« poprzednia | spis treści | następna »  
Jazz Jackrabbit [GBA]
defekt

Na widok powyższego tytułu wspomnienia odżywają. Pamiętam długie popołudnia spędzone z pierwszą częścią tej gry, jeszcze za czasów PC. Niska rozdziałka, barwna grafika, "dziadowskie" melodyjki płynące z głośników i ten superszybki, zielony królik,
gotów spenetrować każdą dziurkę. Przypomina się także trzylevelowe demko drugiej części gry posiadające w pełni rysowaną grafikę, odpalające już spod Windowsa, z którym także spędziłem wiele czasu. Jazzowi towarzyszył jego czerwony brachol ze skosami w baniaku (zabawny świr). Przechodziłem je po kilka razy, jeśli nie po kilkadziesiąt. Czołówka pecetowych platformówek, jednym słowem. Po latach zdecydowano się wydać gierkę z królikiem także na GBA.

Dawno, dawno temu, a konkretnie w grudniu 2002 dane mi było przeczytać króciutką zapowiedź obiektu niniejszej recenzji. Wyczytałem w niej, że oto znane i lubiane postacie gier na GBA mogą zyskać nowego konkurenta w postaci Jazza Jackrabbita. Zmienił się jego wygląd względem poprzednich gier z jego udziałem, wydoroślał jednym słowem. Załączony screen przedstawiał "nowego" królika znajdującego się obok latającego statku kosmicznego, a więc królika czekają podróże - można było wywnioskować, i był to wniosek jak najbardziej dobry, bowiem rzeczywiście Jazz przemieszcza się z etapu na etap, które znajdują się na różnych planetach, przy użyciu tegoż właśnie wehikułu. Przyznać trzeba, że na gierkę naprawdę się napaliłem i tylko czekałem, aż nadejdzie okazja do poszarpania weń. Czekałem ponad dwa lata. Zapowiedź owa napawała mnie optymizmem. Czy słusznie? Czytajcie dalej.


Na początku gierka robi wręcz świetne wrażenie. Jazza łapią wygłodniałe, lubujące się w mięciutkich zwierzaczkach kameleony. Okazują się być oczywiście bandą idiotów (nawet klatki, do której wpakowali biedaka, nie zamknęli). Jazz omija pilnującego go śpiącego ciecia, łapie za giwerę i robi konkretną rozwałkę. Akcje robią wrażenie. Królik latający z uzi w łapie i niemalże nie zdejmujący palca ze spustu to jest to! Do tego jeszcze gra muzyczka utrzymana w elektronicznych klimatach pierwszej części wersji na blachę. Jazda konkretna. Po paru chwilach jednak mój entuzjazm opadł. Gra okazuje się do bólu schematyczna. Złożoność rozgrywki jest, co tu kryć, naprawdę skromna, a całość niezbyt odkrywcza. Jak to wszystko w praktyce wygląda? Ano tak - do przejścia mamy pięć etapów podzielonych na kilka mniejszych. Każdy z nich toczy się w innej scenerii (złomowisko, zaśnieżone okolice, jaskinie itd.). Przed etapem puszczany jest przerywnik, na który składają się 2-3 obrazki i kwestie wypowiadane przez postacie. Nędznie się to prezentuje, biorąc pod uwagę możliwości GBA (zdecydowana większość obrazków powtarza się przy kolejnych przerywnikach).

Potem zaczynamy grę. Latamy po etapach zbierając kasiorkę, tłukąc oponentów, którzy, mimo iż są zwierzakami, to jednak wyglądają groźnie. Rozpruwamy kolesi, zbieramy klucze, otwieramy drzwi i tak aż do bossa. Walki z nimi są całkiem fajne, choć brak tu kombinowania. Wystarczy pruć ile wlezie i samemu nie dać się zranić. Potem wpadamy na zakupy, gdzie możemy sobie za uciułaną kasiorkę kupić gnata, życie albo marchewkowe granaty. I kolejny etap. I kolejny. I kolejny. I kolejny... Bieganie po monotonnym otoczeniu i ciągłe prucie z gnatów do bardzo mało zróżnicowanych przeciwników zbytnio nie wciąga. Skoro o pruciu mowa, to powiedzieć słowo wypada o giwerach. Jest ich kilka, ale i tak najczęściej walimy z uzi. Pojawia się granatnik, bazooka, flamethrower, ale amunicji do nich naprawdę mało. Granatnik ma tę ciekawą właściwość, że jego granaty odbijają się od powierzchni, którą napotykają. Bazooka natomiast, z uwagi na to, że jest ciężka, spowalnia ruchy Jazza. Podobnie z Big Gunem, ostatnią, supermocną giwerą. Mało przydatny okazuje się miotacz płomieni. Ma bardzo mały zasięg. W sumie do dyspozycji mamy 6 zabawek + wspomniane granaty.


Psiorczyłem trochę na grę powyżej. Zatem die frage ist: Cóż więc z tą grą jest nie tak? Uch, sporo tego. Bije od gierki monotonia. Każdy etap, choć inny od reszty, jest jednak prosty pod względem graficznym. Te same platformy, liche otoczenie. Na każdym levelu najczęściej występuje jeden rodzaj przeciwników. Niezbyt uśmiechało mi się np. biegać w śnieżycy i tłuc dziesiątki jednakowych żółwi. Do tego podetapy poszczególnych etapów są naprawdę króciutkie. Trochę pobiegasz, sporo postrzelasz i... ani się obejrzysz, a tu już koniec. W sumie starczy na ponad godzinę szarpania! Niebywale słabiutko! Po jednokrotnym ukończeniu Jazza wcale a wcale nie chciało mi się do niego powracać. Poziom grywalności i zróżnicowania jest niziutki. Może grę trochę ratuje multiplayer, ale nie miałem okazji go wypróbować z przyczyn oczywistych. Po trosze bieda się z ekranu wylewa, a na GBA są dziesiątki lepszych platformówek. Ten tytuł to plama na honorze cenionej przeze mnie serii. Biorąc pod uwagę możliwości konsolki, oczywistym jest, że można było to wszystko lepiej zrealizować. Typowy średniak z jedynie kilkoma wyróżniającymi go spośród reszty elementami. Tylko dla desperatów, tudzież koneserów gatunku lub zagorzałych fanów zielonego rozrabiaki.


królik
ogórek
pietruszka
gruszka
marchew
puzon
rok produkcji: nie pamiętam
wydawca: także
producent: patrz wyżej
język: to wiem - angielski
gatunek: to też - platformówka

« poprzednia | spis treści | następna »