|
Jak tylko, dowiedziałem się o powstaniu kącika z klasyką kina, w Biuletynie, złapała mnie wielka chęć, do napisania do niej. Bo każdy miłośnik klasyki wie, że nic jej nie przebije. A że ja ambitny człek jestem, to pomyslałem sobie, że napiszę recenzje Musicalu. W końcu teraz nie powstają tak często jak kiedyś, więc warto przypominać najlepsze z nich.
Ja wybrałem sobie Musical o dość długim ale za to, wiele mówiącym tytule:" Siedem narzeczonych dla siedmiu braci" Jest to chyba jeden z klasyków gatunku. Dla mnie przynajmniej nim jest.
Cała historia, ma miejsce, w bliżej nie określonym przeze mnie czasie,
gdzieś daleko, za rzekami, za górami, za siedmioma gorzelniami, stała sobie chatka. A w chatce
braci siedmiu mieszkało. Jak na prawdziwych górali przystało, bracia pracowali całe dnie w pocie czoła a ich ubrania były tak twarde od brudu, że mogliby ich używać w walce z dzikimi
drapieżnikami. Nad całą tą cuchnącą, ale kochającą się bandą, czuwa najstarszy brat, Adam Pontabee. Który wygląda jak przerośnięty krasnolud, po 5 latach spędzonych w siłowni. Do tego nosi grube flanelowe koszule, czyli jest po prostu ideałem mężczyzny :) Jak to mają w zwyczaju najstarsi bracia, tak i dla Adama, nadchodzi w końcu czas na ożenek, czyli na to czego oczekuje ze strachem każdy mężczyzna. Każdy, ale nie Adam. Adam szuka po prostu naiwnej, młodej i silnej kobitki, która będzie sprzątać, gotować, drzewo rąbać i kąpać wszystkich siedmiu braci. Wyjeżdża więc Adam w doliny, do miasta i od razu znajduje dla siebie idealną kobitkę. Jego niezwykły urok osobisty, a może kąpiel, sprawia że dziewczynę podrywa szybciej, niż robił to James Bond w swoich przygodach i od razu namawia ją do wyjazdu w góry. Dopiero na miejscu, dziołcha orientuje się, jak sprawy stoją i postanawia się nieco odegrać na braciach. Zmusza ich do wielu strasznych rzeczy, między innymi do
kąpieli, i tak chłopcy ze stęchłych brodaczy, zmieniają się
w metroseksualnych pięknisiów. A skoro, tylko nabierają więcej pewności siebie, postanawiają sobie wziąć jeszcze kilka żon :) Potem jest już tylko wielka
or.. zabawa, ale nic więcej nie zdradzę.
Jak to w musicalach bywa, najważniejszą nie jest gra aktorska, czy dobry scenariusz. Liczy się przede wszystkim akcja, choreografia taneczna no i umiejętności wokalne aktorów.
Aktorstwo nie ma większego znaczenia, dlatego jakie by nie było, nie sprawiłoby mi zawodu. I nie sprawiło. Co
się dało zagrać, to zostało zagrane dobrze. No i te sceny walki, w mieście, między braćmi a chłopakami z miasta. To trzeba po prostu zobaczyć. Jeszcze lepiej, wyszedł taniec, bo był on taki swobodny i naturalny, tak jakby rzeczywiście odtańczyli go chłopcy ze wsi, a nie aktorzy. Jak to też bywa w musicalach, musi obfitować w śpiew. Mnie osobiście urzekła scena, w której najstarszy z braci, Adam siedzi, księżycową nocą na drzewie i śpiewa sobie swoją piosenkę o miłości. Dałbym wiele, żeby móc zamienić się z nim rolami, choć na chwilkę. Albo inna w której, w tekście piosenki pada jeden z moich ulubionych cytatów" Jestem samotnym wyżłem, wyjącym do księżyca bo nie mam swojej wyżlicy" Takich scen się po prostu nie zapomina, dla nich właśnie warto oglądać stare filmy. Właśnie najmocniejszą stroną,
są zdjęcia i scenografia. Ze starszych filmów, to jedyną milszą dla oka scenografię pamiętam w "Mojżeszu",
mini-serialu z 1975 roku. Jak pierwszy raz oglądałem " Siedem narzeczonych...", to miałem ochotę wskoczyć w ekran, i poczuć ten cudowny klimat, pijąc razem z siedmioma braćmi wodę ognistą i podziwiać widok pięknych gór.
Cała historia siedmiu braci, jest tak miła, że aż nierzeczywista. Od razu wiemy że mimo przeszkód, opowieść ta zakończy
się happy endem, co dla jednych jest wadą a dla innych będzie zaletą. Ja raczej zapiszę to po stronie minusów, bo jednak lubię, gdy film mnie zaskakuje. Nieważne, musical, horror, czy sensacja. Zaskakujące zakończenie = dobre zakończenie.
Jakbym się mocno uparł, to ponarzekać mogę jeszcze na muzykę, która przygrywa w filmie. Kilka razy, to właśnie ona, psuła lekko pełnię doskonałości. Chociaż może to kwestia gustu, więc, tej wady nie bierzcie zupełnie na poważnie.
"Siedem narzeczonych dla siedmiu braci" jest jak dla mnie, bezdyskusyjnie, najlepszym musicalem. Chociaż, zostało jeszcze kilka tytułów do obejrzenia, więc może
się to jeszcze zmienić. Jest nie tylko dobrym musicalem. To jeden z lepszych filmów tamtych czasów, pomysłowy, sielankowy, wciągający, czego chcieć więcej. Mimo wszystko, dla zasady, nie wystawię najwyższej oceny. W ogóle nie wystawię oceny, bo jakoś nie wypada mi, szaraczkowi, oceniać klasykę kina. Powiem tyle, jeśli ciągnie was do oglądania starszych filmów, a tego jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć, to jak najszybciej polecam nadrobić zaległość.
»Ocena:
-
»Autor:
|