Recenzje

 

"Leone Zawodowiec"

 

Tytuł oryginalny brzmi “Once upon a time in America” i został, oczywiście, przetłumaczony źle. Jasne jest, że powinno być “Pewnego razu w Ameryce”, a nie “Dawno temu...”. Tłumacz jednak niczym jasnowidz przewidział, że gdyby tytuł został przełożony słowo w słowo, to film ten mógłby zaginąć śród gąszczu produkcji zaczynających się od owego charakterystycznego zwrotu: “Pewnego razu w Chinach”, “Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” itd. 

Jednak film ten wyróżnia nie tylko celowo źle przetłumaczony tytuł, ale także postać reżysera, którego przede wszystkim można było poznać nie tylko po tym, że stworzył on zupełnie nowy gatunek filmu (spaghetti western), ale także po współpracy z Ennio Morricone oraz nietypowym stylu filmowania (tutaj można podać jako przykład zbliżenia na twarz aktora). I co? Już wiecie, kim jest reżyser “Dawno temu w Ameryce”? Jest nim Sergio Leone, który w opisywanym przeze mnie dziele nadal posługiwał się owymi zbliżeniami, ponownie zatrudnił Ennio Morricone, lecz stworzył coś zupełnie odmiennego niż western, a mianowicie film gangsterski. 

Kiedy zobaczyłem, że jest okazja do obejrzenia dramatu gangsterskiego zrealizowanego przez Leone, bez wahania włączyłem telewizor i zacząłem oglądać. Lecz wiecie, jak to jest w telewizji – seans przerywany reklamami robi się niezwykle długi... I rzeczywiście tak było. Jeżeli wciąż uważacie, że “Władca Pierścieni” był straszliwie długim filmem, to świadczy to tylko o jednym – że nie mieliście do tej pory styczności z “Dawno temu w Ameryce” emitowanym w TV, gdzie seans wydłuża się do... czterech i pół godzin. Mimo odrażającej długości ja pozostałem przed ekranem do samego końca, ponieważ już od połowy filmu akcja rozwija się na całego i można się już przyzwyczaić do niechronologicznej narracji, lecz nadal nic się nie wyjaśnia. Właściwie to nie ma tu żadnej tajemnicy, jednak cały film opiera się na wspomnieniach, więc mamy tu część rozgrywaną w “teraźniejszości”, czyli w roku 1968 i część, której akcja toczy się za czasów młodości bohaterów. 

Słyszałem o wielu produkcjach, których fabuła opierała się na “pokazaniu całego życia bohaterów”, ale dopiero Leone (mimo iż kilkadziesiąt lat z życia postaci jest wyciętych) udało się pokazać wszystkie najważniejsze aspekty egzystencji i w dodatku zmieścić się idealnie w czasie trwania filmu (który to czas nie jest aż tak długi, bo wynosi “jedynie” 139 minut). Nie ma tu niepotrzebnych scen, wszystko jest zgrane wręcz idealnie, ale przejdźmy wreszcie do rzeczy: o czym opowiada “Dawno temu w Ameryce”? Jest to historia grupki gangsterów wywodzących się z żydowskiej dzielnicy Nowego Jorku. “Klucha” (w tej roli Robert de Niro) wspomina stare dzieje – od młodości poprzez dorosłość – a cały wątek przeplata się ze starością, w którym “Klucha” powraca na stare śmieci po 35 latach “wygnania” przez źle wykonaną robotę. Przez trzy czwarte filmu oglądamy, jak grupka przyjaciół wykonuje kolejne zlecenia, zyskuje nowych znajomych, likwidując starych.. I właściwie byłoby to wszystko bezcelowe, gdyby nie właśnie wątek starości, który pokazuje, jak bezsensowne było ich całe życie. Każdy w końcu doszedł do tego wniosku (jeśli po drodze przy okazji nie zginął) i ustatkował się – gruby Moe zaczął prowadzić bar odziedziczony po ojcu, “Klucha” też przeszedł na emeryturę, ukrywając się przed innymi gangsterami, a niektóre z postaci epizodycznych zajęły się polityką... Oczywiście, bezsensowność ich życia to tylko moja interpretacja – myślę, że gdyby kilka osób wypowiedziało się na temat fabuły filmu, zdania byłyby podzielone...

