« poprzednia | spis treści | następna »  
Mortal Kombat 4
T#M

Bijatyki mają tylu zwolenników, ilu przeciwników, ale to właśnie dzięki nim (tj. bijatykom) w głównej mierze różnego rodzaju salony gier miały zyski. Zyski, które na pewno wzrosły i to wysoko, kiedy pojawiła się gra Mortal Kombat.

Pierwsza część, mimo że stara jak świat, wciąż tkwi w mej pamięci jak jakiś implant obcych. Szczerze mówiąc, nie znam osoby, która nie słyszałaby chociaż o tej słynnej grze. I w sumie dobrze, bo tytuł ten zasłużył sobie na miejsce w historii gier. Zaczęło się właśnie od tej pierwszej części, która była czymś nowym. Nie walczyliśmy kimś anonimowym, nie były to także śmiesznie zdeformowane postacie wyciągnięte z jakiegoś anime. Postacie nie tylko przypominały prawdziwych ludzi, ale miały swoje historie. Poza tym każda miała swój własny wachlarz ciosów i combosów. No i po raz pierwszy można było wykończyć przeciwnika w naprawdę brutalny sposób - fatality. To chyba przede wszystkim ta opcja przyniosła grze takie zainteresowanie. Jakby nie patrzeć, w tamtym okresie była to nowość.

Fujin, wstawaj. Jutro trzeba do roboty iść, a ty tu sobie leżysz

Nie dość, że gra doczekała się lepszego sequela, z większą ilością postaci, to jeszcze powstały dwie części filmu i serial TV. W ten sposób podróżując w czasie grafika weszła w nowy, a dokładniej w trzeci wymiar. Mortal Kombat, mimo że wciąż cieszył jak dawniej, bulwersował poziomem brutalności, nie był jednak do tamtego czasu przeniesiony w 3D. Twórcy gry postanowili to jednak zmienić. Nadchodziła wielka rewolucja nie tylko w całej serii MK, ale także na rynku bijatyk.

Przynajmniej tak zapowiadali chłopcy z Midway. Czwarta część na pewno była krokiem w przód całego cyklu, ale nie zmieniła gatunku. W oczy rzuca się naprawdę mała ilość zawodników do wyboru. Jest ich zaledwie 15, przy czym w poprzedniej części było ich ponad 30. Na szczęście większość starych znajomych wciąż jest obecna. Są oczywiście nowi zawodnicy, tacy jak Kai, Shinnok, Quan Chi, Jarek, Tanya, Fujin i Reiko, ale nie wprowadzają oni zbyt wiele nowego do rozgrywki. Po prostu kolejne combosy i fatality. Z samych starych znajomych pozostały tylko te postaci, które wydawało się najlogiczniej osadzić w tej części (wyposażenia Sonyi może pozazdrościć nawet sama Krwawa Rayne [Caleb! RAYNE, nie Rayan!] :D). Szkoda, bo Sektora lub Kabala tutaj nie ujrzymy...

Zwykło się narzekać, że nim w Mortal Kombat wyprowadzi się calusieńkie combo, człowiek zdąży przycisnąć z pięćdziesiąt przycisków. W tej części jest to trochę uproszczona sprawa. Wciąż nie jest je tak łatwo wykonać, ale dla weteranów poprzednich części to będzie tylko kwestia czasu, a i nowi szybko połapią się, na czym rzecz polega. Samych combosów jest naprawdę imponująca liczba. Każda z postaci ma swe własne indywidualne, które dzielą się na te proste, które da się zrobić nawet nieświadomie (HP, HP, HK), te "pośrodku", no i oczywiście kolosy, po których wyskakuje wielki napis MAXIMUM DAMAGE. W ten sposób zajmie nam trochę czasu opanowanie w zadowalającym stopniu danej postaci, nie wspominając już o większej ich ilości, ale spokojnie. Są także comba uniwersalne, z którymi każda postać da sobie radę, bo te indywidualne polegają na tym, że np. Sub-Zero podczas comba korzysta ze swych zamrażających mocy. Uniwersalne natomiast nie mają takich wymogów.

