciężko, nogi odmawiały mi posłuszeństwa, dziobak sygnalizował, że koniecznie potrzebuje chwili intymności. Ale to wszystko zostaje skreślone faktem, który uderzył we mnie, jak tylko wszedłem do swojego pokoju - Łóżko Nie Pościelone!!! Na rany Chrystusa, tylko nie to.

Nadludzkim wysiłkiem udało mi się prowizorycznie ułożyć wyro do spania.

Zasnąłem przy kojących gitarowych dźwiękach Guns'n'Roses.

[Hehe, ja w chwili czytania tego tekstu też ich słucham! :) Co my tu mamy? Aktualnie "The Garden", tak około trzeciej minuty (o, Alice Cooper! :D)... - SN]
Michał Chmielewski [eric_wu@wp.pl]

511969234
© COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED.