:: SKITTLES FRUITS
Nie zrobiłam sobie dzisiaj śniadania, bo nie było mleka. Poprzestałam na kisielu i kilku skittlesach. Przed chwilą potknęłam się o całe pięć kartonów UHaTego aro 3,2 % tł. 16:53 to nie jest odpowiednia pora na kaszę mannę. Albo co innego. Zgubiłam piżamę. Schyliłam się i okulary wpadły mi do kałuży. Ponadto odkryłam, iż większość moich skarpetek ma przetarte podeszwy. Czy to nie okropne? W ogóle od świtu, czyli od około południa, zajadam się jakimiś produktami bez żadnej wartości spożywczej. No oprócz truskawek. Ale pasta z makreli to ewidentnie zmiksowane rybie ości. Nie ma smaku. Nawet z solą i pieprzem jej nie czuć. A już zapita tanim napojem gazowanym z jabłkiem i kwasem siarkowym ani trochę nie nadaje się do jedzenia. Dobra, to może zajmę się produktem, którego smak aktualnie czuję w ustach. SkittLEsy, a nie skittELsy. To okropne. Myślałam, że jest na odwrót. Chyba czuję się oszukana i rozczarowana... Powinnam?

Skittlesy. To wcale nie taki cudowny produkt. Zdradliwy, jeśli chodzi o smak. Lecz o tym później. Najpierw powinnam w ogóle wyjaśnić skąd owe cukiereczki trafiły do mojej gęby, rzucić jakąś anegdotą czy coś... Heh, mam jedną. Nie jest zbyt ciekawa. Ale akurat mi sie przypomniała. Kiedyś samotnie pałętałam się po wielkim muzeum. Pewnie jestem jedną z niewielu osób, które jara kurz osiadający na szklanej gablocie, pod którą znajdują się smarki króla Artura i słoik pierdów Lancelota. A jednak. Inni ludzie nie podzielają mojego osobliwego zainteresowania, toteż rzadko mam okazję odwiedzić jakiś duszny barak pełen starych skorup. Ale akurat wtedy miałam szczęście. Dostałam dużo czasu i mogłam samotnie przemierzać długie sale pełne trupów owiniętych szmatami i starych głazów. I jakoś tym razem nie bardzo mi się chciało. Ze smutkiem odkryłam, że podziwianie chińskich monet w kształcie widelca to nie jest znowu takie druzgoczące przeżycie. Ale szukałam dalej. Mijałam grecki gruz i pięcionogie babilońskie mutanty, egipskie sarkofagi i misterne naklejki z wyjaśnieniem którędy do kibla. I w pewnym momencie poczułam smutek: ja i tak tego wszystkiego nie obejrzę! Poza tym jest nudno i głupio, schody za strome, kolumny krzywe i bardzo drogie żarcie w muzealnym cafe. To ubodło mnie chyba najbardziej. Ludzie napychali się frytkami o wartości książki. To ja już bym wolała z głodu zdechnąć. Ale nie przyszłam tam z pustymi rękami. Miałam świński soczek Hi! i kanapki. Usiadłam w kątku obok stosu pustych szklanek i zarzyganych talerzy. Zjadłam, co moje nie płacąc ani grosza, szeląga, eurocenta czy czegoś tam innego. Następnie wyjęłam fioletową paczuszkę ze skittlesami forest fruits (?) i polazłam dalej zwiedzać. Zdegustowana podziwiałam starożytną deskę klozetową napychając się przy tym cukrzami. Wtem usłyszałam karcący głos muzealnej strażniczki. Poinformowała mnie, że jedzenie w tym miejscu jest zabronione. Ot i cała anegdota. Miażdżąca, co? A najlepsze jest to, że jak sobie poszła schowałam skittlesy do kieszeni od moich kul moro bojówek, dzięki czemu mogłam po nie sięgać w każdym momencie i jawnie łamać prawo. Dla ukoronowania tego straszliwego czynu powinnam wypluć je na odsłonięte popiersie Ramzesa...

Takie życie. Pełne, normalnie, przygód. To okropne ile takie cukierki mogą przywołać wspomnień! Ja nawet pamiętam, jakie miałam skarpetki odwiedzając owo muzeum. Zgniło zielone w romby. Czyżbym zanudzała? Przynajmniej ja się dobrze bawię, he he. To może przejdę do rzeczy, czyli recenzji właściwej. W sumie mogłabym ją sobie darować. Kogo obchodzi skład i kod kreskowy? Dobra, dobra. Przecież wszyscy tylko na to czekają. Okej, zobaczmy w końcu to pikne opakowanie.

