:: 14 MINI-CIASTECZEK Z NADZIENIEM CZEKOLADOWYM
Rozpoczął się z dniem dzisiejszym ostatni tydzień szkolnej udręki (czytasz to i się burzysz, bo "lubisz szkołę, a wakacje są dla Ciebie czasem niesamowitej wprost nudy"? Poczekaj parę lat - skończysz rzucać takimi bredniami :P). W szkole pustki iście kosmiczne i wcale się temu nie dziwię, ostateczne zamknięcie całej klasyfikacji ocen było już przecież w piątek, a więc tak czy siak nikt już godzin nieobecności liczył nie będzie. Ja jednak postanowiłem wytrwale chodzić do samiuteńkiego końca roku szkolnego (jak przestaniesz się śmiać zażyj sobie coś na uspokojenie i czytaj dalej ;)) mogąc nareszcie bez obaw o słynne już "szat ewryfing and tel mi samfing abałt our prejwius lesson", "ale nie płacz i uspokój się", "siadaj, trója. I ciesz się, że tak dużo, bo najchętniej to bym Cię przez okno wyrzucił" czy "wstań, wyjdź i weź papiery jak nie chcesz się uczyć - sekretariat jest czynny do siedemnastej" pogadać sobie na luzie z belframi, kumplami i kumpelkami z klasy (pozdrowienia dla Newfoldera - niech się cieszy męda społeczna ;P), a także spokojnie pograć na informatyce w Icy Tower bez obaw, że pan nauczyciel rzuci w czyjąś głowę kredą robiąc przy tym znaczące miny tudzież inne gesty wskazujące na jego wyraźne niezadowolenie (przykładem mogą być rytmiczne ruchy rąk z dziennikiem w górę i w dół nad namierzoną osobą, efekt bywa po prostu przytłaczający ;)). Co prawda dopiero poniedziałek minął, ale jako intro dla całego tego nadciągającego niczym ponaddźwiękowy F16 tygodnia wypadł w sumie nieźle. :) Lecz wszystko co dobre ma swój szybki koniec i ów błogosławiony czas w szkole skończył się niestety, pora była wracać do domu (i ja to napisałem? Rany, ja chyba jakiegoś udaru dostałem na głowę... albo wiertarką udarową we mnie rzucił pająk Stefan zza monitora ;)). Wchodzę do mojego przytulnego mieszkanka, rzucam plecak w kąt niczym dyskobol (kwiatek poszedł przy okazji na spacer doniczka - dywan), dolewam chomikowi i wilczurkowi wody do miseczek (żłopią jak wielbłądy), wcinam obiadek ("mmm, ziemniaczki z cebulką & sadzone"), sprawdzam na pececie pocztę ("nic o Ograch... znaczy... nic od Naczelnego" :P), forum LC (czasami mi to dłużej schodzi jak dostaję zawału przy czytaniu co poniektórych wiadomości, ale od czego autodefibrylator z ciągiem wstecznym półobrotowym? ;)), Gadulca ("powiedz mi proszę, kiedy wyjdzie nowe LC? To znaczy kiedy? A skąd ja mam wiedzieć, kiedy wychodzi CDA? Z jakiego wstępu? Co ty mi tu pieprzysz, gadaj kiedy wyjdzie LC, bo naślę na Ciebie moich znajomych z przedszkola! Sam się uspokój i uważaj do kogo mówisz &(#$#! Co, że niby ja przeklinam? Już nie żyjesz, idzie na Ciebie moja banda! Będziesz błagał o litość, hahahaha!!!" itd. itp. ;)), by następnie zasiąść nad książką, zacząć rozdział w błogiej ciszy i delektować się przygodami bohaterów... Sielanka? Gdzie tam - rozlega się rozpoznawalne z milionów mil "ŁUUUUUUUUKAAAAAASZ!!!!!", a ja chcąc nie chcąc odkładam lekturę na owy okrzyk bojowy rodzicielki i wlokę się do kuchni rzecz jasna kopiąc nogą o ten chrzaniony kant stołu.

- "Masz!"
- "A co to jest?"
- "Ciasteczko, kupiliśmy całą paczkę w sobotę jak byliśmy na zakupach"
- "Eee, a gdzie reszta, tutaj pisze, że ma być ich 14?..."
- "Nie wybrzydzaj i ciesz się, że dostałeś aż jedno"
- "No a opakowanie mogę chociaż dostać, opiszę to do Lodówy?"
- "A możesz - i masz, weź sobie"

Wracam z nadprogramowym prezentem do pokoju, kładę go na biurku i chwytam z powrotem za książkę... otwieram ją... wlepiam oczy w tekst... nie. Muszę dzisiaj zrecenzować to papu, bo kto wie, co się z nim jutro stanie (Trąby powietrzne? Piloci kamikadze? Marsjanie? :)). Odkładam kartki papieru posklejane ze sobą bliżej nieokreślonym rodzajem kleju i zapełnione odciskami czcionki wynalezionej przez Gutenberga, aby zasiąść przed moim demonem szybkości, włączyć Winampa, Notatnik, Worda i... co to? Już zawisł?...

