|
Czas akcji: 26-29 czerwca roku 2005.
Miejsce: Rzeszów, Sandomierz.
Uczestnicy: Caleb, Elpie, Iggy, Winix, Tedi, Ciasteq.
Cel spotkania: Zjazd redakcji GC.
I stało się drugi w historii zjazd redakcji Games Cornera mamy za sobą. A
wszystko jak zwykle zaczęło się od pomysłu Caleba, który gdzieś w okolicach
połowy czerwca wpadł na jakże błyskotliwy pomysł zorganizowania zjazdu. Termin
zjazdu był dość oczywisty – pierwszy tydzień wakacji. Miejsce również było od
początku jasne – jedziemy w miejsce, gdzie mieszka dwóch osobników, którzy nigdy
nie chcieli ruszyć się z nami poza miejsce swego zamieszkania. Postanowiliśmy
uderzyć na małą ojczyznę naszego byłego redakcyjnego kolegi Winixa oraz ciągle
będącego w naszej ekipie Tediego. I tak też się stało...
Wszystko zaczęło się w niedziele, 26 czerwca w Rzeszowie. Ja trafiłem tam w
okolicach godziny 11.00, gdzie zostałem powitany przez Dawida i razem udaliśmy
się najpierw do Jego domu, a następnie w romantyczną przechadzkę po lokalnych
atrakcjach Rzeszowa w lokalnego Empiku ;). O godzinie 17.00 dołączył do nas
Igor, szerzej znany czytelnikom jako Iggy i tym sposobem „namiotowa” część
zjazdu była w komplecie. No cóż, frekwencja nie dopisała za bardzo, ale w sumie
miało to dobre strony, bo w namiocie nie było tak ciasno, ale powoli... :D. Po
przyjeździe Igora skoczyliśmy szybko do sklepu, gdzie zaopatrzyliśmy się w
skromny zapas piwa i wróciliśmy znowu do domu Dawida w Zgłobniu. Tam czekała nas
niespodzianka w postaci grilla na parkingu przez Delikatesami :). Było miło,
lało się sporo alkoholu, a ja przez przypadek rozlałem pół swojego piwa, w
związku z czym mam do tej pory wyrzuty sumienia :’(. Niestety imprezkę
musieliśmy skończyć nieco wcześniej, gdyż z samego rana musieliśmy wyruszyć, a
więc kulturalnie myknęliśmy w okolicach północy i ułożyliśmy się do spanka.
Poniedziałek 27 czerwca. Z samego rana dzięki uprzejmości przemiłej siostry
Caleba (pozdro Jolka!) trafiliśmy na peryferia Rzeszowa, gdzie rozpoczęliśmy
bardzo pracochłonny proces tzw. „łapania stopa”. No cóż szczęście raczej średnio
nam sprzyjało. Ostatecznie po przejściu ok. 8 kilometrów dzięki mej „technice na
biedę” (smutna miła, wzrok skierowany ku dołowi) udało nam się zatrzymać pewnego
pana, który był aż tak miły, że trafiliśmy dzięki niemu aż do Tarnobrzega. Tam
czekała nas znowu kilku kilometrowa przechadzka zakończona końcówką pokonaną
autobusem. Wreszcie trafiliśmy do Sandomierza :D. Swe pierwsze kroki
skierowaliśmy na rynek starego miasta, gdzie miało się odbyć wielkie spotkanie z
lokalną częścią zjazdowiczów – Winixem i Tedim. I tak się też stało, po kilku
godzinach samotnego siedzenia, grania na gitarze przez Dawida i spożywania
burżuazyjnych lodów przez Igora, dołączył do nas Przemek i Grzesiek. Po krótkim
zapoznaniu nasi drodzy gospodarze zaprowadzili nas w miejsce naszego noclegu.
Miejsce było piękne :). Wysoka góra nad Wisłą i setki komarów. Oceniwszy
sytuację postanowiliśmy jednak nocować nieco dalej zabierając jednak ze sobą
małe stadko komarów dla lepszego samopoczucia. Te nie dały się długo prosić, bez
zbędnym słów podążając naszym śladem :). I takim sposobem trafiliśmy na miejsce
gdzie spędziliśmy pierwszą noc – sad porośnięty jabłoniami. Skoczyliśmy jeszcze
tylko po odrobinę napojów chłodzących (pamiętna kwestia pani sprzedawczyni,
która oświadczyła, że wykupiliśmy cały zapas Żubra, ups...) i zabraliśmy się za
rozbijanie namiotu. W między czasie liczba ukąszeń brzęczącego, latającego
cholerstwa wzrastała proporcjonalnie do czasu spędzonego na łonie natury. Na
koniec dnia nastąpił moment przełomowy – upadek mitu o abstynentach w GC...
Winix, Tedi po co były te kłamstwa? :P. Po opróżnieniu kilku puszek złocistego
płynu i odbytej grupowej rozmowie telefonicznej z naszą boską korektorką
Vendettą :) sandomierski duet udał się do cieplutkich domków, a reszta ekipy jak
przystało na prawdziwych mężczyzn obaliła jeszcze kilka piff i udała się spać,
przedtem dyskutując nieco na temat życia. Ech, co te kobiety z człowiekiem robią
;P. |
Wtorek 28 czerwca. Nie ma to jak pobudka na łonie natury :). Mieliśmy sporo
szczęście Dawid złożył namiot
zanim nasi skrzydlaci przyjaciele zdążyli przyuważyć że już nie śpimy.
