:: PAJO GUMOLKI
"Na łąkach kaczeńce, a na niebie wiatr..."

Jest późny wieczór w momencie rozpoczynania tego tekstu, a zapewne w chwili kreślenia ostatnich zdań i wypełniania danych do tabelki będzie środek nocy. Za oknem jak zwykle widać od ładnych kilku dni padający na ulicę rzęsisty deszcz - mało tego, nawet słychać jak szumi rozchlapując się o asfalt, kropla po kropli, kałuża po kałuży, litr po litrze, butelka po butelce, cysterna po cysternie... eee, dobra - nieważne. ;) Temperatura otoczenia nie jest raczej wysoka, a ponieważ moja jaskinia do nazbyt przewiewnych nie należy cały czas są pootwierane na oścież wszelkie możliwe wywietrzniki (czasami nawet jak są zamknięte same z hukiem się otwierają, na szczęście duet w postaci gumy do żucia i drewnianej kredki załatwia zazwyczaj sprawę :)), dzięki czemu czuję jak chłodne powietrze wdziera się do pokoju, lezie ku mnie szybko po dywanie i oplata się wokół mojej osoby uwalniając kompletnie umysł w inne stany podświadomości... argh, nie ma bata - idę się nieco wybudzić w ciepluteńkiej wodzie stacjonującej w wannie i nałożę na siebie kapcie, bo zaczynam już bredzić od rzeczy. Ja wiem, że zawsze bredzę od rzeczy, lecz jeszcze nigdy nie widziałem przy tym chomika biegającego po suficie z lepem na jaszczurki. ;) [...] No, o wiele lepiej w tych wełniakach na nogach. Hmm, co ja to w zasadzie miałem zrobić? Aha, widzę otwarte okienko Notepada z napisem "Pajo gumolki" na belce, czyli sprężę się i korzystając z chwili wolnego czasu skrobnę coś do Lodówy. Na początek przydałoby się opisać, skąd tak w ogóle jedzonko znalazło się na dnie pobliskiej szuflady i dlaczego u licha żaden z pająków mieszkających pod biurkiem nie zachabił go do własnych niecnych celów, jakimi może być na przykład zastawienie pułapki na muchy, jako że "Gumolki" nie od parady mają swoją nazwę... ale o tym za chwilkę. Jak na normalnego kota drapieżnego przystało udałem się na teren łowiecki, znany potocznie pod nazwą "sklep", wczoraj około godziny szesnastej i prócz upolowania podstawowych środków potrzebnych do przeżycia kolejnych dni, takich jak miękki chlebuś, serek do krojenia, żarcie dla wiecznie wygłodniałego psa (wbrew pozorom tutaj nie chodzi tylko o JEGO przeżycie :P), ziemniaczki po 70 groszy (obniżyli o caaałe dziesięć, cóż za dobroduszność w stosunku do klienta ;)), masełko i tak szlachetny kruszec, jakim jest papier toaletowy wybrałem dla siebie z zamkniętymi ślepiami na chybił-trafił coś słodkiego.

"Deszcze niespokojne potargały sad..."

Tym czymś okazała się być niezbyt duża, różowa (!) paczuszka, która uzewnętrznia swoje prawdziwe wewnętrzne oblicze przez małą, okrągłą szybkę umieszczoną na froncie, którą otacza uśmiechnięta pomarańczowa dżdżownica (powinniście to móc zobaczyć na zdjęciu dołączonym gdzieś niedaleko). Znajduje się tutaj również jakaś osobliwa czerwono-niebieska odmiana pająka krzyżaka przypominającego z gęby Żółwia Ninja, wielkie kolorowe logo produktu oraz kolejny uśmiechnięty (mam wrażenie, że oni wszyscy jadą na gazie rozweselającym czy coś w tym stylu ;)) zielony stworek machający entuzjastycznie łapkami w naszą stronę albo wykonujący polecenie "Rence do gury, bo bendem stszelał!" :) Z tyłu opakowania figuruje przejrzysta tabelka z wartościami odżywczymi (swoją drogą ciekawie to wygląda... wszędzie "0%", a tylko pod polami "Calories", "Total Carbohydrate" i "Sugars" są jakieś inne cyferki. Standardowo podam jeszcze "energetykę" - 1481 kJ / 349 kcal), skład w językach PL (środek nabłyszczający E 903? Wolałbym osobiście bez woskowania ;P), USA, GB, D, F, RUS, CZ, SK i H, masa netto wynosząca 90 g, data ważności (wyznaczona na czerwiec 2005... zaraz, przecież TERAZ jest czerwiec 2005! Hmm, ryzyk-fizyk - najwyżej będę jutro spędzał miło czas w towarzystwie pralki, umywalki i stosu gazet leżących gdzieś obok :)), notka o producencie (Jutrzenka - naprawdę muszę podawać po raz setny ten sam adres internetowy?) oraz żółty pająk mówiący za pomocą chmurki konwersacyjnej ;) "gumolki zabawne stworki". Nie zabrakło też ikonek dotyczących recyklingu i kodu kreskowego. Ogólnie rzecz biorąc - ładnie, a huraoptymistyczne minki zwierzątek nastrajają do pozytywnego myślenia. :) Oki, teraz wyciągam spomiędzy poduszeczek łap jeden pazurek niczym ostrze scyzoryka, rozrywam wierzchnią część paczki (takie małe podręczne nożyki przydają się zwłaszcza przy szatkowaniu kapusty czy też odkręcaniu śrubek :)) i z ciekawością wściubiam swój parszywy pysk do środka.

