Jest 18 maja, minęło więc już parę dni od czasu, kiedy Aleksander Kwaśniewski upokorzył Polskę swoim wyjazdem do Moskwy na obchody zakończenia II wojny światowej. Pozwoliłem sobie napisać kilka moich refleksji na temat tego wydarzenia. Pewnie czytaliście już wiele tego typu felietonów, ale pozwólcie, że i ja dorzucę swoje trzy grosze...
Po pierwsze za jak najbardziej słuszny uważam wyjazd naszego prezydenta do Rosji. Myślę, że mając swojego przedstawiciela tam, wtedy, powinniśmy podkreślić naszą, niemałą rolę w zwycięstwie aliantów nad hitlerowskimi Niemcami. Wszystko byłoby pięknie, gdyby naszemu prezydentowi dano dojść do głosu, ale jednak pan Putin wolał wychwalać zasługi niemieckich i włoskich antyfaszystów, których wkład w odniesienie zwycięstwa był przecież kluczowy. To jasne, ale według pojmowania historii Putina, czyli widzeniu tylko tego jaka Rosja jest piękna,
silna, bohaterska i ...czerwona, chciałoby się dodać.
|
|
|
|
Jakoś wyjątkowo dużo było tego koloru wówczas na Placu, notabene, Czerwonym. Do tego wszędzie portrety Stalina obłożone kwiatami oraz paradujący z dumą rosyjscy żołnierze w radzieckich uniformach. Można było odnieść wrażenie, że cofnęliśmy się o paredziesiąt lat wstecz albo oglądamy jakiś wyjątkowo realistyczny koszmar.
Widzieliście pewnie gdzie stał "Olek"! Nawet za prezydentem Juszczenką, za którym w końcu Moskwa nie przepada. Wracając do tego, że nasz prezydent powinien mieć możliwość zabrania głosu, szkoda, że nie wykorzystano pomysłu Lecha Wałęsy o tym, by zorganizować jakieś wspólne przemówienie państw, dla których koniec drugiej wojny światowej był jednocześnie początkiem kolejnego koszmaru trwającego niemal pół wieku.
W pamięci utkwił mi też generał Jaruzelski, którego wyjazd do Rosji był nietrafionym pomysłem, najdelikatniej mówiąc. Nie mówiąc już o tym, co musieli czuć ludzie, którzy zostali pokrzywdzeni w czasie stanu wojennego, kiedy on odbierał sobie potulnie z rąk Putina medale. Czara goryczy dopełniła się, kiedy były prezydent Polski powiedział, że gdyby nie wprowadzenie stanu wojennego w Polsce, mogłaby wybuchnąć wojna domowa. Komedia po prostu. A co jest w tym wszystkim najpiękniejsze? Ano to, że Kwaśniewski przyjechał z tej całej Rosji, gdzie Polska otrzymała solidnego policzka i jeszcze chwalił przemówienie prezydenta Rosji. Nie wiadomo po prostu czy śmiać się, czy płakać.
Kończąc już, chciałbym jedynie dodać, że lepiej byłoby, żeby prezydent Polski do Moskwy nie jechał. Taka nauczka na przyszłość, może przyszłe pokolenia skorzystają :)
|
|
|