Recenzje

 

"Złożę mu propozycję nie do odrzucenia."

 

“Ojciec Chrzestny” jest jednym z tych filmów, które każdy zna... z tytułu. Miażdżąca większość, nie tylko zwykłych widzów, ale i napalonych kinomanów, zapytana, czy widziała owo klasyczne dzieło, odpowie “Owszem, słyszałem, ale nie widziałem”. Mogę się założyć, że i Wy, Drodzy Czytelnicy, należycie do tej grupy. Ja też do niedawna byłem jednym z Was – taki stan utrzymywał się do czasu, gdy stacja TVN wyemitowała film Coppoli. To była propozycja nie do odrzucenia – musiałem z niej skorzystać. 

Francisem Fordem Coppolą zajmę się w kolejnym akapicie, bo wypadałoby powiedzieć kilka słów o fabule – tak, abyście wiedzieli, o czym to wszystko jest... Na pewno wiecie już, że “Ojciec Chrzestny” nie traktuje o lotach na Marsa, a opowiada o Rodzinie (nie napisałem “mafii”, bo słowo to w filmie nie pojawia się ani razu). Nie jest to zwykła rodzina, choć z tym można polemizować, o czym będzie trochę później. Klan Corleone zajmuje się dość niecodzienną działalnością – można się przekonać już od pierwszych minut, gdzie widzimy, że zyskać zaufanie i przyjaźń dona Vito Corleone jest dosyć łatwo, ale można się spodziewać, iż z pewnością nie będzie to znajomość bezinteresowna. Układ jest prosty – don zajmie się twoim problemem, ale będzie cię od czasu do czasu prosił o jakąś przysługę. Oczywiście, nie chodzi tu o takie sprawy jak załatwianie formalności podatkowych czy wyjazd za granicę, ale np. o wymierzenie sprawiedliwości, czyli, jak widzimy, interesy bardziej, że tak powiem, nielegalne... Trzeba jednak przyznać, że Rodzina to nie jakaś banda groźnych typków uzbrojonych po zęby – są to ludzie z zasadami, których ściśle przestrzegają, to po prostu ludzie z klasą. 

“Ojciec Chrzestny” ma fabułę, lecz nie będę jej tu opisywał, bo byłoby to zadanie niełatwe... Wszystkie zależności pomiędzy Rodzinami trzeba poznać, oglądając film. Tak naprawdę to tylko poprzez wpatrywanie w ekran i śledzenie akcji widz może zrozumieć, czym tak naprawdę jest Rodzina Corleone – jak funkcjonuje i na jakich zasadach. To, co opisałem w poprzednim akapicie, to pierwsze 5 minut filmu, a więc niewiele. Obejrzycie – poznacie. Ja nie będę się tu roztkliwiał nad dodatkowymi elementami, skoncentruję się li tylko nad rzeczami, które mnie zachwyciły, a już dawno nie przeżywałem takiego zachwytu... (czyli chyba od czasów filmów Stanleya Kubricka). 

Postać reżysera filmu – Francisa Forda Coppoli – jest w świecie filmowym znana aż za bardzo. Wielu ludzi nie wie, co o nim sądzić, bowiem opinie o niekwestionowanej genialności mieszają się z tymi mniej przychylnymi... Dzieję się tak dlatego, iż Coppola ma zwyczaj kręcić filmy na przemian kultowe (“Czas Apokalipsy”, “Rozmowa”) i po prostu średnie (“Peggy Sue wyszła za mąż”, “Jack”). Ja jednak sądzę, że takie “cykle” to po prostu styl tego reżysera, a łatka “genialnego” została do niego przypięta na siłę i właśnie dlatego ludzie nie wiedzą, co myśleć... “Ojciec Chrzestny” to, obok “Rozmowy” i “Czasu Apokalipsy”, najważniejsze dzieło Coppoli, a powiedzieć “dzieło”, to za mało (przedrostek –arcy też nie wystarczy). F.F. Coppola specjalizuje się w kręceniu kultowych, pamiętliwych SCEN – wystarczy popatrzeć na zakończenie “Rozmowy”, czy atak przy muzyce Wagnera w “Czasie Apokalipsy” – owszem, może nie trafić w gusta, może się nie spodobać, ale nikt o zdrowych zmysłach nie może odmówić tym scenom oryginalności i reżyserskiej maestrii. W pierwszej części trylogii o klanie Corleone także da się zauważyć genialność reżysera. Widziałem naprawdę wiele filmów i scen, które zapadły mi w pamięć, ale do tej pory nie mogłem wyodrębnić z nich tej jednej najlepszej – teraz już mogę. Takim fragmentem w “Ojcu Chrzestnym” jest pierwsza “propozycja nie do odrzucenia”, gdy widzimy magnata filmowego budzącego się w łóżku z głową konia...

