| :: FRYTKI W BARZE | |||||||
|
Mam dziś ochotę napisać o frytkach w barze. A jak! Nie wiem, to chyba mało ciekawe, ale ja nie za często chadzam do barów. I nie jem frytek. No, ale dzisiaj zrobiłam wyjątek. Buda się kończy, wakacje za rogiem, mózg robi sobie wolne. Kto w takich okolicznościach ma siłę się uczyć? Nawet mnie się nie chce... Właściwie już dwa dni temu rzuciłam szkołę, ale
postanowiłam wrócić, bo mi się w chałupie nudziło. Nie wiem czy słusznie... Przynajmniej obudziłam się o ludzkiej porze, a
nie o jakiejś szesnastej...Ludzka pora w moim przypadku oznacza szóstą trzydzieści. I prawdę mówiąc wolę wstać o tej
godzinie i nie kontaktować przez pierwsze 30 minut, niż obudzić się w południe i przez cały dzień chodzić przymulona. No dobra, co dalej? Musiałam się jakoś dostać do sąsiedniej wiochy, gdzie znajduje się gimnazjum, do którego przyszło mi
uczęszczać. Niby gimbus kursuje, ale ja nim z rana nie jeżdżę. Taki mam kaprys. Pomijając szczegóły, w końcu dotarłam do celu. Na dobry początek miał być polski. Nauczycielkę wywiało i zrobili religię. tym razem miałam komfortowe stanowisko i nie musiałam udawać, ze się modlę. Ludzie, ciężki jest żywot wiejskiej szmatanistki... Rela szybko minęła, nikt się nawet nie trudził, żeby jakiś temat zadać czy coś. No przecież te wakacje są taaak blisko! Dalej była chemia. Nudy. Nie warto
przytaczać. Liczebność klasy cały czas się zmniejszała. Ktoś wychodził do kibla i już nie wracał. I słusznie, nikt nie
sprawdzał obecności. Na historii wyjątkowo zrobiliśmy notatkę z trzech tematów na raz. Część klasy, która znikła na chemii
wpadła posiedzieć, ale zaraz zostali wyrzuceni za drzwi. Mieli już trochę w czubie, wiadomo, kolega miał urodziny, trza to
oblać. W chwili gdy to piszę, uroczystości prawdopodobnie osiągają apogeum. Ufff, dobrze, że mnie tam nie ma. Zresztą i tak mnie nie zaprosili, he he. Następny był wuef. Nauczyciel wyparował to każdy robił, co chciał. Potem nastała wyjątkowo długa przerwa. Kolega skoczył na wiochę i zaopatrzył się w 1.5 kg truskawek (3 zł za kg) i trzeba mu było pomóc w konsumpcji. Kiedy wszyscy nażarli się już jak świnie, zaczęło się rzucanie zgniłymi owocami o szkołę. Przerwa powoli dobiegała końca i zbliżała się najgłupsza lekcja - angielski. Pewnie sporo osób lubi powtarzać present simple do usranej śmierci, ale nie ja. Moja wina, że nasza teacherka tylko tyle umie? Wszyscy, którzy się ostali (no prawie) zgodnie uznali, że miast siedzieć w klasie, można lepiej spędzić czas. Angol był ostatni, toteż nie było powodu wracać się do szkoły. Dlatego trzeba było przebrać buty. Niestety, drogę do szafek taranowała wspomniana nauczycielka. Natknąwszy się na nas, poinformowała, że idziemy na salę gimnastyczną i że ona zaraz przyjdzie. Gdy tylko znikła z horyzontu, przebraliśmy buty i galopem rzuciliśmy się do wyjścia. Z braku ciekawszych zajęć ruszyliśmy na wiochę. Owa wiocha jest nieco bardziej cywilizowana niż ta, w której mieszkam, więc jest w niej kilka barów. Otwarty był tylko jeden, nazwy nie zarejestrowałam. Dwie osoby zdecydowały się na zakup frytek. Ja nie mam takich ekstrawaganckich pomysłów, zresztą i tak by mi nie starczyło, bo miałam tylko 1,28 zł. Tacka frytek kosztowała zaś dużo - aż 3 złote! Poczekaliśmy trochę na żarło i jak zwykle wywiązała się jakaś nudna gadka o niczym. Nawet nie pamiętam, o czym, nie żebym lubiła towarzystwo, z którym się tam znalazłam. Wręcz przeciwnie. Były czasy, że niektórzy z nich nieźle ode mnie oberwali. Tymi ręcami... Ale w pełni na to zasłużyli. Dziś też bym im wlała za głupotę... He he... Ale czy nie lepiej siedzieć w barze z debilami niż dostawać myśli samobójczych na angolu? To już wolę to pierwsze, zwłaszcza, że fryty były już gotowe. Dwie tacki na 6 osób. Wiecie jak byłoby chamsko, jakby się nie podzielili? No, ale wiadomo, koalicja, udajemy, że się lubimy. Tak czy siak nażarłam się za friko. Już drugi raz tego dnia. Dziwne panie! Nie należę wszak do osób lubianych, ba, w pewnych kręgach przeklinają dzień moich urodzin. Nie wnikam. Jednak czas opisać wrażenia po spożyciu frytek, nie? Niezwykłe owo danie było podane na białej tekturowej tacce z małym plastikowym widelczykiem. Tylko osoby fundujące miały zaszczytne prawo go używać, to się rozumie samo przez się. Do potrawy głównej dodano sól i jakąś przyprawę, pono dobrą. Smakowała jak zupka chińska w proszku, czyli nieźle. Do opakowania można tez zaliczyć okoliczności przyrody, co nie? Pomijając to, że przez długi czas uważałam tą wiochę za przedsionek piekła, był nawet nawet. Z jednej strony basen bez wody z trawiastym dnem, z drugiej widok za soczyście zielony las, polanę, rzekę, menelski most, a z jeszcze innej było widać jak na dłoni tak zwane 'centrum'. Konsumpcja odbywała się oczywista na dworze, przy drewnianej ławie pod gigantycznym parasolem z logiem Żywca. Co do samych fryt, to były karbowane i nie było ich wiele. Gdybym to ja kupowała, to bym się oburzyła stosunkiem ceny do ilości. Ale nie wydałam na nie złamanego grosza i to mi się podoba! Zresztą, kto wie czy nie było to jakieś Aviko trzymane w zamrażalniku od dwóch lat? A nawet jeśli, to nie jestem tak wybredna jak koledzy, którzy, cytuję: 'nie schodzą poniżej Absolwenta'. To tylko takie hasło, niezbyt związane z tematem frytek. Bo przecież o frytki mi chodzi, nie? Ja tam jestem grzeczna, co złego to nie ja... Wracając do smaku: ziemniaczany. Mnie tam smakowało. Nie były przesolone, mimo że koleżanka fundująca doprawiła danie całą zawartością solniczki i całą dostępną przyprawą zupkową. Ale ja tam lubię sól. A taka jest niezdrowa... Tak czy owak całkiem sporą ilość żarła udało mi się wysępić, z czego jestem bardzo zadowolona. Sama bym się na taką rozrzutność nie zdecydowała, oj nie! Czy złote wydać tak lekką ręką? Żartuję, jestem po prostu bardzo skąpa. Ale żeby poprawić swój wizerunek muszę dodać, że zaproponowałam zgromadzonym, iż się dołożę. Koleżanka kupująca grzecznie podziękowała. No i żeby nie było, że jest jakąś debilką. Swego czasu dała mi sporo zarobić... No wiecie, komu by się chciało uczyć na jakiś głupi sprawdzian? Tylko ja jestem taka głupia. Ale przynajmniej na tym zarabiam, he he. Wracając do historyjki. Zbliżał się koniec lekcji, postanowiliśmy się zbierać. Część lokalna powrót zapewniała sobie we własnym zakresie, jednak połowa zgromadzonych była zmuszona udać się pod budę na autobus. Jakby co to zawsze pociągiem można wrócić, albo na nogach przez las. Tylko 25 minut marszu wzdłuż lub po torach. Ze dwa razy zdarzyło mi się wracać do domu w ten sposób. Ale skoro za darmo można przewieść dupę, to po co się męczyć. 'Za darmo' - jakie to jest piękne słowo! Tak czy siak grupa się przerzedziła, ale na krótko, bowiem koło lokalnego rojowiska meneli napotkaliśmy wesołego solenizanta i jego ziomów. Robili sobie krótką przerwę przed wieczornym szaleństwem. Czy nie skłamię, jeśli napiszę, że byli lekko rozkojarzeni? W każdym razie po krótkiej wymianie zdań wznowiliśmy wędrówkę pod szkołę. Autobus, owszem, stał. Ale siłom wyższym nie spieszyło się do odjazdu. W międzyczasie mała inkwizycja w postaci młodszego brata dorwała kolegę (który pił za zdrowie solenizanta na chemii) i kazała chuchnąć, po czym z wielką satysfakcją oznajmiła, że 'wszystko nakabluje'. Kolega puścił wiązankę i zaczął narzekać, że wszystko pięknie, tylko kasy ni ma (na zabawę urodzinową). No właśnie. I tu jest pies pogrzebany. Jak sobie pomyślę ile nasi klasowi imprezowicze kapuchy wydają na wódę i papierochy to się dziwię. A jeśli na dodatek lubują się w markowych produktach to tym gorzej dla ich kieszeni. Ale w tym przypadku pieniądze to pikuś w porównaniu z konsekwencjami. Dobra, dobra! Kończę, bo za kaznodziejstwo mogę oberwać. Nawet bym się nie zdziwiła. Za pseudo-moralizatorstwo to sama bym sobie przyfasoliła, ale powstrzymuje mnie miłość własna. No takie życie. I niech ten tekst się już zakończy. Jak kogoś zanudziłam, to przepraszam i obiecuję, że już więcej nie będę. Ale natchnienie na mnie spłynęło i musiałam się wyżyć.
I tak na koniec można wrzucić podsumowanie frytek:
Fauske
[fauske@interia.pl]
Hey yeah! I'm the one that you wanted! Hey yeah! I'm the Superbeast!!! | |||||||
| © COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED. | |||||||