|
"Po
niuchu, czas na sztacha."
Pytania, pytania, pytania. Tylko one rodzą się w trakcie oglądania i już po seansie. No bo właściwie to o czym był ten film? Że niby o narkotykach? Może i tak – nie potwierdzam, nie zaprzeczam. A co? Żądacie rzetelnej recenzji? Zachciało się... Na filmweb albo stopklatkę odsyłam – tutaj możecie tylko poczytać moje osobiste, subiektywne refleksje odnośnie do „Las Vegas Parano”
[oficjalnie konkurencji nie wspieramy, więc bez takich wycieczek proszę ;) –
Dishman].
Tak, jak mówiłem – pytania. Może też narzucą wam się po przeczytaniu „fabuły” filmu: bo chodzi o to, że tak naprawdę słowo „fabuła” traci sens, ale zajmijmy się tym, co widać przez cały czas na ekranie... To, co przykuwa uwagę od samego początku, to dwóch nieznanych aktorów, grających dwóch kolesi, którzy gdzieś jadą, a sądząc po tytule, jest to pewno Las Vegas. Już po chwili bardziej zorientowani wiedzą, że po jednej stronie siedzi Johnny Depp, którego strój uniemożliwia rozpoznanie, a po drugiej Benicio Del Toro, który nie ma na sobie żadnego unikatowego stroju, a nie rozpoznajemy go dlatego, że nie jest to zbyt popularny aktor...
[? To chyba jeszcze zależy dla kogo – Dishman] No, ale wracając do tematu: narratorem jest postać grana przez Johnny’ego, która komentuje dość często różne sytuacje. Na samym początku obwieszcza nam, że „narkotyki zaczęły działać”. I już zaczyna się „faza”: pojawiają się urojone nietoperze, bohater ma zawroty głowy, a sądząc po jego ruchach nie tylko to mu dolega, jego siedzący obok adwokat rozsypuje przypadkowo solniczkę kokainy, obwiniając za to Boga, a jeszcze wcześniej mówi autostopowiczowi, że on i siedzący obok dziennikarz (Depp) jadą zabić Heroinowego Henia... Tak, a więc pierwsze 10 minut filmu mamy za sobą. Dalej nie będę się rozpisywał – bohaterowie dojeżdżają do Las Vegas, by Depp zrobił reportaż o jakimś wyścigu motocyklowym, ale to tylko nieważne tło, gdyż liczą się tylko poschizowane
[cóż za określenie :D – Dishman] dialogi i halucynacje, które prześladują zarówno bohaterów, jak i widzów...
Wracając do pytań: cały film można by uznać za komedię, gdyż w takiej formie jest zrealizowany, jednak nie ma tu nic śmiesznego. Owszem, na początku, gdy widz nie zdaje sobie jeszcze sprawy z tego, o czym ma traktować ten film, śmieje się i śmiać mu się wolno. Potem dopiero rodzi się pytanie: czy wolno się śmiać, gdy bohater budzi się w zagraconym, brudnym pokoju i przypomina sobie, czy czasem nikogo nie zabił? A już na pewno każdemu uśmiech zejdzie z twarzy przy scenie w przydrożnym barze, gdzie nie wiadomo, czy za chwilę nie dojdzie do morderstwa...
|

|
Jaki z tego wniosek? Między innymi taki, że reżyser zabawia się z widzem i gra na jego emocjach, początkowo zmuszając do śmiechu (bo naprawdę nie sposób się nie śmiać!), a następnie kreując atmosferę napięcia i niepokoju, by na samiutkim końcu doprowadzić do refleksji... Tak oceniam to ja, bo niektórzy mogą uznać „Las Vegas Parano” za szmirę, jakich mało, ale o tym później. Film wyreżyserował Terry Gilliam – dawny członek grupy Monty Pythona, który wyrósł na samodzielnego reżysera takich hitów, jak „12 małp”, „Brazil” czy „Fisher King”, który może i nie był hitem, ale nie można też go nazwać kompletnym niewypałem.
Przejdźmy do zagadnienia „genialności” recenzowanego dzieła – jest czy może jej nie ma? Dla mnie sprawa nie należy do skomplikowanych: „Las Vegas Parano” to produkcja bez fabuły, właściwie o niczym, zbliżona do „Pulp Fiction”. Jeśli więc ktoś lubi takie filmy, to twór Terry’ego Gilliama mu się spodoba. Ktoś preferuje filmy konkretne? Może sobie tę produkcję spokojnie odpuścić...
Czy warto rozwodzić się tu nad grą aktorów, scenografią, wrażeniami wizualnymi, muzyką i temu podobnymi sprawami? Myślę, że nie. Jedni powiedzą, że role dwóch głównych bohaterów ograniczały się do dziwnego chodzenia, mówienia i zachowania; drudzy zaś zachwalać będą sposób, w jaki aktorzy poradzili sobie z tymi zadaniami, i tak w kółko – dyskusja bez końca.
Mogę tylko dodać od siebie, że dla takich jak ja – czyli zaliczających się do grupy pierwszej – „LVP” należy do jednych z bardziej oryginalnych filmów ostatnich lat, i mogę go zdecydowanie polecić. To dzieło, którego nie można zaliczyć do żadnego z gatunków, nie można zaszufladkować. To dzieło niejednoznaczne, pozornie bez sensu. Paradoksalne.
»Ocena:
-
»Autor:
|