Recenzje

 

Dopiero niedawno, tuż przed rozpoczęciem pisania tej recenzji zdałem sobie sprawę jak wiele zasług dla kina światowego, ma na swoim koncie Steven Spielberg. mam taki dziwny zwyczaj, że nie przykładam zbytnio uwagi, do roli reżysera, za to bardzo interesują mnie aktorzy grający w filmach. Dopiero, gdy przeglądałem filmografię Spielberga, zdałem sobie sprawę, jak wiele zrobił ten jeden człowiek. Bardzo się zdziwiłem, gdy zobaczyłem w jego filmografii np. "Goonies", albo " Hooka". Oglądałem te filmy po kilka razy, mimo że należą do grona filmów familijnych. Ale Spielberg udowodnił tez, że potrafi kręcić, kino poważne. "Szczęki", "Szeregowiec Ryan" " Amistad", no i wreszcie te największe, czyli seria filmów z Indiana Jonesem czy " Lista Shindlera". O jego najnowszym obrazie" Wojna Światów", było już głośno od ponad roku. Jednak wszelkie trailery, zdjęcia i inne przedsmaki filmu, jakie były nam zaserwowane, nie pokazywały praktycznie żadnych ważnych scen. Tak jakby Reżyser pragnął do ostatniej chwili trzymać nas w napięciu i zaskoczyć czymś wielkim. Ale właśnie, czy film okazał się wielki? Wiele osób tego oczekiwało, ja przyznam się że także na to liczyłem.

Fabuła filmu przedstawia się bardzo prosto. Ray Ferrier, który opiekuje się właśnie swoimi dziećmi, pod nieobecność byłej żony, jest świadkiem, ogromnej burzy, z setkami piorunów uderzającymi w ziemię. potem nagle w ciągu kilku chwil, pojawiają się maszyny, które nie pochodzą z ziemi, lecz zostały w niej zakopane dawno temu i zaczynają wycinać w pień wszystkich żywych w mieście. Ray Ferrier, ma od tej pory tylko jeden cel, uciekać jak najdalej przed obcymi i uchronić swoje dzieci przed czymś, co z każdą chwilą staje się coraz bardziej nieuniknione. Przed całkowitą eksterminacją ludzkości.

Już jakiś rok temu, dowiedziałem się, że "Wojna światów". ma być najdroższa produkcją w dziejach kina. Jak wyszło ostatecznie, tego nie wiem, ale sądząc po tym co widziałem, to jest to bardzo możliwe. Tego co zostało zrobione, nie dało się uzyskać wyłącznie na komputerze i z pewnością wymagało to wielkich i drogich scenografii.
Jak już wcześniej napisałem, oczekiwałem filmu wielkiego, ale nie tylko pod względem wizualnym. Nie liczyłem na coś specjalnie klimatycznego, jakieś świetne dialogi, bo wiem że w tego typu produkcjach, są one zwykle patetyczne, albo przesłodzone (Albo wszystko to na raz :) ). Oczekiwałem po prostu ciekawej treści która rozwijać się będzie od pierwszej do ostatniej minuty. W końcu taki temat, jak inwazja obcych na ziemię jest szeroki i można nim operować do woli, stworzyć dzieło genialne, pod względem wizualnym i fabularnym. I tu właśnie film podupada najbardziej. Przez pierwsze 15 minut, poznajemy Raya Ferriera i jego kochane dzieci, które uważają go za dupka. Potem gdzieś tak w okolicy 20 minuty, zaczyna się wielka rzeź która trwa praktycznie do końca filmu. Sam tytuł filmu więc, jest tu moim zdaniem trochę nieodpowiedni. Bo jak można eksterminacje nazywać wojną. Tak naprawdę domyślamy się przez cały czas trwania tej historii, że ludzkość może uratować tylko jakiś cud, lub jakaś nieoczekiwana broń przeciwko najeźdźcom z kosmosu. Oczekiwałem tutaj znacznie bardziej rozwiniętych scen walki ludzi z kosmitami, wojnie toczonej przez cały świat. A dostajemy za to Amerykanów uciekających przez ulice, łąki i wodę, zabijanych po kolei w niezwykle szybkim tempie przez kosmitów.

Jest to ogromna wada filmu, która znacznie obniża jego jakość, jednak jeśli już z nią się pogodzimy, to zostaje nam tylko cieszyć się.
Muszę pochwalić Spielberga, za umiejętność budowania napięcia, która została mu zapewne jeszcze z czasów, gdy reżyserował "Szczęki". Mimo że od początku domyślamy się, jak skończy się cała historia, to jednak napięcie działa w niej i mocno pobudza widza. Przez cały film, spodziewamy się dosłownie wszystkiego. Gdy nasi bohaterowie siedzą sobie w domu, spodziewamy się, że zaraz zostaną wysłani razem z nim w powietrze, przez kosmitów którzy podążają tuz za nimi, a wkrótce, są już wszędzie. Wtedy, napięcie już trochę opada, bo zdajemy sobie sprawę, że gdziekolwiek Ray i jego dzieci nie uciekną to i tak spotkają na swojej drodze obcych. Wyjątkiem jest długa scena w piwnicy ocalałego domu, w którym to rodzinka Ferrierów doznaje prawdziwego spotkania trzeciego stopnia, a może nawet czwartego. 
W filmie tak jak i w muzyce, ważne są dla mnie emocje. Czasem są one ważniejsze od przekazu, jakiejś mądrości niesionej przez film. I w tym przypadku, emocje zostały pokazane wzorowo. Siedząc w fotelu kinowym, czułem strach ludzi na ekranie, gdy zobaczyli oni wielką maszynę obcych, wyłaniającą się z lasu. Czułem go nawet wtedy, gdy kosmitów nie było w pobliżu. Mówiąc krótko, strach ludzki, przed czymś nieznanym i przerażającym, został pokazany bardzo realistycznie, tak że nie czujemy zupełnie aktorstwa, które przecież ma miejsce od samego początku. Momentami zapominamy, że oglądamy film i wierzymy w to co dzieje się na ekranie.

Tak naprawdę, w tym filmie występuje czwórka aktorów. Resztę potraktowałem jak statystów, bo praktycznie nie wnoszą do filmu nic, oprócz kilku słów, ewentualnie płaczu i wrzasków. Dwóch starych wyjadaczy; Tom Cruise ( "Raport Mniejszości", "Mission Imposiible") i Tim Robins ( "Rzeka Tajemnic", "Skazani na Shawshank" ), nie zagrali żadnych przełomowych dla siebie ról a jedynie kolejne dobre role, które będą mogli wpisać do swoich filmografii. Gdybym jednak miał stawiać na tego lepszego, to będzie nim Tom, bo jego rola, była jak na niego dość nietypowa. Dawno, nie widziałem go w roli przerażonego, zagubionego człowieka, który nie potrafi nic zrobić z narastającym niebezpieczeństwem, wie tylko, że musi chronić swoje dzieci, jak najdłużej się da. Nie spłycił tej roli, wręcz ja pogłębił. Nie mogę również zapomnieć o dwójce aktorów młodszego pokolenia. Zdecydowanie bardziej, spodobała mi się Dakota Fanning ( "Człowiek w ogniu"," Siła Strachu" ) która pomimo głupich wrzasków i histerii, jakoś bardziej przekonała mnie do siebie niż Justin Chatwin, który gra zbuntowanego nastolatka, który sam nie wie czego chce i zgrywa bohatera. Nie wiem czy jest to wina scenariusza czy samego aktora, jednak Dakota wypadła o wiele lepiej, co może być zasługą większego doświadczenia. Dakota, zagrała bowiem już w ponad 20 filmach i wcale nie przeszkadza jej w tym, jej młody wiek.

