ZWYKŁY DZIEŃ, ZWYKŁA ULICA (wariant II)

    

    Nie cierpię tego osiedla. Chociaż tu nie mieszkam, muszę tędy często przechodzić. Mieszkają tutaj różni psychole, narkomani i złodzieje. To osiedle ma najgorszą opinię w całym mieście. Mało to razy dochodziło tu do rabunków w biały dzień przy tłumie ludzi? Ale nigdy nikt nie zareagował. Bali się. Rozumiem ich. Ale nie zmienia to mojego stosunku do tego osiedla. 

    Znowu muszę tędy iść. Boję się. Wiem, że jestem obserwowany. Tutaj każdego obserwują. Jest dosyć późno, dochodzi godzina dziesiąta wieczorem. Idę wzdłuż głównej ulicy, może to da mi chociaż trochę ochrony. Złudna nadzieja. Wiem, że jeżeli komuś zależy, to mnie dopadnie. Po co brałem ze sobą komórkę? Głupi byłem, że ją wziąłem. Głos oczywiście wyłączony. Widzę niewielu ludzi o tej porze. W oddali ławka, na niej kilku chłopaków. Pod sklepem monopolowym stoi trzech mężczyzn z butelkami po piwie. A przede mną jeden chłopak, wysoki, w czarnej bluzie z kapturem i workowatych spodniach idzie w moją stronę.

   Kiedy znajduje się obok mnie, zatrzymuje się. Patrzy na mnie i mówi:

   - Ej młody, masz może zegarek?

   - Nie mam. - odpowiadam.

   - A komórkę? - pyta ponownie. To pytanie wydało mi się bardziej niż podejrzane. Spojrzałem na jego twarz, starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Wtedy przypomniałem sobie, że już kilka razy widziałem tego chłopaka. Po chwili ciszy odpowiedziałem:

   - Nie.

   - No k***a, nie p*****l mi, że nie masz. - rzuca do mnie z gniewem w głosie.

   - Przecież za zakrętem jest duży zegar. - powiedziałem - Pójdź i sprawdź.

   To był błąd. Po tych słowach podszedł do mnie, złapał mnie za ramię i krzyknął:

   - Dawaj gnoju komórkę!

   - Mówiłem ci, że nie mam! - odpowiedziałem. W tej chwili poczułem, jak ogarnia mnie strach. Wiedziałem, że kiedyś to się stanie. Dlaczego akurat dzisiaj? Nie wiedziałem co robić. Uciekać? Jak? Nie jestem dobry w biegach. Walczyć? Jest ode mnie większy i starszy. Widząc moje wahanie uderzył mnie pięścią w twarz. Czuję krew spływającą mi po ustach. Złamał mi nos. Po uderzeniu puścił mnie i powtórzył:

   - Dawaj gnoju komórkę!

   Kiedy nie reagowałem, podszedł bliżej mnie z zaciśniętymi pięściami. Na chwilę zamarłem, ale po chwili wpadłem na pewien pomysł. Rozejrzałem się na boki. Jest! Pobliski sklep ma naklejkę agencji ochrony. Szybko schyliłem się i podniosłem z ziemi spory kamień i cisnąłem nim w szybę. Wieczorną ciszę przerwało wściekłe wycie alarmu. Chłopak spłoszony ucieka w stronę, z której nadszedł. Ja sam uciekam w stronę swojego domu. Kiedy wchodzę do mieszkania, rodzice już wiedzą, że coś się stało. Zawsze wiedzą. Pytają o każdy szczegół. Dzwonią na policję, jednak usłyszeli, że nie doszło do kradzieży, więc nie ma czego zgłosić. Rodzice są zdenerwowani.

   Zaczynając od następnego dnia pytają wszystkich znajomych, czy nie znają kogoś, kto by pasował do podanego przeze mnie rysopisu. Żadnych śladów. Pytają innych ludzi, dzwonią jeszcze raz na policję - na nic. Po tygodniu poszukiwań dają sobie spokój. Nie chcą wypuszczać mnie po ósmej wieczorem z domu.

***

   W ciągu następnego tygodnia okazuje się, że kilkunastu moich znajomych miało kontakt z tym gościem. Każdego próbował okraść. Kilka razy mu się udało. Siedem razy. Siedem telefonów. Siedem osób. I policja - siedmiokrotnie bezradna. Obłowił się chłopak i uszło mu to na sucho. Gnój...

 

Autor: KaMpO vel. kampo_89

e-mail: kampo_89@wp.pl