:: MINI CHOCOLATE STRIPED COOKIES
Czasami mam przemożną ochotę uciec od wszystkich zwykłych, rutynowych spraw codziennego życia, od zgiełku na bardzo ruchliwym skrzyżowaniu, przy którym mam wątpliwą przyjemność mieszkać, od wrednych sąsiadów włączających techno w swoich super-ultra-hiper-wypasionych kolumnach na cały regulator, od nieuprzejmych starszych kobiet w kolejkach, które tylko patrzą jakby tu się na chama wcisnąć i wyzywają od niewychowanej młodzieży (żeby nie powiedzieć dobitniej), jeśli zwróci się im uwagę na cokolwiek, wreszcie od uciążliwych robót remontowych, które od dobrych dwóch lat wloką się nieustannie w budynkach naprzeciwko moich okien i nie dają mi normalnie funkcjonować. Powiecie, że życie w mieście ma też i swoje uroki, że wszystko mam pod nosem, cywilizacja niby bardziej posunięta itepe? Wierzcie lub nie, ale bardziej wolałbym zamieszkać na bezludnej wyspie i żreć kokosy w ciszy i spokoju niż mieszkać w takim rabanie i co chwilę słyszeć jak z remizy oddalonej o sto metrów wyjeżdża straż pożarna lub karetka pogotowia - szczęśliwe są te osoby, które mieszkają na terenach wiejskich lub słabo zurbanizowanych, naprawdę im zazdroszczę!... Jednak nie mogę, tak jak napisałem na początku, po prostu rzucić wszystkiego i iść w siną dal, nie jestem typem człowieka, który łatwo się poddaje. Lubię sobie za to od czasu do czasu iść do pobliskiego parku z postawionym pośrodku ogromnym pomnikiem Walki i Pracy (zwanym przez Tyszan nieco bardziej swojsko "Żyrafą" [Na mini-zlocie LC odwiedziliśmy tą, jak jej tam, "Zebrę" =) - SN]) i usiąść na ławeczce stojącej gdzieś na odludziu w cieniu delektując się powiewami chłodnego wiatru. Tak było i tym razem: po wyczerpującym tygodniu w piątek podreptałem sam jeden na spacerek (nie żebym nie lubił chodzić z rodzicami - z nimi wędruję po okolicy zwykle w weekendy :)), obszedłem wszystkie możliwe zakątki wdychając woń kwitnących kwiatów, było tak przyjemnie... aż tu nagle ni stąd ni zowąd wyskoczyła zza drzewa babcia. Bardzo ją szanuję i lubię się z nią spotykać, ale jakoś tym razem na jej widok nie ucieszyłem się zbytnio - wiedziałem bowiem, co to będzie oznaczać. Broniłem się jak mogłem zębami, pazurami, pobliskimi gałązkami - babunia wygrała pojedynek laską świetlną i musiałem udać się za nią do domu na "ciastko i herbatę". Nie byłoby to w sumie takie złe, gdyby nie to, że babcia chce wszystko wiedzieć i jej pięciominutowa sesja pytań potrafi zamęczyć zupełnie jak dwugodzinna runda piętnastu pytań w "Milionerach", a nie muszę chyba przypominać, że poszedłem do parku poodpoczywać umysłowo?... Po godzinnej wizycie wybyłem z mieszkania niosąc w żołądku trzy szklanki płynu herbacianego ("a, zrobię Ci jeszcze, skoro tak ładnie wypiłeś"), a w łapkach puste pudełko po ciastkach, którymi zostałem miło poczęstowany (wiem, to perfidnie tak prosić o pudełko - ale mam już taki chory nawyk przez LC :)). Poszwendałem się jeszcze pół godzinki alejkami, by następnie skierować parszywą mordę w stronę swej przytulnej jaskini.

Przybyłem, przebrałem się, zasiadłem przed PC - i zaczynam właśnie opisywanie opakowania pomalowanego w zebrowe, czarno-białe paski. Na frontowej części jest ogólnie niewiele - łepek zebry widziany z profilu uwieczniony w kółeczku z czarną obwódką po lewej, mały napis "Bergen" i obrazeczek konturowy bliżej niezidentyfikowanego szczytu po prawej (ale co ma góra do zebry? No chyba, że mówimy o jakiejś zebrze górskiej albo górach wyrosłych na przejściu dla pieszych ;)), a pośrodku małymi literkami naniesiona masa netto o wartości 75g, czarne "Mini chocolate striped cookies" oraz pięć ciastek prezentujących dumnie swoje czekoladowe polewy. Co z tyłu? Data ważności, skład (zacytuję cały: "mąka pszenna, tłuszcz roślinny, cukier, środki spulchniające, sól, cynamon, polewa czekoladowa"), po raz kolejny wyszczególniona masa netto, producent ("Bergen"), adres mailowy (office@bergen.org.uk), "Made in EU" (ale charakterystycznej błękitnej flagi z żółtymi gwiazdkami to już nie ma :P), kod kreskowy, "przechowuj na szafce w przedpokoju" i standardowo ludzik wywalający papierek do kosza z podpisem "Thank you". Nie można uświadczyć żadnego spisu składników odżywczych czy też szybki, za co rzecz jasna odejmie się to i owo przy wystawianiu not końcowych. Co teraz zrobię? Nie, nie "czas na piosenkę" (rany, jak te dobranocki spaczają horyzonty dzisiejszej niewychowanej młodzieży, to wszystko przez nie ;P), tylko pacnę dwa razy w Enter i nastukam zdań parę na temat najważniejszej rzeczy, o jakiej chciałbyś teraz usłyszeć, a jest nią z pewnością smak.

Ten był całkiem niezły - ciacha były kruche, lecz nie rozlazłe i gumiaste jak tygodniowe bułki z dodatkiem pleśni, tylko łamliwe jak paluszki (i nie chodzi mi tu bynajmniej o te skręcane w średniowiecznych maszynach przeznaczonych do tortur ;)). Można było wyczuć w nich smak orzechów, a czekolada mleczna dodawała wszystkiemu przyjemnego wyrazu. Mniam.

Cena? Bez przesady, nawet chamskie pytania mają swoje granice. :) Jako że to był poczęstunek koszt jedzonka nie jest mi niestety znany, a więc uśredniam ocenkę do połowy. A teraz zasadnicze pytanie: czy warto obiekt powyższej recenzji przytaszczyć ze sobą do domu po zakupach w sklepie i zjeść czy też nie? Sądzę, że warto dać mu szansę - pomimo biednego opakowania i w sumie dosyć ubogiego składu surowcowego smakuje on bardzo dobrze, a to przecież jest najbardziej priorytetową częścią noty końcowej. Gdyby tak było jeszcze tych ciastek więcej niż dziewięć sztuk... ;)

SMAK:
61/70
(dobre po prostu, żreć nie umierać ;))
ILE KOSZTUJE?:
???
(darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy)
CENA:
10/20
OCENA KOŃCOWA:
75%
OPAKOWANIE:
04/10
(za łepek zebry ;P)
Pantera Północy [NorthPanther@interia.pl]
© COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED.