TRYPTYK TRANSPORTOWY
CZĘŚĆ II
IMIĘ DESZCZU
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni wiosenny i pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny. Uderzanie kropli o szybę wespół z alarmem w telefonie, radiem na wieży i budzikiem elektronicznym wyrywają mnie z głębokiego snu. Jest godzina 4:02, środek nocy. Jadę na zajęcia. Na jeden dzień. 74 km w tą i 74 km z powrotem dla wysłuchania jednego wykładu i aktywnego uczestnictwa w dwóch ćwiczeniach. Przynajmniej w teorii.
Wychodzę z domu o 4:50. Ponieważ deszcz się uspokoił nie biorę parasola. Przed utopieniem uratowała mnie rodzina, która mimo nieżyciowej pory ocknęła się i nakłoniła mnie do zabrania rzeczonego sprzętu. Autobus o 4:57, jestem chwilę przed czasem. Z nieba spada deszcz rzęsisty, więc parasol się przydaje. Dojeżdżam na dworzec, lecę do kasy po bilet. Mam 20 minut do pociągu. Przede mną 5 osób. Pamiętajcie, jeśli macie za dużo czasu, pociąg się spóźni, a że ja miałem mało, przyjechał za wcześnie. Biletu nie kupiłem. Powód prozaiczny- czas trwania sprzedaży jednego biletu był tak długi, jakby kasjerka rodziła te bilety w strasznych męczarniach. Wybiegam na peron. Oczywiście czekam, bo, mimo, że pociąg „wjeżdża na peron”, to ani go widu ani słychu. Jakbym został to może i by się dla mnie bilet zdążył urodzić. A tak wsiadam, idę do kierownika, który za symboliczną opłatą dodatkową wypisuje mi ów papierowy przedmiot pożądania. Siadam na miejscu do tego przeznaczonym i beznamiętnie patrzę sennym wzrokiem w krajobraz za szybą, o którą deszcz dzwoni, deszcz dzwoni wiosenny.
Po dwóch godzinach, które łatwo można sobie wyobrazić, a które dla uczestnika były równie fascynujące, co słuchanie przemówień Fidela Castro w oryginale, w zwolnionym tempie i od tyłu, docieram na miejsce. Wychodzę z dworca- leje. I to jak… Gdyby tak lało przez 40 dni można by pisać nowe rozdziały do Biblii. Tylko co ja mam mieć z tym wspólnego? Noe mam na drugie, czy jak? Otwieram parasol, daję go nad głowę i już po chwili jestem cały mokry wskutek zmiennego wiatru kierującego deszcz dokładnie na moją osobę, nic sobie nie robiąc z ochrony, jaką miał zapewnić mi parasol.
W taką pogodę autobusy i tramwaje powinny mieć nalepkę „Nie dla idiotów”. Tylko idiota w taki deszcz szedłby na piechotę. Miło było zobaczyć tylu idiotów na ulicy… Idę więc na przystanek. Taa… idę… snuję się ledwo, szprychy parasolki wykrzywione jak kosa, w dodatku w stronę zgodną z kierunkiem wiania wiatru. Straciłem ochronę i stoję. W deszczu. Wilki jakieś…
W czasie, kiedy mocuję się z parasolką odjeżdża tramwaj. Biec nie mogę, bo wszystkie światła są przeciwko mnie. Tak więc pozostało mi stać się idiotą i pójść na piechotę. Dochodzę do pierwszego skrzyżowania- czerwone światło. Stoję. Dochodzę do drugiego- czerwone światło- stoję. Dochodzę do trzeciego- nie lubię się powtarzać… Dochodzę do budynku uczelni. Wyżymam parasolkę, wyżymam kurtkę, spodnie i skarpetki sobie daruję, z tym da się żyć. Zaglądam do plecaka- zawilgocenie książek znaczne, ale nic, czego nie dałoby się odratować. Po tym jak wylałem kiedyś 1,5 litra mineralnej na „Wyborczą” a mimo to jeszcze ją przeczytałem uważam się za papierniczego optymistę. Jestem trochę przed czasem. Przychodzą kolejne ofiary obiegu wody w przyrodzie. Do znudzenia oglądam obrazek doprowadzania do porządku przemoczonego owłosienia górnej części głowy i podziwiam kolekcje parasoli zgromadzonych w szatni.
Jaki morał z tej historii? Ano taki, że kiedy leje, jest mokro.
PS. W moim tekscie "Oczko po łacinie" (AM 65) wkradł się błąd. Łaciną oczywiście nie mówiono 6 tysięcy lat temu w Rzymie, chociażby z tego prozaicznego powodu, że on wtedy jeszcze nie istniał. Ogólnie rzecz biorąc pomyliłem, bo jakimś dziwnym tokiem myślowym z wieków p.n.e. zrobiły mi się tysiąclecia. Przepraszam zainteresowanych i dziękuję mac ap' owi, który ten błąd zauważył