Najmocniejszą chyba jednak stroną filmu, jest właśnie jego strona wizualno - dźwiękowa. Gdy oglądałem film, nie miałem wątpliwości, że pieniądze wydane na produkcję filmu w znacznej mierze zostały wydane na scenografię i efekty specjalne. Wizualnie, ten film jest aktualnie szczytem techniki filmowej. Efekty są tu nie tylko piękne, ale też co ważne realistyczne, przez co trudno jest nam uwierzyć że to się nie dzieje naprawdę. Widać, że ktoś wreszcie przyłożył się do tego, nie tak jak to miało miejsce np. w " Van Helsingu: czy w "Lidze niezwykłych Gentlemanów". 
Jeśli mamy do czynienia z efektami najwyższej klasy, to dźwięk nie ma prawa im odstępować. W innym wypadku efekt byłby żałosny. Tak się nie stało, ponieważ w efekty dźwiękowe, zostało włożone wiele pracy. Myślę że pod względem dźwięku, jest to murowany kandydat na oskara. Troche gorzej, wychodzi jednak muzyka. Tym razem John Williams nie stworzył czegos wyjątkowego. Po cichu marzyłem o jakimś nowym motywie muzycznym, na miarę "Terminatora" czy " Gwiezdnych wojen" a dostałem tylko ładnie przygrywającą muzykę, która jednak do budowania napięcia nadała się w sam raz. Jeśli chodzi o efekty specjalne, to "King Kong" Petera Jacksona jest poważnym rywalem w walce o oskara. Bardzo jestem ciekaw, która z tych superprodukcji wygra w wyścigu po oskary. Przeczucie podpowiada mi że będzie to właśnie "King Kong".

Próbowałem, zastanawiałem się kilka razy, ale nie potrafię się zmusić do wystawienia cyferkowej oceny dla tego filmu. Po prostu nie powinno się tego typu produkcji oceniać w jakichś skalach. Film nawalił pod względem fabularnym, jednak wielkie efekty wizualne nieco zrekompensowały ten brak. Czy to oznacza, że Spielbergowi udało się? Przykro mi to mówić ale moim zdaniem nie. Świetne efekty nie wystarcza aby stworzyć film przełomowy. Wygląda na to, że Spielberg będzie musiał jednak stworzyc coś lepszego. Jednak polecam wam ten film. Nie oglądajcie go na dvd. Wybierzcie się do kina, jeśli tylko zdążycie. Na wielkim ekranie, wiele ten film zyskuje ale nie spodziewajcie się niczego przełomowego. Jest to po prostu kolejny krok do przodu, w tworzeniu filmowych superprodukcji. A ja czekam na kolejny, tym razem lepszy pod wszystkimi względami. Wierzę że takie coś jeszcze powstanie. 

 

»Ocena: -

 

[Dishman: Ja film też miałem zamiar recenzować, ale stwierdziłem po przeczytaniu Tulkassa, że po co macie czytać niemal dwie identyczne opinie. Ja jednak chcę podkreślić to jak zagrał Tom Cruise. Nie zapominajmy, że miał wcielić się w rolę faceta, którego porzuciła żona i związała się z innym mężczyzną. Jedyne co ich łączy to dzieci, którymi Ray opiekuje się od czasu do czasu, co jak widać przychodzi mu z ogromnym trudem i wydaje się, że tak naprawdę byłby zadowolony gdyby ich nie było. Zupełnie nie może nawiązać kontaktu z synem. Moim zdaniem Cruise świetnie gra człowieka, który niby jest ojcem, ale wydaje się, że nie dorósł do tej roli. Ja jako widz, ale i prawdopodobnie przyszły ojciec zastanawiam się, co bym zrobił na jego miejscu. A przede wszystkim co trzeba zrobić, aby mieć w oczach dzieci szacunek. To sprawia, że rola Raya nie jest taka zwykła, ale daje do myślenia.
Jednak znowu mam wrażenie, że reżyser zaczyna film, ma na niego pomysł. Tylko, że po pierwszych wybuchach, ucieczkach i panice dostajemy to samo znowu i znowu. A widz się zastanawia, co tu się jeszcze może wydarzyć. Czy nie jest aby tak, że reżyser owszem miał pomysł, ale zapomniał, że film trzeba zakończyć? Tylko, że on nie za bardzo wie jak, czy uśmiercić kosmitów, wprowadzić super bohatera, czy może zniszczyć planetę?
Film uważam za dobry, ale nie jakiś fantastyczny. Myślę, że zasługuje na 7/10.]

»Autor: Tulkass