A co z fatalities? To, co tygryski lubią najbardziej (no, zgadnijcie od czego jest pierwsza literka w moim nicku, hehehe), pozostało niezmiennie wierne tradycji. Zakończenia są brutalne, krwiste i pełne krzyków pokonanych :D. Kończyny latają na wszystkie strony, a nasz zawodnik po prostu bierze kąpiele w krwi i, co ważne, nie ma tutaj żadnych głupich Babality czy niepotrzebnego Friendship. Po prostu Mortal Kombat - walka na śmierć i życie, a nie bratanie się z innymi. Każda z postaci może wykonać dwa fatality, a także na dwóch planszach pit fatality, czyli unicestwienie przeciwnika korzystając z takich dobrodziejstw jak wirujące w tle wiatraki. Niestety, nie ma mostu, z którego można by zrzucić oponenta na kolce. Szkoda, bo to zawsze był niemal znak rozpoznawczy serii.

Największą chyba nowością w serii jest wprowadzenie broni. Każdy zawodnik ma broń, którą może wyciągnąć podczas walki. Daje ona dużą przewagę, ale nie wiem czemu po każdym mocniejszym ciosie wymierzonym w naszego zawodnika broń sama wypada z ręki. Rozumiem, że po upadku, powinna zostać upuszczona, ale po zwykłym kopniaku? No to słabe mają tutaj łby :P. Mimo że większość zawodników ma tylko swoje niepowtarzalne bronie (np. Rayden - duży młot bojowy, Fujin - kuszę), to jednak są i tacy, którzy nie mają nic oryginalnego. Przykład? Jax i Reiko wyciągają maczugę nabijaną gwoździami, a Cage, Jarek i Kai duży (naprawdę duży) nóż. Programistom chyba zabrakło wyobraźni, ale nawet jeśli ta opcja z bronią została dodana pod koniec prac nad grą, to jednak tego nie czuć. I w sumie dobrze. Jeszcze jedną nowością jest możliwość łamania kości. Znów, każda postać łamie je na swój sposób. Liu Kang łamie kręgosłup, Reptile kark... A nie jest to wcale takie trudne, gdyż trzeba się tylko zbliżyć do przeciwnika i nacisnąć Low Kick. Mimo że nie wypada to zbyt realistycznie (pięć razy złamiesz komuś kark, a ten dalej walczy), to jednak dobrze, że takie coś jest. Przynajmniej przeciwnicy i tak już wysokiego poziomu brutalności w grach będą mieli o czym mówić :P.

Wypadałoby trochę o grafice napisać, bo to w końcu ona najbardziej się zmieniła w stosunku do poprzednich części. Postacie są jak najbardziej trójwymiarowe, ale niestety nie składają się z dużej ilości polygonów, przez co widać dokładnie ich kanciastość. W obecnych czasach sprawia to wrażenie czystej niedbałości, a i już w roku, gdy gra ujrzała światło dzienne (1997/1998), istniały produkcje po prostu ładniejsze. Nie można jednak oceniać tak starej gry pod względem grafiki w erze, kiedy panuje wyścig o najładniejszą grafikę. MK4 broni się chociaż tym, że nie potrzebuje wypasionego sprzętu do płynnego działania.

Aha! Reptile w tej części nareszcie wygląda jak jaszczur, porusza się jak jaszczur i wypluwa kwas jak jaszczur. Proponuję także obejrzeć filmik wyświetlający się tuż przed rozpoczęciem gry :).

Ta gra potrafi i dzisiaj cieszyć oczy, a to za sprawą wszelkich efektów graficznych. Wszelkie fireballe, thunderballe, czy inne balle prezentują się bardzo ciekawie i na pewno nie można mieć do nich zastrzeżeń. Może wypadają tak dobrze na tle całej reszty grafiki? Nie wiem, ale liczy się to, że wyglądają bardzo dobrze, a programiści na pewno trochę dłużej siedzieli, żeby to dopracować. No i widać wyraźnie, że występuje tutaj coś takiego jak dynamiczne światło. Gdy Rayden rozświetli okolice swą błyskawicą (puści w twoją stronę thunderbolta :P), to widać, że to światło się przesuwa i na ziemi, i na postaciach. Nieźle. Oczywiście takie rzeczy dzisiaj nie dziwią, ale dzisiaj też nie dziwi fakt, że w sklepie mięsnym półki uginają się od różnych rodzajów mięsa, lecz za komuny takiego widoku nie było wcale.