Kolejnym mocnym punktem filmu jest aktorstwo. Ciekaw jestem, jakim sposobem reżyser wycisnął z aktorów tyle talentu. Po pierwsze, Marlon Brando. Aktora tego do tej pory nie znałem, tzn. nie widziałem go w żadnym filmie – teraz, po “Ojcu Chrzestnym”, przekonałem się o jego geniuszu. Naprawdę – oglądając go, nie mogłem go sobie wyobrazić jako zwykłego człowieka – tak dobrze wcielił się w głowę rodu Corleone. Przyznanie Oscara (którego notabene nie przyjął) było już tylko formalnością. Po drugie, James Caan. Możecie go pamiętać z “Misery”, gdzie grał sparaliżowanego pisarza terroryzowanego przez jego opiekunkę... Taki podstarzały, z siwymi włosami, kojarzycie? Jeśli tak, to w produkcji Coppoli zobaczycie go o kilka lat młodszego, z fryzurą na afro... Wcielił się w rolę Sonny’ego Corleone – syna Vito Corleone – który łatwo daje się ponieść emocjom. W jego postaci nie ma jakichś niezwykłych elementów czy nietypowych cech, na pewno widzieliście wielu takich jak on – mimo to, swoją rolę wykreował znakomicie... Tak samo jak Robert Duvall grający prawnika Toma Hagena. Zimny, rzetelny, obiektywny – taki jest Tom. Potrafi szybko skalkulować, co się opłaca, a co nie; co przyniesie zyski, a co straty. I chyba nie muszę powtarzać, że zagrał równie fenomenalnie, co James Caan... Akademia Filmowa nie wyróżniła Oscarem żadnego z nich, chyba tylko dlatego, by nie wyróżniać żadnego aktora – gdyby nagrodę dostał Duvall, musiałby ją też dostać Caan. Tak samo ma się sprawa z Alem Pacino. Grał nadzwyczajnie, ale mi jakoś nie pasował do roli Michaela Corleone – o wiele chętniej zobaczyłbym tutaj Roberta de Niro, który pojawia się dopiero w drugiej części... Inni aktorzy, ci trzecioplanowi, także grali dobrze, no i byli charakterystyczni, jak np. Lenny Montana grający Lucę Brasi czy Richard S. Castellano, czyli filmowy Clemenza – te postacie nie dość, że urozmaicają film, to jeszcze na długo zapadają w pamięć, mimo wręcz epizodycznych ról.

Na początku wspomniałem, że słowo “mafia” nie pojawia się w filmie ani razu. Był to, oczywiście, zabieg celowy, lecz przypadkowo spowodował, że czasem czujemy się jakbyśmy oglądali zwykłą, kochającą się rodzinę. Wystarczy popatrzeć na scenę, w której stary Vito Corleone rozmawia w ogrodzie ze swym synem Michaelem, a następnie bawi się z wnuczkiem. Takie samo wrażenie pojawia się, gdy don “ginie” w zamachu – wtedy rodzina z początku nie może sobie dać rady bez ojca, ale potem staje na nogi... A czy tak nie mogłoby się zdarzyć w zwykłej rodzinie, której członkowie zajmują się uczciwą pracą? Oczywiście, że mogłoby, i to właśnie wyróżnia ten film. Tak samo jak “Dawno temu w Ameryce” mogłoby opowiadać o losie grupki przyjaciół z podwórka, niekoniecznie zajmujących się nielegalną działalnością, tak i film Coppoli mógłby traktować o zwykłej rodzinie i wyrzucić słowo “gangsterski” pojawiające się obok słowa “dramat”. 

 

»Ocena: -

»Autor: Wicked Sick