Ja mam wersję klasyczną, czyli czerwoną z napisem Fruits. Na rynku są dostępne jeszcze: fioletowa (niezła, o ile mnie pamięć nie myli), jasno zielona (czyli coś dla wielbicieli kwachu i Kwacha pewnie też. Ja tam nie lubię cytryn czy inszych limonek), błękitna (super świeżość, mętna mięta i takie tam, ujdzie). Może są tez inne wersje kolorystyczne, ale ja się nie znam. Poza tym nie jestem jakąś wielką fanką tych skittlesów. Są, to jem. Nie ma to nie jem. Proste? Wracając do opakowania. Na tle czerwonym jak ciuchcia widnieje biały napis informujący o nazwie produktu, co jest jak najbardziej uzasadnione, jednak jak dla mnie mogli by go wyrzucić, bo psuje ogólne wrażenie. Powyżej czcionką 'cool & funny handwriting for stupid teenagers, forcing them to buy our fucking product' pisze 'Fruits' (albo mi się zdaje albo od słowa 'fruit' nie ma liczby mnogiej), a poniżej 'Taste The Rainbow'. Oczywiście, że jesteśmy w Polsce i mówimy po polsku, ale na froncie opakowania tych słodziutkich cukiereczków nie uświadczysz ani słowa w naszym języku. Bo po co? 'Po zagranicznemu lepiej brzmi'. Gówno prawda. Zresztą nie będę się dalej nad tym rozwodzić, bo wyjdę na pieprzoną nacjonalistkę, która znajduje ukojenie w manifestacjach młodzieżówki LPR krzycząc 'Polska dla Polaków!'. Tylko nie to... Litości. Nie będę już brudzić LC polityką, przepraszam. Ale ci zagraniczni producenci jedzenia tak właśnie na mnie działają. Nie poradzisz.

A teraz zamykamy oczka, liczymy do dziecięciu, otwieramy i wracamy do tematu. Tadam! Od razu lepiej, nie? To co tam jeszcze znajduje się na tym cudownym opakowaniu prócz przypadkowych, argh, literek? Tęcza! Wyskakuje z literki 'i' oraz niesie ze sobą kolorowe drażetki (znajdźcie mi inne słowo na określenie tego czegoś...) z literką 'S'. Z informacji umieszczonej na zadzie, dowiadujemy się, że kolor drażetki odpowiada smakowi. Mam przytaczać? Niee... A wiedzieliście, że jedna duża fioletowa pastylka (czy to nie brzmi lepiej? he he) smakuje jak trzy małe fioletowe pastylki? Czerwony wór ma pojemność 125 g, da się go wyrzucić do kosza (niektórzy myślą, że to niemożliwe. Znam takich. I bardzo bym chciała, żeby w końcu to legendarne Greenpeace spaliło tych 'niewierzących' na stosie...), widnieje na nim błękitny kod kreskowy. Jest także skład, przez tłumy upragniony. Wiadomo, utwardzany wosk, naturalnie sztuczne soki owocowe, emulgatory, glazura, no-spa i cholinex. A wartości odżywczej lepiej nie znać.

Ile kosztuje ta recenzja? 3,74 zł. Pieniądze słać pocztą. Dajta zarobić biednej recenzentce...

A teraz zajmiemy się najważniejszym, czyli smakiem. No i co mam na to rzec? Owe mientkie cukiereczki zapakowane są w słodziutkie kruche skorupki. Nie są one takie złe. Nawet mi smakują. Ale się kończą i trza ciamkać to mientkie pełne owocowych soków. I na dłuższą metę, nie jest to za dobre. Ale na pewno lepsze od Chio Chips o smaku cebulki i śmietanki. Te to są dopiero świńskie. Wszystkie czipsy są świńskie. Ale ja nie o tym chciałam. Wieta co? Te skittlesy to se lepiej odpuście. Zepsuł mi się po nich humor. To okropne.

SMAK:
36/70
ILE KOSZTUJE?:
3,74 PLN
CENA:
07/20
OCENA KOŃCOWA:
44%
OPAKOWANIE:
01/10
Cieeekawe za co?

Taste The Rainbow and die. Eat shit and live forever.
© COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED.