| :: KITKAT | |||||||
|
Niewiele reklam mi się podoba. Na widok na przykład reklamy jogurtów Danone (z tym palantem z kamerą) czy Herbal Esensys (nie wiem jak to się pisze, ale kobieta przeżywająca orgazm z szamponem jest bardzo nie ten tego) potrafią mi zepsuć humor nawet po wspaniałym dniu. Na szczęście nie wszystkie reklamy są do pupy. Jedną z takich reklam jest spot zachęcający do kupna Kit(e)Kata. Dla przypomnienia - do taksówki należącej do Araba wsiada jakiś biały Europejczyk, albo Amerykanin, nie wiem. I co robi Arab? Nie, nie wrzeszczy "Allah Akbar" zabijając Białego w okrutny sposób. Nasz Arab grzecznie jedzie z klientem głośno śpiewając orientalną piosenkę. Biały po jakimś czasie nie wytrzymuje, otwiera KitKata i zapycha nim usta Araba. Kierowcy najwyraźniej zasmakował "podarunek" i zamiast śpiewać dalej włącza radio gdzie... leci dokładnie to samo, co śpiewał Arab. Biały zaskoczony patrzy na radio, zmiana ujęcia na te za taksówką i widać znak drogowy informujący o pozostałej drodze (207 mil, o ile pamiętam). Da End, wszyscy się cieszą, klaskają uszami. Właśnie bohatera tej reklamy (NIEEEE! Nie Araba, tylko KitKata) mam zamiar zrecenzować.
Na opakowaniu dominuje kolor czerwony. Na przedzie i bokach widać wielki, czerwony napis KitKat (nie mylić z Kitekatem) w białej elipsie. Tuż pod tym nieco mniejszy, biały napis ChunKy z niebieskim obramowaniem, a nad tym wszystkim logo Nestle. Z tyłu, o kur...opatwa, literek jest tak dużo, i takich małych, że łatwiej było by odczytać arabskie robaczki. Skoczę po lupę. No już mogę spróbować zobaczyć co tam jest. Pierwsze słowo jakie zobaczyłem brzmiało "muka". Dalej patrzę... o już wiem. To po prostu skład i tym podobne bzdety napisane we wszystkich językach zjednoczonej Europy + kilka gratis. Jedyne co widać bez lupy to kod kreskowy i data ważności. Opakowanie ogólnie może się podobać - bez bajerów, a wyglądające ciekawie. Jednak za młyn na tyle opakowania muszę opuścić jeden punkcik. Cena. W sklepie u Zenka kupiłem go za 1.40 PLN, ale w sklepiku szkolnym widziałem go już za 1.25 zł. Cena to jak na wafel bardzo duża. Grześki (pozdro Sir_Nick) czy Princessy [Pozdro Orzi, Księżniczko Ty moja =) - SN] można dostać poniżej złotówki, a i batony takie jak Snickers czy Mars są tańsze. A nie zapominajmy że to jakby nie patrzeć wafel [Pozwól, że się znowu wtrącę - IMHO KitKat bardziej podchodzi pod batona, aniżeli pod wafelek (mimo, iż takowy również się weń znajduje) - SN]. Oj, niska będzie ocena. Teraz pora na smak. Najpierw trzeba uporać się z opakowaniem, no już. Wafel przypomina z wyglądu "sztabkę" czekolady. Pierwszy gryz... hmmm, niezłe, mocno czuć pyszną, mleczną czekoladę. Wafel jest twardy i dość mocno chrupiący. W porównaniu do innych wafli ten jest dość cienki, gruby, twardy i ma bardzo dużo czekolady. Taka kombinacja może się podobać, przypomina o wiele większe WW. Szkoda tylko, że cena jest tak duża. I co ja mogę powiedzieć, a właściwie napisać? Jeśli cena nie gra dla ciebie roli, a smak cenisz ponad wszystko - ten wafel jest dla ciebie. Jeśli wolisz coś mniej smacznego, a tańszego, wybierz co innego.
Orzi
[orzi@op.pl]
| |||||||
| © COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED. | |||||||