| :: BIERZMOWANIE 2005 | ||
|
Cztery lata temu przyjmowałem jakże dla mnie ważny - cha cha - sakrament bierzmowania. Po zaliczeniu wszystkich pieśni, którymi mieliśmy katować uszy biskupa (i które były oficjalnie najważniejsze, by otrzymać sakramencik) przyszedł czas na wpłacanie skromnej składki w postaci 80 złociszy (nieoficjalnie ważniejsze niż ów piosenki) mogliśmy posiedzieć w gorącym jak wnętrze pieca kościele, słuchać wzniosłych, arcynudnych i oczywistych rzeczy, którymi przybyły biskup raczył nas "oświecić", a później udać się do domu, przekąsić co nieco, zgarnąć trochę kasy i zapomnieć o mękach, jakie musiałem wytrzymać w kościele.
Teraz stanąłem w czasie bierzmowania jako nie... hm... bierzmowanek (?), ale jako świadek. Korona ciernista jest dla mnie lepszym ciuchem, niż garnitur, więc ubrałem go z grymasem bólu, rozczarowania i rozpaczy. Tak ubrany poszedłem do kościoła. Ci, którzy mieli więcej oleju w głowie ode mnie, przyszli na tyle wcześnie, że zdołali pozajmować wygodne miejscówki, z których nie będzie trzeba później pchać się jak osioł, by zdążyć położyć prawą rękę na jego pośla... prawym ramieniu bierzmowanego. Z przykrością stwierdzam, że mi takiego oleju poskąpiono - przyszedłem, kiedy ludzi było tyle, że starczyłoby na okupację Chin. Po pięciu minutach spacerku drobniutkim krokiem i trzydziestu siedmiu cichego powtarzania "przepraszam" dotarłem na miejsce, z którego jako tako mogłem dostrzec mojego bierzmowanka (zostanę przy tym określeniu). Minęło piętnaście minut dennego stania, podczas którego rozpoznałem się w moim położeniu. Otaczali mnie głównie przedstawiciele czasów, kiedy po moim podwórku chodziły jeszcze brachiozaury. Wniosek taki wyciągnąłem po ich wyglądzie... i - co gorsza - zapachu. Gdy w końcu biskup raczył się pojawić, rozpoczęło się uroczyste przywitanie, którego przeczekanie wymagało cierpliwości równej przeczytaniu Biblii od tyłu, od prawej do lewej [Czytając tak można doszukać się treści szmatanistycznych - tak jak w piosenkach Led Zeppelin! :D - SN]. Później zaczęła się godzinna gehenna polegająca na słuchaniu. Tak - słuchanie może przynieść ze sobą ból psychiczny i fizyczny. Wierzcie mi. Biskup opowiadał nam, zgromadzonym w tym miejscu, bardzo ciekawe rzeczy, z których wywnioskowałem, że jestem nikim, powinienem się wstydzić, przepraszać za grzechy, których nie popełniłem, pokutować, modlić się za ludzi, których nie znam, cieszyć się życiem... oj, dużo tego było. Dałoby radę skleić z tego książkę - Zrób to sam: lepsze życie od zaraz. Podczas tego przemówienia wydarzyły się rzeczy trochę bardziej ciekawe. Jedna pani wykonała akrobację polegającą na tzw. zaliczeniu gleby. Osłabła. Wyprowadzono ją. Chwilę później pewien trzydziestolatek (skąd on się wziął?) uznał, że nie będzie mi przeszkadzało, jeżeli pod wpływem osłabienia poleci na moje plecy. Mylił się. Zasunąłem mu kopa... nie, no dobra - żartowałem. Ktoś go wyprowadził. Zacząłem się zastanawiać, czy ci ludzie mdleją z duchoty czy przesłania, jakie kierował do nas biskup. Do dziś się tego nie dowiedziałem. Zanim doszło do samego aktu bierzmowania Bóg opuścił jeszcze trzy osoby. Wtedy właśnie jeden ksiądz wpadł na pomysł, którego nie byłoby wstyd podsumować okrzykiem "Eureka!" na cały kościół - otworzyć boczne drzwi. Po duchocie po chwili nie było śladu. Po tamtych ludziach też. Gdy bierzmowanie się rozpoczęło, rozpaczliwie próbowałem dostać się do mojego bierzmowanka, ale pierwsze próby nie przyniosły żadnych rezultatów. Druga też nie. Zgadnijcie, czy trzecia też. Motywację do jeszcze większych starań znalazłem w fakcie, że chłopak już podchodził do biskupa. Sam. Beze mnie. Przebijałem się przez ludzi jak patyk przez mrowisko, a za swoimi plecami słyszałem wzruszające chrześcijańskie pozdrowienia w stylu "pie*** gówniarz", "k***a, gdzie się pchasz" itp. Po odwaleniu powierzonej mi fuchy wyszedłem z kościoła i postanowiłem już tam nie wracać. Miałem nadzieję, że uda im się pociągnąć tą imprezę beze mnie. Nadzieja okazała się słuszna - biskup do końca odwalił swoją robotę, nakarmił ludzi ciastkiem (opłatkiem) i wypowiedział słowa, które w tym dniu okazały się dla mnie najcudowniejszą wskazówką - "Idźcie w pokoju Chrystusa". Wziąłem sobie te słowa do serca. Potem poszedłem do kumpla, gdzie odbył się punkt kulminacyjny całej tej biby. Ale opisywanie tego jest niewskazane, ponieważ alkoholu reklamować nie wolno. Michał Chmielewski
[eric_wu@wp.pl]
511969234 | ||
| © COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED. | ||