W produkcji Sergia Leone nie ma zbyt wielu znanych aktorów (no dobra, pojawiają się nawet takie gwiazdy jak Joe Pesci czy Danny Aiello, ale są to role wręcz epizodyczne). Jedynie w głównych rolach obsadzeni są znani James Woods i Robert de Niro. Ten pierwszy niczym mnie nie zachwycił – Mike’a równie dobrze mógłby grać ktoś inny, ale De Niro to już zupełnie inna bajka. Jeszcze przed seansem myślałem, że jako gangster nie pokaże już nic nowego – w końcu widziałem go już w tylu gangsterskich filmach, jak np. “Chłopcy z Ferajny” czy “Kasyno”, że podchodziłem do jego kreacji w “Dawno temu...” bardzo sceptycznie Oczywiście, nie mógł zawieść, ale nie mógł też wybić się ponad swoje możliwości – a jednak. De Niro przebił samego siebie, lecz można to dostrzec tylko podczas wątku, gdzie “Klucha” ma już ponad sześćdziesiąt lat i przyprószone siwizną włosy. Jeśli miałbym wskazać najbliższą rolę, która przypominałaby tę z filmu Leone, to zdecydowałbym się na “Łowcę jeleni” – i choć tam, oczywiście, grał lepiej, to i jako “Kluchę” ogląda się go wręcz niesamowicie. To kolejna, po “Taksówkarzu” i “Wściekłym Byku”, jego rola, która może przekonać nawet najbardziej zatwardziałych antyfanów. 

Mimo zatrudnienia do pracy przy filmie mojego ulubionego kompozytora, jakim jest Ennio Morricone, muzyka mnie nie zachwyciła. Pojawia się ona często, lecz żaden utwór nie wpadł mi w ucho, aby potem go nucić pod nosem... [Ja bym wręcz powiedział, że jedyne co mi się w filmie podobało to właśnie muzyka – Dishman]

“Dawno temu w Ameryce” jest filmem epickim. Często spotykałem się z tym określeniem i właściwie pomijałem je, nie interesowało mnie, co oznacza ów termin. Teraz także spotkałem się z tym epitetem i nawet postanowiłem sprawdzić w słowniku, co dokładnie kryje się pod tym enigmatycznym dla mnie zwrotem. Oznacza to, że jeśli coś jest epickie, traktuje temat bardzo rozlegle i charakterystycznie dla epiki (czego domyślałem się już wcześniej). O produkcji Sergia Leone z pewnością można stwierdzić, że jest to opowieść epicka. Mogę to poprzeć nie tylko słownikowymi wyjaśnieniami, ale także dziwnym wrażeniem, które pojawiło się podczas seansu, a które nigdy wcześniej mi nie towarzyszyło. Mianowicie – czułem się nie jakbym oglądał kolejny film, ale... czytał książkę. Może nie czułem przewracanych stron, może nie widziałem żadnego tekstu, ale historia opowiedziana jest bardzo powolnie – tak, że nadaje się bardziej na książkę. Nie jest to, oczywiście, minus – skądże znowu – bardziej mogę zaliczyć to jako zaletę. Nasunęło mi się nawet określenie, że jest to film pisany prozą i myślę, że dostatecznie wyjaśniłem, co miałem na myśli. 

Mam wrażenie jednak, że tą recenzją bardziej was zniechęciłem, wspominając o niezwykle powolnej akcji i długości trwania filmu. Takie jednak jest “Dawno temu w Ameryce” – wręcz odpychające. Na pewno nie jest to film dla wszystkich, gdyż można się znudzić dosłownie w każdej chwili – nie ma tu punktu kulminacyjnego ani żadnego wzrostu napięcia, nie spodziewajcie się także kultowych scen na miarę Francisa Forda Coppoli. Czyli jednym słowem: polecam.

 

»Ocena: -

»Autor: Wicked Sick