Recenzje

 

Film dopiero wkroczył na ekrany kin, a już jest o nim głośno, już pojawiają się głosy, że złamał bariery kina, wyrwał się z jego objęcia i stanie się legendarny, tak samo jak kultowa jest pierwsza część "Matrixa". Właściwie to czego innego moglibyśmy się spodziewać po Robercie Rodriguezie, twórcy "Desperado", Franku Millerze autorze komiksu, na którym mocno bazuje film, oraz Quentino Tarantino, który ponoć nakręcił jedną ze scen za symbolicznego dolara, odwdzięczając się tym samym Robertowi za taki sam zabieg w "Kill Bill'u".

Potęgą filmu jest to, że tak ściśle nawiązuje do komiksu. Właściwie to całe ujęcia są niemal z niego przerysowane. Komiks bowiem ma swoisty czarno-biały klimat, wytwarza odpowiednią atmosferę, pogrąża w nim czytelnika. Za sprawą tego, iż aktorzy grali w zielonej scenografii, a wszystko to co widzimy na ekranie jest wytworem komputera sprawia, że spece od efektów specjalnych niemal idealnie przenieśli komiks na kadry filmowe. Tak, film jest w konwencji czarno-białej, operuje swobodnie odcieniami szarości, ale również natkniemy się na kilka kolorów. Jednolitych, ale pojawiających się wtedy, gdy autorzy filmu chcą coś podkreślić, zwrócić uwagę widza. Dlatego zatem już w pierwszych minutach filmu suknia kobiety w odpowiednim czasie zmieni się z szarego na czerwony kolor, a twarz Żółtego Drania, pomimo, iż  otoczenie będzie w szarych odcieniach, to będzie miała żółty kolor.

Jednak chyba najważniejsza jest w filmie brutalność. Film opowiada bowiem historię trzech mężczyzn: Hartigana, Dwighta i Marva. Hartigan jest 60-letnim policjantem, który stoi na krawędzi odejścia na emeryturę. Uratowanie małej dziewczynki Nancy przed psychopatą Juniorem okazuje się najważniejszym zadaniem starego policjanta. Dalej następuje cięcie i już na głównym planie widzimy Marva, człowieka, który nie grzeszy urodą, mało tego, że nie grzeszy, wygląda jak prawdziwa bestia. Jak to jest określone w filmie Marv urodził się w złym tysiącleciu. Spokojnie bowiem mógłby walczyć jako gladiator w Koloseum będąc gwiazdą publiczności, bowiem zabicie go nie jest łatwym zadaniem. Marv spędza noc z Goldie, jednak nad ranem okazuje się, że kobieta jest martwa i ktoś chce Marva wrobić w morderstwo. On jednak postanawia odwdzięczyć się za ciepłe przyjęcie Goldie i próbuje dojść komu zawdzięcza ona swoją śmierć. Trzecim gentelmanem jest Dwight, który postanawia wesprzeć kobiety, które rządzą Starym Miastem, dzielnicą pełną prostytutek, jednak wolna od mafii i alfonsów. Dwigt stawia zatem czoła Jack'owi Rafferty'emu - policjantowi i staje w obronie kobiet.

Jak już wspomniałem film jest brutalny, ale okazuje się, że dzięki specyficznej konwencji w której brak kolorów, można na przerażające sceny patrzeć normalnie. Obrzydzenia nie sprawiają bowiem same głowy wiszące w jednej z celi kanibala Kevina, lub wymachiwanie i niemal żonglowanie głową jednego z bohaterów, bowiem cała reszta przekazuje i wyrywa ją sobie z rąk do rąk jakby to była co najmniej szmaciana lalka. Mimo wszystko to sprawia, że film powinni jednak oglądać tylko widzowie pełnoletni. Miasto Grzechu to miasto bezwzględnych facetów i prostytutek. I o ile tych pierwszych możemy podziwiać gdy wyrywają innym flaki, albo gadają z facetem z nożem w głowie, to kobiet za bardzo nie uświadczymy. Jeżeli mówimy o grzechu to mi osobiście brak było tego najważniejszego - pożądania. Występuje ono właściwie w pełnej klasie tylko w dwóch scenach z udziałem Marva i na tym się kończy. Później jest dopiero lżejsza scena w barze w wykonaniu Nancy.

Filmowi brak również realizmu, ale o dziwo to nie przeszkadza. I znów czaruje owa specyficzna konwencja, bowiem widz jest wprowadzony w to, że to tak naprawdę jest fikcja, zatem nie dziwi się gdy Hartigan ma w ciele około ośmiu kul i dalej chodzi, a Marva potrąca radiowóz jadący z pełną prędkością, ale kończy się to naklejeniem plastra, a samochód idzie na złom. Takich scen jest na pęczki i tylko drążą w nas w przekonaniu, że to jest po prostu komiks.

Film nie ma tego co czasami ratuje produkcje filmowe, czyli głównego bohatera. Nie ma bowiem jednego wątku, ale trzy i w każdym przewija się sporo postaci. Ale jednak głównymi bohaterami stają się nasi obrońcy kobiet. Obsada jest mocna i spisuje się na medal, chociaż dla mnie Clive Owen jako Dwight jest totalnym nieporozumieniem. Ten facet każdą rolę gra tak samo. W "Królu Arturze" jego mimika była identyczna, a to sprawia, że ja będę twierdził, że ten facet nie umie grać. Wszystko idzie mu na jedną nutę i nie potrafi tego zmienić. Co innego Bruce Willis, czy Mickey Rourke. Bruce jednak w pewnym momencie wypowiada kwestie (dziękuje za radę daną mu przez przeciwnika), która jest niemal wyjęta żywcem ze "Szklanej pułapki". Przypadek? Czy celowe zagranie reżysera? Mickey Rourke gra z kolei człowieka o monstrualnych rozmiarach ze szkaradną twarzą. To dlatego Marv za jedną noc z dziwką jest w stanie poświęcić się za nią i odszukać jej mordercę. I pomyśleć, że 19 lat temu ten aktor grał przystojnego Johna w "9 i pół tygodnia" partnerując Kim Basinger w słynnym filmie erotycznym.

Niektórzy oglądając ten film powiedzą, że widać tutaj rękę Tarantino i tak jest, to jest ten typ kina, specyficzny, brutalny i klimatyczny. Mimo, iż twórcy opowiadają historię o zabijaniu z zimną krwią i to w najgorszy możliwy sposób, łącząc z bestialskim torturowaniem i okraszając to lekką dawką seksu, to zdają się śmiać nam w oczy. Tutaj tak na prawdę nic nie jest na serio, a z obrazu wylewa się ironia. Film doskonały, jeden z lepszych jakie miałem okazję obejrzeć w życiu. Naprawdę warto się z nim zapoznać.

 

»Ocena: 10/10

»Autor: Dishman