Efekty efektami, ale co spojrzę trochę niżej, to płakać mi się chce. Cienie postaci to jest tragedia do potęgi dziesiątej. "Połączenie" kilku prostokątów i tyle. Czemu w cudzysłowie? Bo te figury nie są do siebie nawet przyległe. No po prostu tragedia, w której nie wiadomo o co chodzi... Przyczepić się też muszę do krwi. Raz leci jej za mało, raz za dużo, a najgorsze, że jej wygląd w ogóle nie jest zbliżony do czerwonej posoki tryskającej z rozwalonej twarzy delikwenta, który miał nieszczęście wpaść na nie tego gościa, co trzeba, a przecież ta gra to przede wszystkim krew krwią napędzana! Nie dość, że powinna być w miarę realnie oddana (znaczy się wygląd), to jeszcze najlepiej jakby na pięściach i ubraniach zostawały takie czerwone plamy. Fajnie by Rayden po walce wyglądał, hehehe.

Mortal Kombat kojarzy mi się z jeszcze jedną miłą sprawą - krzykami, rykami, piskami i wszystkim tym, co człowiek może z siebie wydać, kiedy zbłąkana pięść trafia w odsłonięty nos. Z kobietami w MK4 to nie ma problemu, po prostu jest bez zastrzeżeń. Z facetami to już inna sprawa. Każdy tam ma swoją kwestię, co to tylko on ją wygłasza (wykrzykuje, wychrapuje itp.), ale jak tak usiąść z boku i słuchać tylko dźwięków z głośników, to czasami ma się wrażenie, że gostek walczy z samym sobą, jeszcze sobie naprawdę dużą krzywdę robiąc, i problem wcale nie leży w jakimś fakcie, że to jedna osoba mogła nagrywać wszystkie głosy. Po prostu chodzi o to, że jak Rayden wali kogoś z kolanka (JEB! i fontanna krwi), to coś tam sobie pod nosem gada. Tę samą kwestię, tym samym głosem wygłasza Scorpion, gdy kogoś przerzuca. Takich przykładów mógłbym podać jeszcze kilka...

Liu Kang włożył palec do kontaktu. Rayden robi za uziemienie

Tryby gry to, można powiedzieć, standard, czyli nihil novi. Tryb podstawowy, czyli Arcade, w którym decydujemy grać samemu, przeciwko koleżance/koledze, lub ten sam układ, lecz z dwoma zawodnikami. Później jest Team, gdzie wybieramy własną drużynę złożoną z pięciu zawodników, którzy to mierzyć się będą z drużyną przeciwnika. W Endurance mamy Endurance - gracz walczy normalnie, z tym że życie po każdej walce mu się nie odnawia, VS Endurance - gracze walczą ze sobą każdą postacią. Kto wygra większą ilość razy, ten jest zwycięzcą. Ultimate Endurance polega na tym, że gracz walczy po kolei z każdą postacią, a gdy w końcu przegra, pojawia się statystyka oraz zostaje określony poziom gracza. Dalej jest Tournament, gdzie można stworzyć sobie własny turniej w systemie tabelkowym z możliwością oglądania walk komputera. No i na końcu został tryb Practice, gdzie można poćwiczyć walkę daną postacią lub też doszlifować swe umiejętności, lecz bez jakiejkolwiek straty na pasku życia.

Kiedy wokół tego tytułu było głośno, prawdę mówiąc nie miałem pojęcia, dlaczego fani serii w większości byli nastawieni do MK4 negatywnie. Do dziś nie rozumiem, gdyż część ta niezbyt odstępuje od poprzednich, a na pewno wyznaczyła nowy kierunek całej serii (którego już jak dotąd więcej nie ujrzeliśmy na PC :[). W każdym razie ja na pewno bawiłem się przy niej tak dobrze, jak przy poprzedniczkach i może tylko po pewnym czasie zaczęła mnie irytować mała liczba postaci i brak jakiegoś silniejszego przeciwnika od komputerowego Master II (brat jest tak słaby, że nawet z muchą by w tej grze przegrał...).

Jak jeszcze nie grałeś, to zagraj :) W końcu trzeba uratować świat przed kolejnym niebezpieczeństwem, tym razem w postaci Shinnoka... a ja już idę spać.


grywalność
bronie
wykonanie fatality
ilość combosów
niektóre efekty     graficzne
mało zawodników
cienie
nie ma mostu :(
powtarzające się     głosy postaci
wygląd krwi
Producent: Midway
Dystrybutor: CDA :)
Gatunek: Zręcznościówka / akcja
Premiera: 1998
Gatunek: bijatyka
Procesor: 166 MHz
Pamięć RAM: 32 MB
Karta graficzna: 4 MB
System: Windows :)

« poprzednia | spis treści | następna »