|
Mieliście kiedykolwiek problem z wymyśleniem treści do wstępniaka recki? Ja mam właśnie teraz. Co rusz każdego dnia we łbie kłębią mi się różnorakie myśli, tak teraz w czajniku totalna pustka. Od paru minut zadaję sobie pytanie: o czym napisać we wstępie do recki gierki z różowym glutem w roli głównej. Tak siedzę i se kurna myślę. Do łba ciągle nic nie przychodzi. Wiem, że jak już napiszę ten pieprzony wstępniak, to później pójdzie z górki. Problem w tym, co napisać. Przecież nie napiszę o tym, co ostatnio zżarł mój kumpel na lekcji chemii. Nie będę także pisał o orle, jakiego wywinął mój inny ziomek zbiegając po schodach i tym samym obijając sobie nieźle mordę. Kogo to obchodzi? Wreszcie, pisał także nie będę o tym, że dwa lata temu po ulicach naszego miasta biegał zboczony golas z nałożoną na łeb koszulką, który straszył panie woźne z podstawówki, dzieci oraz chadzające chodnikiem staruszki wymachując swoim frędzlem. Wygląda na to, że wstępniak będę musiał sobie podarować. Tylko jak będzie wyglądała recka bez wstępniaka...? Przejdę więc do rzeczy. W 1993 roku pojawiła się gierka z Kirbym na NES-a. Dokładnie 8 dni temu łyknąłem remake'a tejże gry w wersji na GameBoya Advance. Niedzielne popołudnie mam wolne, więc co nieco o odświeżonej wersji pierwszej gry z różową kulką napiszę. W menu dostępne są te same opcje: gra właściwa lub minigierki. Skupmy się teraz na tych drugich, by później zająć się tylko głównym trybem zabawy. Minigierek co prawda zbyt wiele nie ma, ale potrafią wciągnąć na kilka chwil (szczególnie gdy ustawimy poziom na "hard"). Pierwsza polega na odbijaniu patelnią podpalonej bomby. Stoją takie cztery kulki i odbijają sobie tę bombę. Lata ona coraz to szybciej i szybciej. Ten, który się nie wyrobi - odpada. Kolejna gierka to wyścigi po torach pełnych kolorów tęczy. Kulki stoją na deskach, które posuwają po tychże właśnie torach. Przy zetknięciu deski z trasą przyspieszamy. Odrywać się należy w momentach, gdy na trasie pojawia się przeszkoda. Trzecia gierka jest tylko dla prawdziwie cierpliwych ludzi. Kulka stylizowana na samuraja stoi naprzeciwko jednego z przeciwników. Obaj w bezruchu. Słychać potęgujący napięcie szum wiatru i... nagle na ekranie wyskakuje wykrzyknik. Ten, kto pierwszy na jego widok zareaguje atakiem - wygrywa.
Tyle o minigierkach. Przejdźmy, jak obiecałem, do głównego, najbardziej rajcującego trybu. Fabuła wygląda tak: coś złego stało się z fontanną odpowiadającą za sen w Krainie Snów. Wszyscy nie mogą kimać z tegoż powodu. Pojawią się więc jeden taki Stefan (kulka znaczy się) i idzie w bój, by przywrócić dawny porządek. Proste? No to jazda! Wpadamy do pierwszej krainy (wpierw oglądając króciutką cut-scenkę) i siejemy oborę na kolejnych etapach. Jak walczyć ze stającymi na drodze gościami? Wystarczy go zassać (nie possać mu, tylko go zassać - to zasadnicza różnica), a następnie łyknąć (tudzież wypluć - to też forma ataku). Większość zassanych daje naszemu glutowi jakąś moc. I tak będziemy mogli strzelać laserem, zamrażać, ziać ogniem, zamienić się w UFO, dobyć miecz, stać się głazem, oponą, rozgrzanym meteorytem... Sporo tego. Ja najbardziej upodobałem sobie miecz. Skuteczny jest bardzo. Poza tym "różowa kupka" potrafi też atakować wślizgiem (często przydatny), a także nabrać powietrza i niczym nadmuchany balon unosić się i w taki sposób się przemieszczać.
|
W zasadzie etapy najczęściej do tego się ograniczają, czyli do parcia przed siebie, łykania, sieczenia. Całość powtórzyć. Do poszczególnych etapów dostajemy się z, że tak powiem, warp
roomu. Drzwi się w nim znajdujące nie prowadzą jednak tylko do obowiązkowych
do zaliczenia leveli. Stąd można także wleźć do muzeum, gdzie zawsze znajduje się jakiś uśpiony przeciwnik, tylko czekający aż go ktoś... łyknie. Poza tym pojawiają się także drzwi na stadion, gdzie można stoczyć bój z jakimś pomniejszym
bossem, by po wygranej wchłonąć jego moc. I wreszcie, są tu także drzwi prowadzące do wspomnianych
minigierek, gdzie można zyskać nawet trzy żywoty (a te, szczególnie w końcowych etapach, są bardzo istotne). W każdym świecie, po ukończeniu wszystkich
leveli, toczymy bój z wymyślnym bossem. Jedynie dwaj ostatni stanowili dla mnie jako taki problem. Walka z resztą to czysta przyjemność. Nie będę ich tu przedstawiał, ale powiem tylko, że są naprawdę oryginalni.
Miejscówki, jakie zwiedzamy, są mocno zróżnicowane. Latamy po wielu różnych, w dodatku barwnych miejscach. Nie mogło być inaczej, wszak celem tej produkcji są dzieciaki. Grafika jest naprawdę miła dla oka, do szczytu możliwości graficznych GBA bardzo bliska. Rzadko na GBA pojawiają się gry tak ciekawie wyglądające. Całość wyróżnia się charakterystyczną, wesołą kreską, co naprawdę robi pozytywne wrażenie. Dźwięki w grze zastosowane są dla ucha przyjemne, temu nawet przeczyć nie śmiem. Całości dopełnia wesolutka muzyczka, niczym z telewizyjnej kreskówki. Ten bajeczny klimacik wylewa się z malutkiego ekranu na każdym kroku. Do tej gierki z tego względu naprawdę chce się powracać, nawet po kilkukrotnym ukończeniu całej przygody w krainie snów.
Powyższe słowa mówią same za siebie. Ludziska z Nintendo zrobili świetny remake NES-owego klasyka, który bawi tak samo dobrze, jeśli nie lepiej. Jesteś fanem platformówek i nie wiesz, co sobie na swoją konsolkę sprawić? Ta gra to naprawdę świetny wybór.
[Słowo od korekty - jeśli nie chcecie stracić życia, piszcie *sensowne* plusy i minusy - dop. Scooter
Fox]
|
|
|
kulek
jego możliwości
gołe cycki
|
szykuje się kolejna edycja Baru, grrr
|
producent: nie pamiętam
rok wydania: tego też
wydawca: no...
gatunek: platformówka
język: angielski
|
|