"Do domu wrócimy, w piecu napalimy..."

Hmm, robaki. Dużo różnokolorowych, żelkowatych robaków po prostu. :P Każdy z nich mierzy około 4 cm i prześwituje lekko w świetle monitora. Wyciągam jednego gagatka, przyglądam mu się przez dłuższą chwilę i już, już mam go zamiar zeżreć gdy słyszę przeraźliwe "nie jedz mnie, spełnię Twoje trzy życzenia!" Przyznam szczerze, że rzadko zdarza się, by jedzenie mówiło [Chyba rzeczywiście były przeterminowane! :P - SN], a tym bardziej spełniało życzenia, a więc w jednej chwili odsunąłem Gumolka od zębów i położyłem na biurku.

- Czego sobie zażyczysz? Wymień teraz trzy życzenia, a ja je spełnię.
- A bo ja wiem... może BeEmWicę mi tu pokaż, bo stare redakcyjne Ferrari już dawno zezłomowane?
- Siemrobi.

Błysk, świst, huk... i przed moimi oczami ukazał się lśniący, długi czarny samochód z szyberdachem, alufelgami, mahoniową deską rozdzielczą i komputerem pokładowym... tyle tylko, że to był resorak. :)

- Eee, wiesz - niezupełnie o to mi chodziło...
- Nie wybrzydzaj, nie podawałeś skali. Drugie życzenie?
- Chciałbym mieć zawsze świeżej wody pod dostatkiem.
- Ołkej, szefie.

Znów błysnęło, zagrzmiało i nagle - zniknęły wszystkie okna i deszcz zaczął zacinać wprost do mieszkania zalewając wszystko!

- Ponownie NIE O TO MI CHODZIŁO i chcę...
- Czy to będzie Twoje trzecie życzenie?
- ...
- No tak czy nie?
- Tak... jako ostatnią prośbę chciałbym, żebyś się w końcu zamknął i pozwolił się zjeść!

W tym momencie robak spojrzał na mnie straszliwie i zamienił się (coś za dużo tych "się" - poprawię to w wersji 2.0 ;P) w zwykłą żelkę, którą z premedytacją szybko pochłonąłem. Hmm, smak nawet niezły - tylko że zakleja dosyć mocno szczęki i całkiem realna może być konieczność pomagania sobie dynamitem, gdy normalne środki zawiodą. Normalne środki w tym równaniu to wszystkie ciecze mocniejsze od H2SO4, czyli kwasu siarkowego bądź też ACE. ;)

"Na niebie obłoki, po wsiach pełno bzu..."

Cena sięgająca nieco ponad półtora złotego nie zdziera za wiele z kupującego, chociaż mam nieodparte wrażenie, że płacę za markę a nie za jedzonko - na byle odpuście w Tychach mogę kupić lepsze żelki nie mówiąc już o tym, że wyjdą na pewno taniej z powodu kupowania ich na wagę. Jednakowoż na bezrybiu i rak ryba - zjeść toto można nie trując się (zbytnio :)). Strzeżcie się tylko gadających egzemplarzy Pajo Gumolek - co prawda może i mam fajnego, czterokołowego malutkiego blaszaka, ale ciężko było wytłumaczyć rano rodzicom, co tak naprawdę stało się ze wszystkimi oknami. ;)

SMAK:
57/70
(ciągną się, nawet dobre w smaku)
ILE KOSZTUJE?:
1,70 PLN
CENA:
11/20
(w tym wypadku wolę akurat noname'y :))
OCENA KOŃCOWA:
77%
(tylko żeby Wam wątroby te robale nie wyżarły :P)
OPAKOWANIE:
09/10
(ma wszystko co mieć powinno, ale brakuje "odlotu")
Pantera Północy [NorthPanther@interia.pl]

PS.: Śródtytuły pochodzą rzecz jasna z serialu "Czterej pancerni i pies" - Szarik wymiata! :P
PS 2.: Nareszcie wiem, dlaczego moje alienopodobne pająki spod biurka nie chciały tego nawet małą nóżką tykać - ja przy zdrowych zmysłach też bym nie ruszał Gumolek... zaraz, przy zdrowych zmysłach? :)
© COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED.