« poprzednia | spis treści | następna »  
Devil May Cry 3 [PS2]
sleeper

Jeszcze kilkaset lat wstecz w naszej tolerancyjnej Polsce, gdy pewna miła wdówka wychędożyła się z diabłem bądź wszelakiej maści plugastwem, kończyła muskana przez ogień na stosie. Owoc tego związku kończył podobnie jak mamusia, jeżeli nie gorzej. Pytanie się rodzi jednak w momencie, gdy jakimś cudem bobas taki ujdzie z życiem i nie wpadnie w ręce inkwizycji. W takim wypadku odpowiedź jest tylko jedna: inspiracja Capcom’u przeżywa istnie demoniczny orgazm!

Słowa te znalazłyby świetne pokrycie kilka lat temu podczas premiery pierwszego Devil May Cry. Dlaczego używam ich więc teraz? Po słabszej części drugiej (co nie oznacza beznadziejnej) inspiracja panów wyraźnie spadła i demonizm Dantego znacznie zbladł. Pójdźmy więc na pewną ugodę: ów tytuł oznaczamy cyferką dwa, a prawdziwą "dwójkę" usuwamy z konsolowego światka i tak oto otrzymujemy dwuczęściową historię o synu Spardy...

SWEET DREAMS

Początek jest więcej niż pozytywny – witani jesteśmy przez logo Capcomu, które po chwili zostaje roztrzaskane na kawałki przez Dantego rzucającego jeszcze niedbałe "sweet dreams". Taki początek zwiastować może tylko totalnie rozpaloną zabawę bez żadnych ograniczeń. Po chwili naszym spragnionym ślepiom ukazuje się piekielnie klimatyczny film z Dantem oraz jego braciszkiem Vergilem w roli głównej pojedynkujących się w iście mistrzowskim stylu. Dla zagorzałych fanów Dantego film zbyt przychylny nie jest, ponieważ on sam... ginie! Jak nietrudno zgadnąć z rąk swojego braciszka... ach ten Vergil, kawał drania z niego. Sam film technicznie to istne cudo, miód i obiad czwartkowy dla oczu. Mało tego! Owe dzieła uderzają w gracza tak przepastnym klimatem, że grzechem byłoby wciskać „start” i pozbywać oczy tego rarytasu. Całe akcje, walki oraz wszelkie akrobacje, jakie Dante wykonuje, wprawiają Neo oraz całą ekipę z Tygrysów i Smoków w gigantyczne zakompleksienie. Szkoda jednak kłapać ozorem – tego się nie da przelać na papier, tego trzeba doznać! 

      

LET’S ROCK!

Czy komuś się podoba, czy nie, Devil May Cry jest powypychana po brzegi akcją, walkami oraz piekielną mordęgą z padem. Doświadczamy tego już od pierwszych chwil gry, przechodząc krótką walkę w formie treningu. Wyciągnąć z tego można trzy wnioski: genialne sterowanie, genialna grafika, genialna walka. Żeby jednak nie zrobić z naszej diabelskiej atmosferki "candy shop", przyznać trzeba, że poziom trudności nowicjusza może... ba, z pewnością przyprawi o ból głowy (zapewne diabelski). Plugastwa, jakie nafaszerujemy ołowiem, nie szczędzą machania swoim żelastwem i wyprowadzania ataków, których się totalnie nie spodziewaliśmy. Spokojnie, spokojnie, diabełki. Nasz podopieczny z racji swojego miejsca urodzenia i ponadprzeciętnych rodziców dysponuje wieloma asami, które bez pardonu wyrzuca zdecydowanie na stół. Jedną z największych innowacji, jaka dosięgła Dantego, a raczej atrakcja, jaką dysponuje gracz, jest swoboda w obieraniu stylów walki, jakich będziemy używać podczas rozgrywki. Style jako takie dostępne mamy cztery: Gunslinger, Swordmaster, Trickster oraz Royalguard. Każdy z nich charakteryzuje się innymi możliwościami oraz taktyką, tak więc każdy z graczy obierze jeden z nich za swój ulubiony, rozwijając go do granic, tworząc własny i oryginalny sposób obywania się z monstrami. W późniejszych okresach gry wachlarz możliwości Dantego powiększa się o kilka owych stylów, z czego jednym jest możliwość spowalniania czasu a la Prince of Persia (kątem oka patrzy Capcom... :)). Skoro już jednak o stylach i szerszych możliwościach bajamy, grzechem ciężkim byłoby nie wspomnieć o uzbrojeniu, jakie syn Spardy taszczy pod płaszczem. Otóż prócz legendarnego już Rebelliona (dla niewtajemniczonych – dwuręczny miecz Dantego) oraz dwóch spluw (Ebony & Ivory) heros nasz zostanie wzbogacony o kupę nietuzinkowego żelastwa potwierdzającego niewyczerpane dotąd pokłady (chorej, ale jakże wspaniałej) fantazji oraz inwencji. Dante pochwyci więc w swoje demoniczne łapska lodowe nunczako, dwa gadatliwe miecze, coś na wzór rosomaczych pazurów oraz, uwaga, elektryczną gitarę, której solówki przywołują hordy nietoperzy – harakiri!
Nie samymi ostrzami demon żyje, więc arsenał ołowiowy Dantego również wzbogacił się o kilka giwer – na tym polu inwencja twórców nie wybiła się poza stawiane normy – shotgun, działko plazmowe, rakietnica oraz „odrzutnica” (kawał żelaza miotający z potężną siłą pociski wielkości piłek tenisowych) – z ręką na sercu mówię jednak, że 80% gry spędziłem dzierżąc kochane Ebony & Ivory. 

VERGIL, WHERE THE %$!# ARE YOU?!

Co rolnikowi po ziemi, gdy traktora nie ma? Broń to jedna sprawa – walka to druga. Nie chciałbym zbytnio odkręcać beczek z miodem, jednak obawiam się, że muszę spełnić mój bartniczy obowiązek – sterowanie w DMC3 jest po prostu boskie, a operowanie i przyswojenie zasad walki Dantem – prostsze niż zebranie części do budowy cepa. Co jest jednak prawdziwym fenomenem to wolność i swoboda jaką oddano w nasze ręce. Podczas walki możemy swobodnie operować dwoma rodzajami broni białej i palnej. Wyobraźcie sobie sytuację: szarżujemy na delikwenta z Rebellionem i podbijamy go w górę, dziurawiąc go w powietrzu pistoletami. Gdy ów osobnik opadnie (jeśli opadnie, to lepsze słowo), jednym przyciskiem przełączamy się na gitarkę i serwujemy ofierze piękną solówkę, wspomaganą na koniec dwoma splunięciami strzelby. Czujecie? Owa swoboda pozwala tworzyć nam combosy z użyciem nawet czterech broni, a jak to już będzie wyglądało – zależy tylko i wyłącznie od was. Frajerów, jakich nam przyjdzie wysłać z powrotem do świata Spardy, podzielić możemy na dwie grupy: tych upierdliwych i... nieupierdliwych. Do pierwszej grupy należą m.in. czerwone, uskrzydlone węże, które co chwila się rozmnażają tworząc na ekranie telewizora istny miszmasz czerwieni. Kolejnymi dość wnerwiającymi wynaturzeniami są przerośnięte pajęczaki – wredne to i szybkie. Mówiąc szczerze walki z pająkami to jedyny moment w grze, gdy mój wskaźnik świetnej zabawy nie muskał szczytu. Prócz wcześniej wspomnianych plugastw w grze uświadczymy multum demonów dzierżących kosy (większość przeciwników w grze wywija tym narzędziem). Nie zabrakło oczywiście wodzirei całej tej hałastry czyli bossów w najlepszym tego słowa znaczeniu. Walka z owymi szefami wymaga nie lada wprawy, a na poziomach wyższych niż Easy – cierpliwości. Każdego z nich wykańczamy tradycyjną metodą – bez żadnych ceregieli z przełącznikami bądź oklepanymi już weak pointami. Sami bossowie przytłaczają swoim ogromem i wyglądem – każdy następny jest bardziej wymyślny (jednym z nich jest, a raczej są, gruczoły wewnętrzne potężnego, latającego wieloryba). Średnio w co drugiej, trzeciej planszy napotykamy na opór jednego z takich bydlaków. Nie zawsze wygląda to różowo, a to za sprawą braku zapisu gry w dowolnym momencie – ba, zapisujemy tylko po przejściu planszy! Szlag więc trafia, gdy po raz n-ty staramy się zmusić lodowego cerbera do kopnięcia w kalendarz i przechodzenia całych – mimo że dość krótkich – poziomów od początku. 

TAM GDZIE DIABEŁ MÓWI DOBRANOC!

Czarnuszek liczy już na karku ładnych parę lat i wątpliwe jest, by był w stanie pokazać coś nowego. Tu jednak wkraczam ja z gestem pana Kozakiewicza i stanowczo mówię: bullshit. Trzeci DMC wyciska z konsoli ostatnie soki, wylewając z ekranu lawinę przeróżnych kolorów, efektów świetlnych itd. Spojrzeć wystarczy na walkę Dantego z Cerberem i z miejsca widać, co mnie tak ujęło. Gra aż piszczy i prosi o przeniesie jej na duży ekran (byle nie przez pana Uwe Bolle’a :)). Nawet niedawno wydany Killzone wywołujący "ochy" i "achy" już odbiega od DMC3 pod względem oprawy wizualnej – tylko niej, ponieważ muzyka w DMC najwyższych lotów nie jest. Mimo że słyszymy ciężkie brzmienie gitar i ogólnie jest cacy, to wokal już grzebie żywcem wszystkie nasze marzenia o porządnym metalu – gdzie tam DMC3 do Warrior Within...


DANTE, VERGIL, MARY, SPARDA – THANKS A LOT!

Cóż jeszcze można dodać... jako recenzent przyjąłem dziś posadę bartnika i czyn ten mówi sam przez siebie – Devil May Cry 3 to istny fenomen, gra znacznie wybijająca się ponad wszystkie, epopeja, biblia gracza i cud oraz objawienie w jednym, jedynym pudełeczku. Grzech nie mieć, harakiri nie zagrać!

niesamowita dynamika
świetna walka
klimat
rozbrajające cut-scenki
odpowiednie dla nowicjuszy w świecie DMC, Dante!!!
krótka (ok. 13 godz. Gry)
średnia muzyka (czasami zdarzały się porządne kawałki, ale ogółem średnio)
Producent: Capcom
Platforma: Playstation 2
Inne platformy: Playstation Portable
Gatunek: Zręcznościowa

« poprzednia | spis treści | następna »