Spożyliśmy na śniadanko parę słynnych rzeszowskich delicji – „bułek zapychajek”,
a następnie udaliśmy się do sklepu, gdzie zostało zakupione 5 litrów wody
służącej nam jako ogólnie pojęty prysznic. Ludzie przejeżdżający samochodami
obok naszego „sadowego pola namiotowego” trochę dziwnie patrzyli na myjących
zęby trzech gości, ale cóż zrobić. Higiena najważniejsza jest, więc niewzruszeni
dokończyliśmy poranna toaletę, a następnie rozpoczęliśmy bardzo męczące zajęcie
– wylegiwanie się na łące. Po dwóch godzinach dołączył do nas Grzesiek, a zaraz
po nim Przemek i wspólnie udaliśmy się na Sandomierski rynek. Tak po raz kolejny
dzień upłynął na rozmowach o branży i innych pierdołach. Igor dalej wydawał kasę
na kolejne burżuazyjne wynalazki, a Dawid śpiewał piosenki w stylu „na Stachure”.
Wieczorem znowu oczekiwanie. Tym razem ActionMagowy akcent – przybycie Ciasteq.
Po przybyciu Rafała udaliśmy się na poszukiwaniu noclegu. Po przednie miejsce z
racji oddalenia od dworca o ok. 1,5 godziny drogi nie było atrakcyjne, gdyż
niestety następnego dnia o godzinie 8.00 ja miałem pociąg do domu. Szybko
wybrnęliśmy z tego problemu rozbijając się 100 metrów za dworcem PKP nieopodal
pracującej całą noc fabryki. No cóż życie to nie jest bajka, ale co to hałas dla
grupy prawdziwych mężczyzn. Nasze kochane komary odnalazły nas również tutaj :D.
Tym razem przyprowadziły kumpli co doprowadziło do tego, że Winix i Tedi
pożegnali się z nami i udali się do swoich ciepłych, burżuazyjnych domów, a
pozostała czwórka w składzie: ja, Dawid, Igor i Ciasteq zamknęła się w namiocie
i oddała się rozrywką w postaci: grania na gitarze i chóralnych śpiewów („Chyzantemy
Złociste” rządzą :)) oraz przyjmowania płynów. Drugi dzień pobytu w Sandomierzu
to zdecydowanie dzień wódki ;). Na krótko przed godziną 23.00 opuścił nas kolega
Rafał, który udał się w drogę powrotną do Tarnobrzega, a my po raz kolejny jak
prawdziwy mężczyźni udaliśmy się spać. Dobranoc :).
Środa 29 czerwca. Ostatni dzień zjazdu przed nami. O godzinie 5 z kilkoma
minutami zostaliśmy obudzeni przez rozkosznego psa biegającego na około naszego
namiotu :/. Na szczęście wkrótce bydle się znudziło i mogliśmy
spokojnie wstać o godzinie 7.00. Szybkie złożenie namiotu, szybki prysznic przy
użyciu zakupionej dzień wcześniej wody mineralnej i ruszamy na dworzec. I tutaj
mała ciekawostka: z Sandomierza wyjeżdżają 3 pociągi na dzień :). Nieźle jak na
28 tysięczne miasto :D. Po dotarciu na dworzec nasza ekipa rozdzieliła się ja
czekałem na pociągi, a reszta udała się „złapać stopa” do Rzeszowa. No cóż ponoć
pecha przynoszę, bo beze mnie od razu złapali po kolei trzy samochody i
ekspresowo znaleźli się w Rzeszowie, gdzie Igor wsiadł w pociąg i wieczorem był
już w Mirsku. Ja byłem w domu już o 16.30 :D.
No cóż drugi w dziejach naszego zina zjazd redakcji stał się już historią. Było
miło, alkohol był, poznaliśmy kilka setek przemiłych komarów, było warto jechać.
Szkoda jednak dalej, że tak mało osób się zjawiło. Mam nadzieję że przy okazji
następnego zjazdu pod tym względem będzie lepiej.
(Dwie noce spiliśmy się, poznałem Igora, Przemka i Grześka. Straciłem czapkę w
samochodzie, przeszedłem kilka kilometrów w jedną i drugą stronę. Było warto, po
stokroć było warto, było genialnie :). Szkoda, że tak krótko, ale jak przypomnę
sobie traktorzystę, Adama budzącego mnie, bo pies koło namiotu chodzi, mycie
zębów przy szosie, granie Stachury na rynku i sandomierskim i spanie na nim, aż
miło się robi na sercu. Nie wiem co było bardziej hardcorowe - zjechanie z
Elpiem 2 tysiaków kilometrów polski pociągiem czy zjazd sandomierski. Powtórka
na pewno będzie. Aha, zdjęcia małe, bo zapomniałem w komórce przestawić jakość
:P - Caleb)
|