... po restarcie trwającym wieczność (DOSowy ekran Scandiska, jak ja to uwielbiam, grrr...) w końcu udało mi się jako-tako otworzyć okienko, w którym bazgrzę teraz ten tekst (font "Lucida Handwriting" rządzi :)) i niniejszym oficjalnie rozpoczynam formalny opis urzędowej powłoki zewnętrznej. Uwaga! Proszę uruchomić wyobraźnię! Już? No jak "już", skoro widzę, że tamten facet w ostatnim rzędzie chrapie, a tamta pani robi robótkę ręczną na drutach? Ech, nieważne - kto chce może używać swojej fantazji, a kto ma lenia niech powędruje po kartkę i ołówek. :P Zacznę od tego, że mamy tutaj do czynienia z paczką dwupoziomową, albowiem nie dość na tym, że każde z ciasteczek jest opakowane w osobny papierek (omówię go za momencik), to oprócz tego wszystkie one są gęsto ściśnięte ze sobą w jednym dużym kartoniku z pociągniętą od góry przezroczystą folią. Na niej z kolei jest przyklejony niezbyt estetyczny papierek z wizerunkiem ciacha przekrojonego na pół, brązowawym logiem produktu "Gateaux Fourres Chocolat", okrągłym żółto-niebieskim znaczkiem z żaglówką widniejącą pośrodku, składem ("ciasto: 75%, nadzienie: 25%, guma ksantanowa, butylohydroksyanizol, kurkumina, sorbitol, substancja utrzymująca wilgotność, sorbinian potasu"... tjaaa, smacznego Pantero :)), informacją o producencie ("Biscuiteres Yannick" z Landeleau we Francji) oraz oczywiście na samym środku naniesionym czarną czcionką napisem "14 mini-ciasteczka z nadzieniem czekoladowym". Poza tym standardowo masa netto wynosząca 420g (420g / 14 ciastek = 30g. Tyle właśnie waży to coś, co zaraz zeżrę bez opamiętania ;P), kod kreskowy, "przechowywać w suchym i ciemnym miejscu" (ale chłodne to już być nie musi?). A co z paczuszkami, w które obwinięte są poszczególne ciasteczka? Cóż, są zrobione z niebieskiej, odblaskowej folii, na której widnieją kostki czekolady i siakieś zielone plamki mające imitować liście. Coś więcej? Jest nawet sporo napisów, lecz niestety nie przeprowadzono pełnej polonizacji i musimy się zadowolić językiem polskim jedynie na plakietce głównej, bo tutaj wszystko jest po französischowemu. ;) Lokalizacja częściowa znana także jako kinowa może się dobrze sprawdza w grach, jednakże tutaj zawodzi na całej linii.

Biorę ciasteczko w swoje łapska, zdejmuję z niego torebeczkę i przyglądam mu się przez chwilę. Wyrób ze stajni Yannicka wygląda nieco dziwnie - jest to prostokątny kawałek najzwyklejszego ciasta z żółtym czymś pośrodku i przyznam się szczerze, że mi przypomina drożdżówkę z budyniem. :) Przegryzam toto ząbkami (mięciutkie), żuję... Całkiem, całkiem - element żółty zdaje się smakować jak wanilia, a na dodatek pod nim było ukryte troszeczkę czekolady. Naturalnie na zdjęciu jest jej tyle, że aż wylewa się z ciastka, ale kto by się tam tym przejmował. ;)

Pora zamykać teatrzyk i zwracać pieniądze za bilety, co by pomidory i inne białko w skorupkach nie poleciały na prowadzącego powyższy spektakl. :) Cena wynosi bez jednego grosza okrągłe siedem złotych i jest to dużo jak za paczkę w zasadzie zwyczajnych babeczek ze śladową ilością nadzienia, bo tak należy ów jedzonko określić. Czy warto je kupić? Decyzję musicie podjąć już sami - dobranoc państwu, ja idę jak zwykle o tej porze upolować sobie kanapkę z serem na kolację. :P

SMAK:
54/70
(co by nie mówić jest długo świeże)
ILE KOSZTUJE?:
6,99 PLN
CENA:
09/20
(wolę siedem paczek Spoko za tą cenę ;))
OCENA KOŃCOWA:
65%
OPAKOWANIE:
02/10
(czekam na patcha)
Pantera Północy [NorthPanther@interia.pl]
© COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED.